… o nauce vs. religii

„We share the same biology regardless of ideology”

(Dzielimy tą samą biologiczną strukturę niezależnie od ideologii)

Sting

Przyglądłem się ostatnio dyskusji o nauce kontra religii z pewnym, hmm, politowaniem, albo nawet niesmakiem. Wpisanie w Google frazy „religion vs science” zwraca 25 milionów zapytań – znaczy, że problem jest dość poważny i zastanawia szeroką rzeszę ludzi. Postanowiłem zatem, w przypływie niesionej wiatrem inspiracji, jednym artykułem i ostrym jak brzytwa słowem, raz na zawsze rozstrzygnąć ten druzgocący problem ;)

Zacznijmy od podstawowych pojęć, aby było jasne, o czym rozmawiamy posługując się dość niedoskonałym słowem pisanym. Czym jest nauka? Internetowy Słownik Języka Polskiego interpertuje to tak:

Nauka:

«ogół wiedzy ludzkiej ułożonej w system zagadnień; też: dyscyplina badawcza odnosząca się do pewnej dziedziny rzeczywistości»

«zespół poglądów stanowiących usystematyzowaną całość i wchodzących w skład określonej dyscypliny badawczej»

Szybki rzut okiem na to, czym jest religia (szybki, bo w końcu, czytanie słowników nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej ;)

Religia:

«zespół wierzeń dotyczących istnienia Boga lub bogów, pochodzenia i celu życia człowieka, powstania świata oraz w związane z nimi obrzędy, zasady moralne i formy organizacyjne»

I tutaj pojawia się pewien problem z użyciem słów „zespół wierzeń”. Czym jest bowiem „wierzenie”? Ratując się po raz kolejny tym samym słownikiem odnajdujemy taką oto definicje:

Wierzyć:

«uznawać coś za prawdę»

«być przekonanym, że ktoś mówi prawdę»

O zdumienie! Patrząc bliżej widać świetliście jasno, że zarówno nauka jak i religia poszukują Prawdy na temat Rzeczywistości, niemniej, jakoś niespecjalnie mogą się w tym temacie porozumieć – co więcej można nawet rzec, że są od wieków w nieroztrzygnionym konflikcie!

Niech mnie kule biją – w czym zatem ów nierozwiązywalny problem?

Zacznijmy od nauki. Definicja mówi o nauce jako „ogóle wiedzy” i „usystematyzowanej całości”. Czyżby na tym gruncie wyrosła masa teorii, książek, tłumaczeń i argumentów na nieistnienie Boga? Zapewne tak. Tymczasem, nauka, której udało się wyjaśnić wiele zjawisk w naszym Wszechświecie, jest w gruncie rzeczy nadal bardzo niedoskonała i daleka od owego ideału „usystematyzowanej całości”. Przyglądając się poszczególnym jej dziedzinom z łatwością można zauważyć, że istnieją poważne luki, braki i niedoróbki – i to w obszarach wielu rozmaitych zagadnień. I wydaje się to, do pewnego stopnia zrozumiałe, zwłaszcza jeśli chodzi o skomplikowane rzeczy. Na przykład to, że nie rozumiemy natury Czarnych Dziur w kosmosie jest jeszcze pojęte. To, że pewną zagadkę dla nauki stanowi nadal migracja węgorza europejskiego do Morza Saragossowego, to też jeszcze można zrozumieć, choć problem nie jest tak odległy jak Czarne Dziury. To, że nauka nadal nie zna skutecznego lekarstwa na raka to też jest oczywiste z racji wagi problemu. Ale jakim cudem ta cała potęga ludzkiego umysłu, naszej wiedzy, ogromu intelektu, superkomputerów i lat doświadczenia nie potrafi nadal znaleźć skutecznego lekarstwa na katar – tego już naprawdę nie pojmuję.

I oto jaka nasuwa się konkuzja: nie potrafimy wyleczyć głupiego kataru – a zarazem wielu ludzi jest święcie przekonanych, że ta sama naukowa „siła” (z premedytacją wstawiłem to słowo w cudzysłów) dysponuje niezbitymi dowodami na nieistnienie Boga, którego wielu uznaje za największą tajemnicę Wszechświata?

