Archiwa kategorii: Elijah

…o najprostszej medytacji świata

Wielu nauczycieli różnych szkół duchowych przekazuje, czasami w grubych tomach, bogatą wiedzę o medytacji. Rozmaite techniki, pozycje, oddech, odpowiednie ubranie, otoczenie, kadzidła, odpowiednia wiedza i świadomość – i tym wszystkim obciążają ludzkie umysły. Pamiętam jak kilka lat temu udałem się na swoje pierwsze spotkanie z pewną buddyjską grupą medytacyjną. Jednym z punktów była, oczywiście, wspólna medytacja. Wszyscy usiedli w pozycji, jaką nakazywał mistrz, jedynie ja usiadłem trochę inaczej – zasadniczo tak, jak się nauczyłem wcześniej medytować i jak już było mi po prostu wygodnie. Prowadzący nic nie powiedział, jedynie kilka razy, jak zauważyłem, rzucił okiem w moją stronę. Przez pół godziny trwaliśmy w ciszy, po czym na skinienie mistrza, medytacja się zakończyła i zaczął krótki wykład. Adresowany do wszystkich obecnych – a było to nieco ponad dwadzieścia osób – dotyczył medytacji Zen, którą ów mistrz kiedyś praktykował i opisywał dumę i pychę z jaką do niej zasiadał i jaka go wówczas owa praktyka wypełniała. Dał do zrozumienia, że tamta technika była ewidentnie niewłaściwa i błędna. W podtekście przekaz adresowany był do mnie i był krytyką i dezaprobatą mojego sposobu siedzenia. Wysłuchałem tego ze spokojem, po czym podziękowałem i wyszedłem.

Tak naprawdę, w prostocie swojej oceny uznałem wówczas, że skoro ego tego faceta drażni pozycja w jakiej siedzę, to jaki z niego guru? – i nie będzie nim, przynajmniej dla mnie. Było to moje ostatnie spotkanie z owymi ludźmi.
Medytacja którą chcę przedstawić jest jedną z najprostszych rzeczy na świecie. Obojętne jest, kim i gdzie jesteś, z kim jesteś, co sobą reprezentujesz, jaki masz ubiór, poglądy i przekonania. Oczywiście, nie ważne jest też, jak siedzisz, możesz nawet być na toalecie. Jedyne, co potrzeba, to odrobiny dobrej woli oraz 60 sekund koncentracji.

Zamknij oczy – to też nie jest konieczne, ale poprawia zabawę. Poczuj swoje ciało.

1. Weź głęboki wdech przez nos, wypełniając powietrzem brzuch, przeponę i idąc w górę, kończąc na górnych partiach klatki piersiowej. Niech wdech naturalnie wypełnia Cię od dołu do góry.

2. Kiedy dojdziesz do szczytu, pozwól sobie na naturalny wydech i opadnięcie ciała. Jedyne co wówczas masz robić – to obserwuj jak oddychasz.

3. Koncentruj się na oddechu – i nawet jeśli umysł ‘odpłynie’ Ci w inna stronę – łagodnie przywołaj go do porządku.

4. Powtórz powyższe trzy punkty – dziesięć razy. A teraz do dzieła :)

5.
Gratulacje! Właśnie zakończyłeś najprostszą medytację świata :)
Co można zaobserwować po takiej krótkiej praktyce?

– można w łatwy sposób uwolnić nieco stresu i dziennego napięcia

– można zaoferować sobie odprężenie i rozluźnienie – kiedy umysł zajęty jest czymś innym, nie napina niepotrzebnie ciała

– można na chwilę uspokoić umysł i zrelaksować się mentalnie, odpoczywając od męczącej gonitwy myśli

– można spojrzeć w istotę swoich problemów – gdzie się podziewały, kiedy trwałeś/trwałaś w owej krótkiej medytacji? Ile z nich tak naprawdę tkwi jedynie w nas samych? Czy warto je w sobie potrzymywać i nosić? O ile łatwiej i przyjemniej jest pozostawić je poza nami?

– można też zobaczyć dużo więcej, naprawdę :)

Życzę miłej zabawy, bo tym dokładnie jest najprostsza medytacja świata – dobrą i przyjemną zabawą :)
Elijah

http://www.elijah-blog.info/

O rozgwieździe

Zasłyszałem ostatnio ciekawą, niezwykle inspirującą historię, którą chciałbym się z Wami podzielić.

To historia o chłopcu i dziadku, którzy wybrali się wspólnie na plażę. Akurat właśnie przyszedł odpływ, morze zaczęło się wycofywać i pozostawiło za sobą tysiące rozgwiazd. Leżąc na piasku i będąc niemiłosiernie opiekane przez słońce, niechybnie czekała je śmierć. W pewnym momencie dziadek zauważył, jak mały chłopiec bierze jedną w rękę i wrzuca z powrotem do wody. Następnie wraca, chwyta następną, wrzuca do wody – i tak w kółko. Podszedł do niego i pyta:

-Wnuczku, dlaczego to robisz? W końcu, plaża jest ogromna, takich plaż są wokoło setki, na każdej z nich tysiące rozgwiazd, nie jesteś w stanie uratować każdej! Jaka więc to ma znaczenie?

-Na pewno ma to znaczenie dla tej, którą właśnie wrzuciłem do wody! – odparł wnuczek.

Tak samo w życiu, może się wydawać, że nie robimy nic wielkiego, w końcu, na świecie są tysiące, ba, miliony albo i nawet miliardy ludzi, z którymi nigdy się nie zetkniemy i na których życie nigdy nie będziemy mieć wpływu. Niemniej – na pewno mamy wpływ na tą niewielką grupę, która jest wokoło nas, więc warto podjąć wysiłek. Właściwie, to nawet nie trzeba nic robić – wystarczy uczciwie zająć się samym sobą… To bywa często bardziej inspirujące dla innych ludzi niż misyjne, nawracające mowy (których, zasadniczo, nie praktykuję).

Spodobała mi się ta historia, gdyż w pewnym momencie zacząłem wątpić, czy cokolwiek robię ma głębszy sens. Następnie usłyszałem tą historię po czym dostałem życzenia, wklejone nieco wcześniej – i dzięki temu zrozumiałem, że nawet jeśli nie dotykam milionów, to i tak wpływam jakoś na tą grupę ludzi, która jest najbliżej mnie. I wpływam też na siebie. I cieszy mnie tym bardziej to, że jest to pozytywny wpływ. I najciekawsze jest to, że Ty również taki wpływ masz. Juppi! :)

Elijah

…o Bogu i Holendrze, naukowo

W zwartym idąc szyku, wdałem się w interesującą dyskusję z pewnym bardzo przejmującym, dynamicznym i młodym duchem Holendrem. Nic nie mam do Holendrów, a wprost przeciwnie – jest to kolejny reprezentant tego małego i nieco przynudnawego (za wyjątkiem Amsterdamu) kraju, który pojawił się ostatnio w moim życiu, wnosząc sporą dawkę wszelakiej maści inspiracji, które rozpinały się na skali we wszystkich kategoriach: od „zamęt” do „wow, niesamowite”. Przykładowo, pochwalę się, że nauczyłem się już dwóch słów w inszym języku – klasycznie, pierwszym było „k^&wa”, drugim „dziękuję bardzo”. Jednakże, nie o język tutaj chodzi – taka inspiracja byłaby zdecydowanie zbyt wątła i cherlawa, aby tworzyć z niej sensowny artykuł, nieprawdaż, Szanowny Czytelniku? ;)

Tak więc, siedzieliśmy sobie w trójkę – ja, ów Holender i jeszcze jeden reprezentant kraju nad Wisłą (który gra, co prawda, od dłuższego czasu w drużynie kangurów) w kajucie na pięknym, ponad 30 metrowym skunerze, rozmawiając na tematy wszelakie i w pewnym momencie rozmowa – a jakże – zjechała na sprawy religijne. Nie powinienem się dziwić, w końcu, była to niedziela, dzień Pański. Zapytany przyznałem zgodnie z prawdą że nie jestem za grosz religijny, kulturalnie przemilczając fakt duchowych poszukiwań i zainteresowań, bo końcu, z religią mają one nic wspólnego. Ośmielony tym faktem Holender bez kozery opowiedział swoje spotkanie z pewnym biskupem, któremu wypalił: „trzeba być idiotą aby wierzyć w takie bajki jak w istnienie Boga, nie ma żadnych naukowych dowodów na to, że Bóg istnieje”.

Zastanawiacie się, jak Elijah zareagował na takie stwierdzenie? W końcu, widziałem czy doświadczałem niejedną rzecz, która klasyfikuje się w kategorii „cudów” niemalże, od egzorcyzmów, poprzez kontakty ze zmarłymi, trafne proroctwa, życie przez kilka lat bez jedzenia, poprzednie wcielenia, niezwykłe uzdrowienia, itd. itp. W rzeczy samej, spodziewać się można, że biorąc pod uwagę powyższe, powinienem zdecydowanie zaoponować. Tymczasem, przyznałem mu całkowicie rację. Ano faktem jest, że nie ma najmniejszych dowodów na istnienie Boga i naukowo nie dowiedziono jego istnienia. Faktem też jest, że mimo, że widziałem rozmaite cuda, to nie mogę jednoznacznie powiedzieć, że na 100% mają one coś wspólnego z Bogiem. Faktem także jest, że naukowo nie dowiedziono jeszcze wielu innych rzeczy, np. teorii ewolucji – dlatego też, to co wyprodukował Darwin nadal nazywane jest tylko „teorią”. Co więcej, rzeczy, które domagają się naukowych dowodów, jest bowiem cała masa.

To jeszcze nic: ciekawszą jednak sprawą jest, że tak samo, jak nie ma żadnego dowodu naukowego na istnienie Boga, nie ma też ŻADNEGO naukowego dowodu na to, że Bóg nie istnieje. Musimy jasno zdawać sobie sprawę, że większość dyskusji i argumentów logicznych niezbicie „udowadniających” nieistnienie Boga, pokazuje jedynie błędy w filozofii i logice rozmaitych religii i Jego religijnych interpretacji czy koncepcji. Tymczasem religie to jedynie produkty współczesnej cywilizacji, który starał się, na miarę swoich skromnych i ograniczonych możliwości, zinterpretować pewne ponadczasowe zjawiska. Bardziej jednak niż to, religie powstawały jako systemy scentralizowanej władzy, mające na celu dominację wybranej grupy ludzi (kapłanów, biskupów, rabinów, „wtajemniczonych”, itd) nad prostym ludem i przejęcie kontroli nad nim. Aby to zrozumieć, wystarczy IQ > 110 oraz nieco czasu poświęconego na studiowanie historii Kościoła Katolickiego czy też dowolnie innej wybranej religii. W< każdej praktycznie znajdziemy gnioty, logiczne sprzeczności, politycznie ustawiane dogmaty czy wyssane z palca wierzenia – i to właśnie one, a nie Bóg, stają się celem ataków rozmaitej maści spekulantów, z których duża część nie zauważa różnicy, że religia ze swoimi interpretacjami i Bóg to dwie bardzo odrębne rzeczy.

Ponieważ jednak temat religii jest tak samo pasjonujący jak mój holenderski („k^&wa”, „dziękuję bardzo”), wrócę do tematu głównego. Jako że nie można naukowo udowodnić jego istnienia ani jego nieistnienia, to matematyczne prawdopodobieństwo istnienia Boga wynosi dokładnie 1/2, czyli 50%. Czyli, że masz 1 na dwie szanse, że Bóg istnieje. Biorąc pod uwagę takie duże statystyczne prawdopodobieństwo wygranej, trzeba być co najmniej dziwnym aby nie obstawiać jego istnienia. Co gorsza – grałeś kiedyś w Totolotka? Szansa wygrania głównej nagrody wynosi tam 1 do 13,983,816, czyli masz szansę jedną na prawie 14 milionów, że wygrasz główną nagrodę. Jeśli zatem kiedykolwiek wysłałeś kupon Totolotka z wiarą w wygraną (1 do 14 milionów) zaś jednocześnie nie wierzysz w istnienie Boga (szansa 1 do 2), to jesteś w najlepszym wypadku matematycznym kaleką, w najgorszym zaś, hmm, może to przemilczę, bo przychodzą mi same niecenzuralne słowa na myśl, a i tak już zbyt dużo poprzeklinałem w tym artykule ;)

Zostawiając to, jak zwykle, samodzielnemu przemyśleniu, matematycznie polecam wiarę w Boga (Jezu, ale nie w religie, „ku^&a”, „dziękuję bardzo”). Jeśli istnieje, to wybaczy ci te błędy w myśleniu, a jeśli nie, to i tak niewiele tracisz – mniej, niż wysłanie kuponu Totolotka. ;-)

Pozdrawiam,

Elijah

…o miliardach unikatowych Wszechświatów

Nic tak nie inspiruje jak butelka wódki zagryziona czosnkową kiełbasą. Tudzież klasycznie można zamiast tego sięgnąć po śledzia. Do składników podstawowych należy też zaliczyć doborowe towarzystwo, które nie wylewa za kołnierz, najlepiej sprawdzone, doświadczone i zaprawione w bojach. Ważne jest też w miejsce – w końcu nie wszędzie można prowadzić głębokie, natchnione alkoholem dyskusje o sztuce, sensie życia czy polityce. I w taki oto idealny sposób można uczcić kolejny weekend po całym szarym tygodniu pracy.

Konsternacja? Przecież miało być o świadomości?

No i jest. Oto wizja jednego ze Wszechświatów, który jak przypuszczam jest znany – w mniej lub bardziej zbliżonej wersji – szanownemu Czytelnikowi. Oczywiście, taki Wszechświat niekoniecznie musi być moim ani twoim doświadczeniem. W zasadzie, to osobiście nigdy w taki sposób nie „świętuję” weekendu. Mój świat, widziany moimi oczyma wygląda zupełnie inaczej niż kogokolwiek innego na tej planecie, dla mnie nie ma szarych dni, nawet szarość jest unikatowa! I tutaj dochodzimy do bardzo ciekawego paradoksu – żyjąc w tym samym świecie a nawet w tym samym kraju czy mieście, będąc przedstawicielami tego samego gatunku, porozumiewając się w podobny sposób – w zupełnie indywidualny sposób odbieramy rzeczywistość. Właściwie to tworzymy ponad sześć miliardów unikatowych Wszechświatów!

Wiele osób sili się na indywidualność, chce wyróżnić się z tłumu, z masy, ze społeczeństwa. Tymczasem, jedyny wysiłek jaki należy zrobić, to zwyczajnie zrozumieć, że już jesteś zupełnie wyjątkową i niepowtarzalną istotą, unikalnym dziełem w skali całego Kosmosu, ba, w skali całego Wszechświata – tego i wszystkich innych które istnieją!