Cała nasza „potęga” i „moc” rozbija się o… problem kataru. Czy to nie jest tak naprawdę śmieszne? Czy z takiej perspektywy próba interpretacji i wyjaśniania Boga z punktu dzisiejszej wiedzy i świadomości naukowej nie wygląda na akt szalonej desperacji? Dla mnie – wygląda. Przypomina mi to w pewien sposób próbę obszczekania tematu struktury atomu przez dwa psy. Łatwo mogą dojść do wniosku, że takie coś w ogóle nie istnieje. Podobnie my, dysponując narzędziami niewiele bardziej rozwiniętymi, próbujemy w ramach naszych ograniczonych możliwości „obszczekać” tematy znacznie wykraczające poza nasze teraźniejsze rozumienie. Jesteśmy dalecy od ideału, nie potrafiąc rozwiązać prostych przyziemnych, ludzkich problemów, a jednak uparcie wierzymy, że osiągnęliśmy naprawdę wiele i możemy rozwiązywać najbardziej doniosłe metafizyczne zagadki Wszechświata. Bez przesady, mili Państwo. Potrzeba nam nieco pokory aby zrozumieć, że tak naprawdę jesteśmy prymitywni i póki co – jeszcze wiele zostaje do zrobienia, odkrycia i wyjaśnienia, zanim w ogóle można będzie rzetelnie do tematu Boga podejść korzystając z naukowych narzędzi poznania.

Zostawmy zatem naszą biedną, kulejącą i rozwijającą się dopiero naukę i przyjrzyjmy się religii. Teoretycznie ma wyjaśniać nam Prawdę o Rzeczywistości. Co więcej, większość nawet opiera swoje istnienie na naukach zupełnie fantastycznych i głęboko mądrych poszukiwaczy Prawdy, jakimi byli Jezus, Budda czy inni. Niestety, w procesie ewolucji religia odeszła od tego szlachetnego ideału i obrosła grubymi fałdami tłuszczu, tfu, znaczy błędnych wyobrażeń, które tworzyli ludzie dalecy od ideału i niewiele rozumiejący, a którym – o zgrozo – uwierzyły miliardy ludzi na całej planecie.

Zastanówmy się przez chwilkę i spójrzmy na temat religii przez pryzmat słów znanego piosenkarza, Stinga, które zamieściłem na początku artykułu – „Dzielimy tą samą biologiczną strukturę niezależnie od ideologii”. Wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi, mamy taką samą biologiczną strukturę – ja, Ty, chrześcijanin, muzułmanin czy żyd. Każdy ma wątrobę w tym samym miejscu, mózg pod czaszką, nos, dwie nogi i dwie ręce. Nad każdym wstaje to samo Słońce i na nasze głowy pada ten sam deszcz. Zamieszkujemy tą samą planetę i tak samo działa na nas, niezależnie od przekonań, ta sama siła grawitacji. Jesteśmy wszycy poddani tym samym identycznym prawom Natury – i dotyczą one praktycznie każdego aspektu naszego fizycznego życia, niezależnie od wyznawanej religii i poglądów.

Skoro te same reguły dotyczące fizycznego świata powstały dla wszystkich ludzi niezależnie od ich poglądów czy wyznawanej religii, to jestem w pełni przekonany, że całkowicie sensowne i uzasadnione jest, aby tak samo działały na nas duchowe prawa Wszechświata. To, czy wierzysz w istnienie komety Halleya nie ma kompletnie wpływu na jej funkcjonowanie, istnienie i trajektorię lotu. To, czy wierzysz w istnienie prądu elektycznego (widział go ktoś?) też w żaden sposób nie zmieni jego struktury i zasad działania. Myślę, że podobnie sprawa ma się z wyznawaną religią – swoimi poglądami nie jesteś w stanie w żaden sposób zmienić ani w jakikolwiek sposób wpłynąć na istnienie bądź nieistnienie jakiegokolwiek z praw duchowych – istnienia subtelnych energii, ciał poza fizycznym, procesu śmierci i inkarnacji, itd. Jedyne co tak naprawdę możesz zrobić, to odkryć Prawdę o tym, jak te procesy funkcjonują.