Wiele rzeczy o tym świadczy:

– twoje ciało – jest unikatem na skalę światową, nie ma drugiej całkowicie identycznej osoby, twój wzrost, waga, budowa, rysy twarzy, kolor oczu, barwa głosu – to wszystko jest niepowtarzalną we wszechświecie i wyjątkową kombinacją, która ciebie tworzy

– twoje linie papilarne są kompletnie unikatowe – nie ma nikogo, kto miałby takie same na świecie, ale o tym chyba nie muszę wspominać? ;)

– połączone z twoim ciałem imię i nazwisko to jedyna kombinacja na świecie

– w miejscu i czasie w którym rodziła cię twoja mama – nie urodził się żaden inny człowiek; ok, może inne dzieci rodziły się gdzieś obok, ale łóżko na którym pojawiłeś się na świecie należało wówczas tylko dla ciebie :)

– twoi rodzice – nawet jeśli dzielisz je z rodzeństwem – są niepowtarzalni, większość z 6 miliardów ludzi na świecie ma innych rodziców ;)

– twój dom – podobnie jak rodzice, jest wyjątkowym miejcem, praktycznie cała reszta populacji mieszka gdzie indziej ;)

– twoj pokoj – nawet jesli wisi w nim plakat, ktory ma 100000 innych ludzi i mebel z Ikei, ktory jest w milionach innych domow – to kombinacja i układ tych elementów jest zupełnie niepowtarzalnym efektem twojej inwencji twórczej

– cokolwiek stworzysz, jest tylko i wyłącznie twoim niepowtarzalnym dziełem; nawet jeśli kradniesz czyjeś dzieło – to kradniesz to wyjątkowy i niepowtarzalny sposób ;)

– twoi znajomi – napotkałeś na swojej drodze życia taką grupę osób, której w takiej kombinacji nie spotkał nikt inny

– twoje rozmowy z ludźmi – są całkowicie niepowtarzalne! Nikt na świecie nie przeprowadził ani nigdy tego nie zrobi, identycznej rozmowy jaką ty przeprowadziłeś z kimkolwiek – każda rozmowa jest wyjątkowa, dzieje się w specyficznym miejscu, obierasz ją na swój wyjątkowy sposób i przeżywasz w jej trakcie wyjątkowe, specyficzne dla ciebie emocje, nawet – jeśli jest obecny w tym samym miejscu!

– ciasto, które upieczesz – nawet jeśli skorzystasz z przepisu który zna cały kraj, to proporcja składników, twój wysiłek, naczynia z których skorzytasz, miejsce przyrządzenia i czas jest niepowtarzalnym zjawiskiem w skali wszechświata :)

– chleb, który w życiu zjadłeś był zjedzony tylko i wyłącznie przez ciebie – nikt inny nie zjadł go przed tobą ani nie zje po tobie ;)

– podobnie jak i reszta jedzenia czy napojów ;)

– i jak myślisz – ilu ludzi na świecie jest w tej chwili ubranych dokładnie tak samo jak ty? Nawet jeśli mają rzeczy tej samej marki, to myślisz, że noszą w tej chwili taką samą bieliznę czy buty? ;)

– zauważyłem kiedyś, że moje buty, z racji sposobu w jaki chodzę, ścierają się w dość unikatowy sposób, będący kombinacją kształtu mojej stopy, stylu chodzenia, wagi oraz podłoża! Podobnie jest i z tobą – twoje buty, ubiór i wszystkie rzeczy z których korzystasz zużywają się w wyjątkowy i niepowtarzalny sposób! :)

– twoje myśli – nawet jeśli myślisz podobnie w niektórych tematak jak twoi znajomi, to suma myśli i poglądów jest zupełnie unikatowa i w sposób wyjątkowy tworzy twoją osobowość

– twoje lęki też są wyjątkowe – nawet jeśli boisz się pająków czy węży podobnie jak inni, to sposób, miejsce i czas przeżywania tego strachu jest dla ciebie całkowicie wyjątkowe i niepowtarzalne

– twoje pasje są unikalne – cokolwiek robisz, robisz to i rozumiesz w wyjątkowy, specyficzny i wyłącznie twój sposób

– twoje plany – nawet jeśli dzielisz je z innymi ludźmi, są wyjątkowe i realizujesz je w unikatowy sposób

– kombinacja plików w twoim komputerze jest unikatowa ;)

– czas w którym żyjesz jest całkowicie niepowtarzalny! Zatrzmaj się na chwilę, oderwij wzrok od monitora i rozejrzyj się wokoło – jak sądzisz, jak wyglądało dokładnie to miejsce w którym teraz jesteś 100 lat temu? A tysiąc lat temu? Albo, jak wyglądało milion lat temu? Choć rzeczy mogą wydawać ci się zwykłe i codzienne – to jest to unikatowe miejsce dla całego Wszechświata, które się nie powtórzyło w przeszłości ani też nie powtórzy w przyszłości!

I teraz się pytam – gdzie ta nuda i szarość? Zmień swoje spojrzenie na życie, gdyż jesteś niepowtarzalną, wyjątkową i specjalną istotą doświadczającą życia w swój unikatowy sposób, podobnie jak pozostałe 6 miliardów ludzi! I być może wkrótce opuścisz ten świat, właściwie, opuścisz go na pewno, śmierć jest nieuniknioną częścią Życia. I nawet jeśli wydaje ci się, że nie zrobiłeś niczego specjalnego, niczego niezwykłego – to wprost przeciwnie, mylisz się – przeżyłeś życie w wyjątkowy, zupełnie unikalny dla ciebie i całego Wszechświata sposób!

Pozdrawiam serdecznie –

unikat pt. Elijah :)

www.elijah-blog.info

…o kacu 2013.

Od jakiegoś czasu obserwuje na rozmaitych portalach i forach poświęconych sprawom ducha wzrost zainteresowania liczbą, która wywołuje masę emocji: 2012. Data 2012 oznacza niezwykle wiele… Postanawiam zatem dorzucić swoje trzy grosze. Ale, tym razem, nie w formie proroctw czy wizji… lecz pytań do samodzielnego rozważenia. Pytania te powstały jako wynik prostych wierzeń, przemyśleń i obserwacji faceta, który jest dobrze ukorzenionym realistą, tak dobrze ukorzenionym, że jak idzie to jądrami ociera o chodnik :)

Przede wszystkim, 2012 to katastrofy i kataklizmy…

ZASADNICZE PYTANIE 1. W JAKI SPOSÓB JAKIKOLWIEK KATAKLIZM JEST W STANIE PODNIEŚĆ WIBRACJE CZY ŚWIADOMOŚĆ?

Jakie są korzyści z naturalnych katastrof? Czy tsunami z 2004 roku, w którym zginęło 275 tysięcy ludzi, kogokolwiek oświeciło? Czy naprawdę wierzysz, że jak huknie kometa czy wyleją oceany, to papież nagle ogłosi, że przez tysiąclecia Kościół się mylił i mówił nieprawdę i namówi się na sesję regresingu? Czy raczej, stwierdzi że to Boska kara za grzechy i zacznie wzywać grzeszników do powrotu na łono jedynie nieomylnego Kościoła? Albo inaczej, czy śmierć milionów nagle oświeci pozostałe miliony? Czy też może, spowoduje chaos, strach i panikę? Czy naprawdę istnieje katastrofa naturalna, która jest w stanie spowodować, że miliony osób jak za dotknięciem magicznej różki nagle zrozumieją swoje błędy, pomyłki, ujrzą ograniczające wzorce i zechcą porzucić dotychczasowe życie i stworzyć idealny świat? Czy rewolucja jest naturalną drogą przemian? Czy natura wybiera ewolucję czy rewolucję jako optymalną ścieżkę rozwoju i wzrostu? Jak dotychczas w historii tej planety kończyły się rewolucje, jakie były ich owoce?

Ciekawe są wizje głoszące elektryczne katastrofy…

ZASADNICZE PYTANIE 2. CZY BRAK PRĄDU UCZYNI ŚWIAT LEPSZYM?

Czy naprawdę wierzysz, że brak prądu podniesie świadomość społeczną? Jak będzie wyglądać codzienne życie ludzi w milionowych miastach, gdy z dnia na dzień stracą prąd, a co za tym idzie, przestaną działać wszystkie urządzenia, włącznie z kanalizacją, wodociągami? Jak wyobrażasz sobie funkcjonowanie dużych miast, kiedy z powodu braku prądu zabraknie dostaw żywności? Albo i bardziej prosto i bezpośrednio – jak wyobrażasz sobie swoje własne życie, kiedy zabraknie prądu, nie zadziała komputer i telefon, nie skontaktujesz się ze znajomymi, po trzech dniach zacznie psuć się jedzenie w rozmrożonej lodówce, sklepy będą zamknięte zaś w kranie nie będzie wody? Czy wierzysz, że głodni ludzie w miastach w zaczną masowo medytować, kiedy nie będą mieli nic do picia i jedzenia? Czy wierzysz, że ludzie będą wówczas myśleli o sprawach wyższych, skoro zagrożona zostanie ich podstawowa egzystencja? Że nagle rozkwitnie miłość? Czy może zrodzi się panika? I kontynuując tą wizję:

Czy naprawdę wierzysz, że izolując się w samowystarczalnej społeczności jesteś w stanie przetrwać zalew głodnych, zdesperowanych ludzi szukających jedzenia po to, aby przeżyć? Czy jesteś w stanie przed nimi się obronić? Czy podzielisz się z głodnymi, narażając swoją własną egzystencję i swoich bliskich? A jeśli nie to, czy – skrajnie patrząc – czy gotowy/gotowa jesteś zabijać, aby bronić swoich zapasów żywności? Czy ta sytuacja wzniesie Cię na wyżyny duchowej świadomości?

Interesujące są też wrażenia z czytania tekstów o 2012…

ZASADNICZE PYTANIE 3. JAK ZMIENIAJĄ SIĘ MOJE WIBRACJE, JAK CZYTAM TEKSTY O ROKU 2012?

Czy zauważasz, jak zmieniają się Twoje wibracje, kiedy czytasz teksty o roku 2012? Czy teksty te wypełniają Cię pozytywnymi myślami i odczuciami? Czy też zasiewają lęk i niepokój o przyszłość swoją i najbliższych? Czy teksty te niosą harmonię oraz ukorzeniają w poczuciu bezpieczeństwa i wewnętrznego spokoju? Czy z proroctw o 2012 płynie miłość, tak charakterystyczna dla czystych energetycznie przekazów? Czy z głębokiej Miłości mogą słowa takiego przekazu?Jak się czujesz myśląc o roku 2012? Kto w Tobie zasiał takie odczucia? Dlaczego na nie pozwalasz, dlaczego im wierzysz? Skoro przemiana ma się dokonywać na lepsze i mają podnosić wibracje, to dlaczego czytając pewne przesłania czujemy się gorzej, czy też rodzi w nas lęk i strach?

Z tym też wiąże się kwestia istot, które takie przesłania tworzą…

ZASADNICZE PYTANIE 4. JAKIE INTENCJE STOJĄ ZA PRZEKAZAMI O 2012?

Czy przekazy o 2012 celebrują Twoją Boskość i Boskość świata czy też lęk? Czy wierzysz, że można komuś pomóc, podnieść jego wibracje i świadomość przez zasianie w nim lęku przed przyszłością? Czy wysokowibracyjne istoty – mistrzowie, przewodnicy, opiekunowie – kiedykolwiek karmili ludzi przesłaniami zawierającymi choćby cień lęku i strachu? Czy też może ugruntowywali wiarę, ufność, pozytywne nastawienie? Jakie istoty sieją zamęt i wątpliwości? Jaka była natura i wibracja najbardziej inspirująch przesłań duchowych, jakie do Ciebie dotarły? Czy sprawdzam informacje, którymi dzielę się z innymi? Czy zawsze mam świadomość tego, co wzbudzam w innych pisząc o roku 2012? Jakie są korzyści z emocji wzbudzanych przez owe proroctwa? Kto czerpie owe korzyści? Ja?

A na koniec…

ZASADNICZE PYTANIE 5. CZYM JEST DLA MNIE DZISIEJSZY, TERAŹNIEJSZY ROZWÓJ DUCHOWY?

Czy rozwój duchowy jest wyczekiwaniem na to, aż ktoś czy coś przyjdzie i zmieni otaczający świat? Czy wierzysz, że wysoko rozwinięte istoty zrobią coś za Ciebie? Czy rozumiesz, że otaczający świat to projekcja Twojego umysłu – zaś w skali planety, to projekcja umysłów miliardów ludzi? Czy nie lepiej zatem działać już teraz na rzecz owych zmian w sobie, aby ową projekcję zmienić? Jakie są moje intencje wobec świata, jak go postrzegam? Czy rozwój duchowy jest dla mnie ucieczką od rzeczywistości materialnej i ciała? Czy akceptuję siebie i świat takim, jaki jest? Czy świat, który nas otacza jest naprawdę taki zły? Co ja chcę tworzyć w otaczającej rzeczywistości? Jak będę się czuł 1 stycznia 2013 po tym, co dotychczas powiedziałem i napisałem? doświadczę kaca fałszywego proroka?…

Elijah

www.elijah-blog.info

…o nadstawianiu drugiego policzka

Wychowany zostałem w dobrej, jak mi się przez długi czas wydawało, chrześcijańskiej tradycji nadstawiania drugiego policzka. Przekazano mi – a jakże by inaczej – klasyczną interpretację tego biblijnego zdarzenia – czyli, nie broń się, bądź bierny i pasywny i jak ktoś Ci przywali, dla zachęty nadstaw jeszcze niepoharataną część twarzy. Podświadomie też kultywowałem, przeniesioną z poprzednich wcieleń, starą buddyjską tradycję nie zadawania cierpienia innym żyjącym istotom. Obydwie nauki pięknie się zgrywały i harmonizowały, tworząc zupełnie nieagresywną osobowość łagodnego jak baranek Elijaha ;-)

Ma się rozumieć, nie oznaczało to w żaden sposób, że nie byłem agresywny, bo byłem. Ale po kolei. Na moim osiedlu, w małej mieścinie na zadupiu wszechświata, tuż obok mnie dorastał pewien młodzieniec, o imieniu, dajmy na to Roman. Jak tylko sięgam pamięcią wstecz, Roman był bardzo zadziornym dzieckiem i od czasów przedszkola wdawał się w najprzeróżniejsze bójki i awantury. Mnie pięści Romana zwykle nie imały, pewnie dlatego, że byłem spokojnym, dobrze ułożonym, stojącym nieco z boku grzecznym chłopcem, który miał swój wąski świat wybranych znajomych oraz ulubionych książek. I tak ku chwale Boga i Ojczyzny mijały lata. Nieco później, w czasach nastoletnich, wraz z buntem przeciwko całemu światu, pojawiły się u mnie jak i kilku moich bliskich przyjaciół długie włosy – będące nietypowym, jak na taką małą mieścinę, manifestem odmienności. To oczywiście zwróciło uwagę Romka i zgromadzonej wokół niego grupy towarzyszy. Szczęśliwie dla nas, w tym czasie Romek zaprzestał już wojować ze wszystkimi pięściami. Matka natura zatrzymała wcześnie jego wzrost i będąc o głowę niższy i raczej szczupłej budowy ciała, wyglądał bardziej na chłopca niż dorastającego mężczyznę. Będąc zupełnie bierni, pokorni i potulni, staliśmy się łatwym obiektem notorycznych kpin i żartów (pamiętam, jak na kolegę wylano kiedyś całe wiadro wody) i celem uporczywych, nieprzyjemnych słownych ataków. Mimo niewielkiego wzrostu, animuszu Romkowi nie można było w żaden sposób odmówić.