I tu dochodzimy do sedna problemu, jakie niesie ze sobą wyznawanie religii. Niestety, pewne prawdy, choćby w naszym katolickim światku były ustalane w drodze soborów, przez ludzi prymitywnych, często skorumpowanych, spragnionych poklasku i władzy nad innymi, którzy tak naprawdę nie mieli zielonego pojęcia w czym rzecz w świecie dookoła nich. W efekcie – zamiast poznania Prawdy o świecie w którym żyjemy – religie zaczęły tworzyć swoje własne. Stąd też do dzisiaj funkcjonują takie śmieszności jak celibat, dogmat o czyścu czy nieomylności papieża. I nie to, żebym czepiał się akurat Kościoła – po prostu, jest pod ręką a pisząc w języku polskim adresuje ten artykuł do chrześcijan głownie – podobnie niedorzeczne wierzenia, mające niewiele wspólnego z Prawdą, a będące powszechnie wyznawanymi mitami, tworami ludzkiej wyobraźni i fantazji, znajdziemy w praktycznie każdej innej religii.

Podsumowując – problem rozbieżności między nauką a religią rozbija się tak naprawdę o naszą ignorancję:

1. Nauka, w swojej niedoskonałości, próbuje wyjaśniać rzeczy wychodzące daleko poza nasze teraźniejsze rozumienie i pojmowanie rzeczywistości, co póki co nie daje jej pełnego obrazu Rzeczywistości

2. Religia, w swojej niedoskonałości, obciążona została masą niedorzecznych wyobrażeń, które również przeszkadzają w widzeniu Rzeczywistości, skupiając się na wymyślonych przez ludzi fałszywych bożkach

To co napiszę poniżej to ideał do realizacji w perspektywie setek jeśli nie tysięcy lat: jestem głęboko przekonany, że w momencie, gdy nauka ewoluuje do znacznie wyższego poziomu zaś religia uwolni się od błędnych wierzeń, obie zejdą się w jednym punkcie i zniknie raz na zawsze problem jakichkolwiek rozbieżności. Na chwilę obecną jednak pozostaje nam jedynie uzbroić się w cierpliwość i szukać własnego szczęścia i rozumienia ponad istniejącymi podziałami… ;)

Pozdrawiam serdecznie,

Elijah

www.elijah-blog.info

2 myśli nt. „… o nauce vs. religii

  1. Wiesia

    Eisntein, wraz z grupa fizykow,powiedzial,ze nauka przybliza nas do boga (pisze z malej litery, bo wierze,ze mial na mysli Energie, a nie tego Boga-Ojca z nauk katechizmu).
    Kiedys-gdzies wyczytalam,ze WSZYSTKO juz zostalo wymyslone, my tylko teraz powielamy.I chociaz trudno w to uwierzyc, patrzac na techniczne cuda-gadzety, to mysle,ze tak jest.I to by sie sprowadzalo do Twojego, Elijahu stwierdzenia,ze jeszcze jestesmy prymitywni.Uciekamy od Natury, tracimy kontakt z samym soba, nie sluchamy intuicji,nie umiemy oddychac – zyc.Przygladam sie tutejszym Aborygenowm, ktorzy od zarania swego istnienia zyja tak samo,zgodznie z tym, co glosi Dreamtime (glosi, bo to nie sa to spisane dogmaty, jak Biblia, Koran czy Tora)i widze, jak bardzo my, w porownaniu z nimi, jestesmy prymitywni.
    …Nie wiem, czy pisze ten komentarz na temat,ale takie mysli we mnie wywolal Twoj artykul:)

    Odpowiedz
  2. Małgosia

    Najbardziej podobało mi się lekarstwo na katar i dwa psy oszczekujące strukturę atomu. Uśmiałam się do łez :-)
    A w ogóle to najprawdziwsza prawda i jeszcze jak podana :-)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.