Owe powtarzające się ataki na które, zgodnie z wyuczoną łagodnością nigdy nie reagowałem, prowadziły do narastania coraz większego wewnętrznego buntu i sprzeciwu. Zewnętrzna agresja rodziła we mnie coraz silniejszą złość, którą przez długi czas starałem się tłumić i bagatelizować.Pewnego dnia opierając się o ścianę czekałem na pojawienie się kolegi, i w pewnym momencie zauważyłem przechodzącego obok Romka. Jak zwykle zaczęły się kpiny, żarty i naśmiewanie z mojego wyglądu, które narastały im bardziej zwiększała się dzieląca nas odległość. Chyba nie miałem dobrego dnia – w pewnym momencie kipiący we mnie wulkan eksplodował. Za Romkiem poszła bardzo agresywna seria przekleństw oraz śmiertelnie poważne zapewnienie, że jeśli jeszcze kiedykolwiek usłyszę jakieś przykre słowo pod moim adresem, to spiorę go tak, że go rodzona matka nie pozna. Oczywiście, wyraziłem to w bardziej dosadny sposób. Jestem przekonany, że gdyby Romek wówczas cofnął się, to na pewno doszłoby do bijatyki, jednakże zniknął tym razem bez słowa za zakrętem.

W tym momencie moralność chrześcijańska oceniłaby moje postępowanie w sposób okrutny: jako niegodne pełnego miłości chrześcijanina. Tymczasem, rezultat owej słownej potyczki okazał się niezwykle zaskakujący: Romek przestał zachowywać się nieprzyjaźnie, a po jakimś czasie nawet – zaczął pierwszy mówić mi „cześć”. Od tamtego czasu zniknęły między nami jakiekolwiek animozje, i choć nie zostaliśmy przyjaciółmi, to przyszło nam nawet kiedyś wspólnie pokopać piłkę.

Doniosłość owego historii z Romkiem przyszło mi zrozumieć po latach. Dzisiaj widzę, że bierna postawa w wielu wypadkach wcale nie prowadzi do zaprzestania przemocy – a paradoksalnie wręcz – często do jej kultywacji! Zachęcony bezczynnością napastnik niejednokrotnie dochodzi do wniosku, że ma zielone światło dla swoich występków oraz jest zupełnie bezkarny w tym co robi – i w rezultacie kontynuuje znęcanie się nad swoją ofiarą. Czy bycie biernym ma zatem sens? Otóż z całą pewnością stwierdzam, że nie zawahałbym się użyć siły po to, aby powstrzymać czyjąś przemoc i agresję – i że takie postępowanie jest jak najbardziej słuszne i prawidłowe! Podjęcie takiego kroku wymaga rzecz jasna wewnętrznej zgody, pewności, wyczucia i uważności – aby z pozycji defensora samemu nie stać się najeźdzcą. Użycie siły w sposób świadomy nie powinno nigdy rodzić dalszej agresji – ono ma pomóc napastnikowi zrozumieć, że postępuje niewłaściwie, a także w konsekwencji prowadzić do zmiany jego postawy. W ten sposób pomagamy nie tylko sobie ale i drugiej stronie, ponieważ – choć może nie zawsze jasno to widać – to osoba zadająca cierpienie również cierpi. Warto przy tym cały czas zachowywać otwarte serce, wybaczając drugiej stronie popełnione błędy, a także podjąć się zrozumienia, jaką lekcje przynosi nam całe doświadczenie.

Brnąc dalej, dopiero niedawno dotarło do mnie pełne i jasne zrozumienie tego, co mówił Jezus w słynnym Kazaniu na Górze. Zdumiewające, on wcale nie zachęcał do bycia prowadzoną na rzeź owieczką! Przyjrzyjmy się zatem tekstowi z Ewangelii Mateusza, rozdział 5. W czasach Jezusa uderzenie kogoś zewnętrzną częścią prawej dłoni w policzek wykorzystywane było do podkreślenia swojego autorytetu i dominacji. Lewa dłoń wykorzystywana była do nieczystych celów, więc uderzanie nią nie było praktykowane. Alternatywnie napastnik mógłby spoliczkować kogoś wewnętrzną stroną dłoni lub uderzyć ją w inny sposób – lecz to było w ówczesnej kulturze postrzegane jako uznanie równości ze swoją ofiarą. Jak widać więc, nadstawienie drugiego policzka stawiało najeźdzcę w kłopotliwej sytuacji i było zakamuflowanym żądaniem uznania równości! Widać też zaraz jasno, dlaczego Jezus nie miał wielu sympatyków wśród rządzącego duchowieństwa, dając tłumowi narzędzia do obrony przed uciskiem.

Podobnie sprawa ma się z słowami Jezusa o odstąpieniu komuś swojego okrycia: jest to kolejny źle interpretowany tekst. Ponownie, zupełnie nie chodzi to, aby dawać się komukolwiek wykorzystywać! Zresztą, zostawiając na chwilę słowa Jezusa na boku – czy naprawdę ktoś rozsądnie myślący wierzy, że taka postawa może być korzystna? Wracając szybko do słów mistrza: odstąpienie komuś swojego odzienia pozostawiało prześladowaną osobę nago – co w ówczesnych czasach przynosiło wstyd i hańbę… osobie ową goliznę oglądającej. Czyli znowu – oddaj co na sobie masz, ale nie po to, aby iść komukolwiek na rękę – lecz po to, aby swoją postawą zamanifestować sprzeciw wobec zewnętrznej agresji.

Ostatni akapit z Ewangelii zdaje się pozornie nie mieć większego sensu: jaka korzysć może być z pójścia kimś o milę więcej i jakie ma to powiązanie ze wcześniejszymi naukami? Otóż, spojrzenie poprzez historyczne tło nadaje temu stwierdzeniu głębszego sensu. Ówczesne rzymskie prawo pozwalało bowiem na wykorzystywanie ludności z terenów podbitych do przenoszenia ekwipunku lub innych przedmiotów, niemniej nie dalej jak przez jedną milę. Przekroczenie tego dystansu mogło grozić surowymi konsekwencjami dyscyplinarnymi w stosunku do łamiącego prawo żołnierza. I teraz wszystko staje się jasne: poprzez pójście dalej, kolejną milę, stawiamy oponenta w problematycznej sytuacji. Owa nadgorliwość miała nie inne zadanie jak zniechęcać Rzymian do wykorzystywania lokalnej ludności jako tragarzy.

Oto słowo Elijaha.

Jak zwykle do samodzielnego przemyślenia.

Kto ma rozum, niech myśli ;)

Amen ;-)

…o śmierci… i życiu

„Fascynujące, gdy się pomyśli, że wokół nas jest cały niewidzialny świat, którego nie dostrzegamy. Mówię, oczywiście, o Świecie Niewidzialnych Strasznych Szkieletów.”

(anonim z czeluści Internetu)

Przebudziłem się dzisiaj przed budzikiem, a dokładniej, wbudowanym w telefon alarmem. Powierzenie porannej pobudki telefonowi działającemu w oparciu o system Microsoftu i mającemu raptem dwa wbudowane dzwonki – jeden robiący „Piii Piii”, drugi symulujący odgłos szczekającego psa jest czynem balansującym na granicy odwagi i głupoty (przecież to Windows – alarm może w ogóle nie zadziałać! ;), ale, szczerze powiedziawszy, nie o tym mam zamiar dzisiaj pisać ;-)

Po głowie krążyły mi obrazki z ledwo co zakończonego snu, w którym jeździłem ze zdumiewająco dużą szybkością na nartach. Mam czasami wrażenie, że w snach załatwiam sprawy, których nie robię w życiu realnym – gdyż póki co, nie miałem jeszcze przyjemności obcować z nartami. Kto wie, może pewnego dnia odkryję w sobie nową pasję? Wracając do treści snu: wyraźnie pamiętam jego zakończenie, gdy będąc w jakimś pomieszczeniu miałem wrócić na szlak przez niezwykle ciasne, klaustrofobiczne wyjście… w suficie. Będąc pogrążony w półprzytomnym letargu i leniwie czekając aż zapieje kogut (tak, dograłem trzeci dzwonek – znudziło mi się szczekanie psa ;), zastanawiałem się nad symboliką owego przejścia. Pojawiły mi się dwie opcje: pomyślałem, że jest to coś związanego z narodzinami, albo… o dziwo, ze śmiercią. Uhm, tak, to jest właściwy wątek!

Nagle wydarzyło się coś niecodziennego: przez krótką chwilę, w mgnieniu oka, poczułem, jak wygląda umieranie. Jak piszę te słowa, przypomina mi się opis jasnowidzącego jogina, który opisywał ten proces z zewnątrz, opisując jak po kolei zamykają się poszczególne czakry. Ja tymczasem poznałem to doświadczenie z innej strony, od środka – przeżyłem śmierć jako radosną, ekstatyczną wręcz transformację, podczas której zanurzyłem się w eksplodującej Światłości. Niezwykłe! Myślę, że obydwa opisy ładnie ze sobą współgrają, pokazując co się wówczas dzieje – kończy się nasza aktywność zewnętrzna, a skupiamy się na sednie swojej istoty, na swoim wnętrzu, zbliżając do pierwotnej natury. Przypominam sobie także pewną sesję regresywną, która miała miejsce kilka lat temu. Wówczas również przeszedłem przez śmierć – i było to tak samo piękne doświadczenie. Interesujące, że Światłość, która w trakcie sesji rozlała się po moim ciele, odczuł również mój terapeuta.

Oczywiście, dla Ciebie, drogi czytelniku, moje doświadczenie może być kompletnie bez znaczenia – przelane na papier tworzy tylko zbitek słów, kolejną porcję tajemnej wiedzy o świecie, której prawdziwości być może nie potrafisz zweryfikować. Całkiem prawdopodobne, że, Twoje przekonania są różne od moich, być może żyjesz w oczekiwaniu na nadejście Królestwa Niebieskiego, być może wierzysz w koniec ludzkiej egzystencji po śmierci, albo też i jesteś zagorzałym wyznawcą „Świata Niewidzialnych Strasznych Szkieletów”… To wszystko nie ma znaczenia, gdyż najważniejsza rzecz przed nami.

Kiedy pojawił się u mnie ten stan umierania, pochłonęła mnie bezdennie jedna, jedyna myśl związana z ludzką egzystencją. Trudno ją wyrazić jednym zdaniem; ta rdzenna myśl, wypływająca z serca, trwała raptem ułamek sekundy, ale przelana na papier stworzyła mnóstwo pytań:

…czy dobrze przeżyłem swój czas w tym ciele?

…czy mogę w pełni zadowolenia odejść?

…czy prowadziłem swoje życie najlepiej jak potrafiłem?

…czy mogę opuścić ten świat nie żałując niczego?

…czy dobrze wykorzystałem każdą daną mi chwilę?

…czy czuję się całkowicie spełniony?
Nie potrafię, nawet w małym stopniu, przekazać uczucia jakie mnie wówczas ogarnęło. Ale jedno wiem na pewno, że został po nim głęboki, niezatarty ślad: wiem, że chcę, z otwartym sercem i umysłem, przeżyć swoje życie najpełniej, najlepiej i najwspanialej jak tylko potrafię; wiem, że chcę pokonać swoje lęki, słabości i ograniczenia po to, aby doświadczać nieskończonej wspaniałości życia. Nie chcę afirmować: całe moje jestestwo pragnie stać się afirmacją życia. Wiem, że chcę przywitać moment śmierci ciała z podniesioną głową, chcę, żeby ostatni oddech ciała był oddechem radości z dobrze przeżytego, wypełnionego życia.

I Tobie również tego życzę

Elijah

www.elijah-blog.info

7 przykazań dla bezrobotnych

Pomysłów, jak zacząć ten tekst miałem co najmniej kilka. Miały to być krótkie historyjki wprowadzające w temat, w każdej miał się pojawić wątek dramatyczny – bo w końcu temat bezrobocia nie jest ani radosny ani wesoły, zwłaszcza, jeśli w sytuacji bezrobotnego się znajdziemy; potem pojawiała się głębsza lub płytsza mądrość wypływająca z zaistniałej sytuacji oraz jakieś dowcipne słowa – znamionujące , że w końcu, aż tak tragicznie nie jest. I w pewnym momencie przypomniał mi się Mojżesz na górze Synaj, spisujący otrzymany od Boga dekalog. Myślę: przecież nie rozmawiał z płonącym krzakiem o pogodzie, czyż nie? Skoro więc zabrałem się za spisywanie przykazań dla bezrobotnych, to może nie będę prawił niepotrzebnych farmazonów i przejdę do rzeczy.

Jam jest Elijah, który wywiedzie Cię z udręki psychicznej bycia bezrobotnym i postawę Twą właściwie ukształtuje (hmm… nie mogłem się powstrzymać… ;)

1. Nie będziesz myślał o sobie jako bezrobotnym. Szokujące, nieprawdaż? Prawie każda osoba, która znalazła się bez pracy, zostaje napadnięta przez czarną chmurę negatywnych, przybijających myśli, których podstawa jest zawsze taka sama i wynika z określenia siebie: NIE MAM PRACY – JESTEM BEZROBOTNY.

Błąd.

Tak naprawdę, to masz pracę, mimo, że nikt jeszcze nie płaci Ci pensji, a wypowiedzenie z ostatniej firmy jest jeszcze ciepłe. Twoją pracą jest szukanie pracy, a Twoim pracodawcą – Ty sam oraz Twoja chęć bycia aktywnym zawodowo. Zatem: pracujesz sam dla siebie. Zaraz po studiach znalazłem się w sytuacji bez pracy, wstawałem więc rano tak, jakbym etatowo pracował: wstawałem 7.30, zaczynałem szukać pracy o 8 rano, a kończyłem o 16. Oczywiście, niezbędna do tego jest samodyscyplina na odpowiednim poziomie, ale wystarczy wyobrazić sobie, że spogląda Ci przez ramię wredny kierownik, pilnując czy wywiązujesz się z zleconych zadań – i już idzie łatwiej :). Zgoda, czasami oszukiwałem kierownictwo, ogłaszając zakończenie zmiany juz o 15, ale zasadniczo całą uwagę, przez kilka godzin dziennie koncentrowałem na jednym temacie: znaleźć pracę. Tak więc – bądź aktywny i działaj.

2. Praca jest. Kolejna rzecz, o której często myślą bezrobotni to: nie ma pracy. Oczywiście, wskaźnik bezrobocia na poziomie 20% i liczby mówiące, że 3 miliony osób pozostaje bez pracy – tak często podawane całkiem nie tak dawno przez media – potrafią być przerażające i paraliżujące, ale… Jednocześnie, oznacza to, że kilkanaście milionów osób – czyli 80% ludzi pracuje, czyli: na pięć wybranych z tłumu osób, aż cztery mają pracę. Dzisiaj (marzec 2008), przy obecnych wskaźnikach – na 10 osób zaledwie jedna pozostaje bez pracy – a aż 9 pracuje. Szklanka do połowy pusta czy pełna? Phi, okazuje się, że szklanka zalana niemalże po brzegi, a Ty martwisz się o nie do końca pełną górną część. Owszem, znalezienie się w tej mniejszości jest pewną prawdą w oczach Głównego Urzędu Statystycznego – ale patrz punkt pierwszy – tak naprawdę, to Ty już zacząłeś pracować. Inna sprawa: będąc specjalistą w dziedzinie fizyki kwantowej, nie oczekuj samorealizacji zawodowej w 6-tysięcznym miasteczku w pomorskiem, to mało realne. Otwórz się na zmiany i bądź elastycznym, przeniesienie do innego miasta czy kraju często doskonale sprzyja rozwojowi.

3. Szanuj siebie oraz znaj swoją wartość. Podejmując pracę nie skazujesz się na niewolę. Podejmując pracę, zawierasz parnerską umowę z człowiekiem/instytucją, którzy potrzebują Twoich umiejętności. Szanuj siebie i to co do biznesu wnosisz, ale szanuj także to, co otrzymujesz w zamian. Szanując pracę swoją oraz innych zobaczysz, jak szacunek wraca do Ciebie szerokim strumieniem, niezależnie od tego, czy jesteś kierownikiem czy sprzątaczką. Tak, to nie pomyłka – również sprzątaczką! Pracowałem kiedyś w międzynarodowej korporacji, w której jedną z najbardziej interesujących osób, jakie poznałem była… sprzątaczka właśnie. Absolwenci najlepszych uczelni w kraju trzęśli majtkami przed rozmową z dyrektorem oddziału, a ona potrafiła iść, zapytać i dostać podwyżkę czy urlop! (Nie wspominając, że można było z nią porozmawiać o wszystkim, od hodowli świń, przez futbol i politykę, do spraw duchowych – fantastyczna kobieta ;). Oto szacunek do siebie i swojej pracy! Pamiętaj: jesteś wystarczająco dobry i zasługujesz na pracę. Aby sobie to uzmysłowić wylicz (spisz) rzeczy, jakie dotychczas wykonywałeś – czasami stworzona lista potrafi uświadomić Ci swoją wartość: jak bardzo byłeś zaangażowany w pracę i ile wnosiłeś do firmy. A jeśli naprawdę uważasz, że jesteś kiepski bo coś tam, to zwróć uwagę na ostatni punkt – wdrożony w życie, uczyni z Ciebie wyjątkowego pracownika.

4. Mierz siły na zamiary. Raz na jakiś czas, pojawiają się na świecie wizjonerzy pokroju Billa Gatesa, z charyzmą i zdolnościami, które budują niezwykle wpływowe firmy, zatrudniające tysiące ludzi. Raz na jakiś czas rodzą się wyjątkowe talenty o umięjętnościach Pele. Niestety, nie oszukujmy się, tacy ludzie mniejszość. Wbrew temu, co twierdzi się w filmach typu „Secret” nie wszystko jest możliwe. Niemożliwe jest, aby każdy z pół miliona zarejestrowanych w Polsce zawodników był gwiazdą piłkarską największych stadionów świata – nie pomieszczą one aż tylu zawodników. Tak samo, nie każdy będzie miał fortunę Billa i nie na każdego będzie pracować setki tysięcy ludzi. Niemożliwe jest otwarcie 10 hektarowej uprawy kukurydzy w centrum Warszawy przy Marszałkowskiej. ;) Ale tak naprawdę – to nie ma znaczenia! Istotne jest aby czuć się dobrze z tym co się robi i kim się jest. Sława, majątek, sukces niekoniecznie uczynią Cię szczęśliwszym, to tylko złudzenie. Zrozumiałem to parę lat temu, w ramach eksperymentu obserwując twarze ludzi jeżdżących luksusowymi limuzynami – niewiele z nich wyrażało większą radość, spokój i zadowolenie z życia niż moja własna… Z drugiej strony – pieniądze są ważne i potrzebne w życiu, więc nie warto wpadać w kolejną skrajność i się ich wyrzekać. Podsumowując: być może, jesteś geniuszem i osiągniesz tyle, że zapiszesz się na podręcznikach historii i każdy będzie rozpoznawał Cię na ulicy. Być może jednak, jesteś jednym z tych, którzy jeżdząc Skodą mają możliwość spełnić się i zrealizować wykonując proste i nieskomplikowane, a jednak bardzo potrzebne zajęcia.

5. Szukaj pracy, którą będziesz mógł kochać i która będzie Cię cieszyć.Praca, którą szukasz, niech nie będzie jedynie wyrazem zdrowego rozsądku i kalkulacji – choć niewątpliwie to wszystko jest bardzo potrzebne przy podejmowaniu decyzji, ale także wyrazem głosu serca. Po przyjeździe do Wielkiej Brytanii, trzech tygodniach intensywnych poszukiwań i trzech rozmowach kwalifikacyjnych, znalazłem się z trzema ofertami w dłoni. W jednej z firm proponowano mi stanowisko kierownicze i wyższą pensję niż w dwóch pozostałych. Kontemplując swój wybór, największą radością wypełniała mnie jednakże myśl o pracy w inny miejscu, bez tytułu kierownika i z niższą pensją. I tą ofertę wybrałem. Praca była niezwykle pasjonująca i ekscytująca, cieszyło mnie wstawanie każdego ranka – i jak patrzę już z pewnej perspektywy czasu, ogromnie wiele się w niej nauczyłem i zyskałem. Co więcej, cztery miesiące po jej rozpoczęciu, w uznaniu dla mojego zaangażowania, otrzymałem sporą podwyżkę, która uczyniła tą ofertę najbardziej atrakcyjną spośród wszystkich… Tak więc, słuchaj wewnętrznego głosu, zawsze i wszędzie, nawet – albo zwłaszcza – wtedy, kiedy trzeba podejmować pozornie mało uduchowione i przyziemne decyzje.
6. Spójrz głęboko w oczy swoim lękom. Jeśli, mimo skrupulatnego przestrzegania powyższych punktów, przez dłuższy czas pozostajesz bez pracy, a świadomie chcesz ją podjąć – to znaczy, że czas wyciągnąć pług i przeorać swoją podświadomość. Chowa ona rzeczy, które hamują Cię w realizacji zamiarów, z reguły w postaci rozmaitych lęków, np. … Zestaw ów jest z reguły bardzo unikatowy i trzeba go indywidualnie rozpatrywać. Przez pług zaś rozumiem narzędzia pokonywania owych ograniczeń – osobiście w przypadku szukania pracy preferuję odpowiednie afirmacje – dobrze działają na „zaparcia” w podświadomości, ale w zasadzie może być cokolwiek innego – medytacja, wizualizacja, regresing, rebirthing, itd – cokolwiek lubisz, znasz i wiesz, że Ci skutecznie pomaga. Temat rzeka, więc zamykam już ten punkt, ale jest ważny – więc o nim pamiętaj.
7. I na koniec – sekret, który dobrze zrozumiany i urzeczywistniony, uczyni Cię wyjątkowym i pożądanym pracownikiem. Przekazał mi to człowiek, który swego czasu prowadził szkolenia dla członków zarządów bogatych warszawskich firm, inkasując – bagatelka – 1000$ za godzinę pracy. Otóż, najważniejsza jego zdaniem – wbrew niezwykle powszechnym opiniom o ważności edukacji czy posiadania znajomości – jest… postawa (ang. attitude). Przyznaję, że nieco trudno mi to zdefiniować, ale postaram się: postawa to Twoje całościowe nastawienie do wykonywanej pracy. Postawa determinuje, jak zachowujesz się w określonych sytuacjach. Postawa to także radość, kreatywność, odwaga, determinacja i konsekwencja w działaniu. Postawa to właściwe reakcje: poszedłem kiedyś na rozmowę kwalifikacyjną, jedno z pierwszych pytań jakie mi zadano to: „ile chcesz zarabiać?”. Odpowiedziałem zdecydowanie: „Pokażcie najpierw, co mam robić i jakie są Wasze oczekiwania, powiem wówczas, ile za to żądam”. Kilka godzin później dostałem telefon, że jestem przyjęty. Jak dowiedziałem się kilkanaście miesięcy później, tym jednym, kluczowym zdaniem wygrałem rozmowę. Oto czym jest i jaką moc ma odpowiednia postawa. Pracuj więc nad swoją postawą oraz inną najważniejszą w każdej pracy rzeczą: właściwą komunikacją z ludźmi. Jak obserwuję z perspektywy czasu, to właśnie ludzie otwarci w komunikacji z innymi i o właściwej postawie, a nie przybite do książek „kujony” najlepiej odnajdują się zawodowo. Te dwie rzeczy – a niekoniecznie papier renomowanej uczelni – uczynią z Ciebie… boga ;-)
Zasadniczo tekst ten kierowany jest do osób pracujących na etacie. Z prostej przyczyny: takich osób jest zdecydowanie więcej. Niemniej, z powodzeniem można go wykorzystać przy kreowaniu samodzielnego stanowiska pracy i rozwijaniu własnego biznesu.
Powodzenia i samorealizacji zawodowej życzy wszystkim
Elijah

http://www.elijah-blog.info/
PS. Inspiracją do powstania tego tekstu była rozmowa z moją – już nie bezrobotną – mamą. Jeśli ten tekst pomógł Ci w czymkolwiek, proszę Cię o krótką modlitwę czy też dobrą myśl lub słowo pod jej adresem.

…Medytacja z Oświeconym

Witam serdecznie, chciałbym zaprosić Cię do ciekawego eksperymentu, w jakim pewnie jeszcze nie brałeś udziału.

Chodzi o medytację, o medytację z udziałem Oświeconej istoty… nie, zostaw na boku swoich mistrzów, przewodników, opiekunów, guru, Wielkie Białe Bractwo, dwunastu apostołów, Fantastyczną Czwórkę, Drużynę A i wszelkie inne urzeczywistnione duchowe autorytety. Tym razem weź udział w niezwykłej medytacji wraz z Oświeconym… SOBĄ SAMYM.

Na początek dwa słowa wyjaśnienia, gdyż pewnie dziwi Cię pomysł medytowania ze samym sobą, tym bardziej, Oświeconym samym sobą. Być może, pomysł swojego Oświecenia nie mieści się na dzień dzisiejszy w świecie Twoich wyobrażeń. Warto zatem to zmienić :-)

Pomysł zrodził się z kontemplacji tematu czasoprzestrzeni. W pewnym momencie jasne stało się dla mnie, że trzymając się ścieżki rozwoju, prędzej czy poźniej zrealizuję oświecenie (a w zasadzie uświadomię sobie, że w zasadzie już jestem i zawsze byłem oświecony, tylko nie jestem tego świadomy). Skoro więc, w pewnym punkcie czasoprzestrzeni istnieję jako istota oświecona, to całkiem możliwe też jest, że czasoprzestrzeń nie jest dla mnie już więcej barierą i ograniczeniem. Skoro tak, to powinienem mieć możliwość łatwego nawiązania kontaktu ze samym sobą, w końcu z kim jak kim, ale ze samym sobą powinienem harmonizować w 100% będąc Oświeconym :)

Rozumiejąc to wszystko, postanowiłem rozpocząć medytację ze Świetlistą istotą – ze sobą samym. I zadziałało! :-) Poczułem przypływ energii, miejsce w którym byłem pięknie się rozświetliło, zaczęły pojawiać się inspiracje, rozumienie…

W tym miejscu dodam, że ze sobą samym można właściwie medytować w dowolny sposób i w dowolnej technice. Można zwracać się o pomoc w rozwiązaniu problemów, wskazówki, rady, itd. – co tylko przyjdzie Ci do głowy. Oczywiście, na Oświeconej istocie niczego nie da rady wymusić, więc nie zdziw się, jeśli mie złapie się ona na Twoje manipulacje, hihi :-)

Udany kontakt ze samym sobą jest niezwykle inspirujący. Przede wszystkim uświadamia, że osiągnąłeś coś, co być może wydaje Ci się niemożliwe lub odległe. Pokonałeś bolączki, które w sobie nosisz, rozwiązałeś pomyślnie problemy, które przed Tobą stoją. Taki kontakt niezwykle wznosi świadomość, napawa otuchą, wiarą, że wszystko idzie w jak najlepszym kierunku, dodaje sił i zaufania do własnych możliwości, wypełnia morzem realizowalnych nadziei. Medytacja ze samym sobą uwalnia też od pewnych wzorców presji i oczekiwań związanych z samym Oświeceniem, po prostu, uświadamiasz sobie, że Ci się udało, że realizowałeś/zrealizowałaś Boską Doskonałość, co ugruntowuje w Tobie ciszę oraz poczucie spełnienia…

Korzyści jest pewnie i więcej, ciekawy jestem Waszych relacji z kontaktami… z Wami samymi :)

Pozdrawiam serdecznie,

Elijah

http://www.elijah-blog.info/

…o tworzeniu intencji

Tak sobie właśnie ostatnio uświadomiłem, że już dawno temu miałem napisać o czymś dość istotnym i… kompletnie wyleciało mi to z głowy. Dziwne tym bardziej, że zakodowało mi się w głowie przekonanie, że ten tekst już powstał. Przejrzawszy swoją stronę i upewniwszy się, że naprawdę istnieje jedynie w mojej wyobraźni, zabieram się za jego materializację. Skoro powstaje teraz, to najprawdopodobniej jest to najwłaściwszy do tego moment – ziarenko myśli dojrzało aby wypuścić pędy :)

Otóż tematem dzisiejszej rozprawki (drogie Dzieci Boże, dodał skrycie w myślach profesor Elijah) jest tworzenie intencji. Jest to temat o tyle ciekawy i interesujący, że intencje są mechanizmem napędzającym nasze życia i stoją u podstaw naszego funkcjonowania, jak to pokazuje czule poniższy wykres, zaprezentowany w pełnym dramaturgii i dynamiki trybie ASCII:

INTENCJA –> MYŚL –> SŁOWO, DZIAŁANIE

O wpływie myśli na nasze życie wiemy, temat przerabiany jest od tysięcy lat, kiedy to Budda powiedział „Jesteśmy tym, co myślimy” – albo i nawet wcześniej. Intencja, patrząc na to dość schematycznie i technicznie, jest jakby warstwą leżącą poniżej poziomu myśli. Nie chcę się w tym miejscu zagłębiać w dogłębne tłumaczenia, czym jest intencja, nie taki jest cel mojej dzisiejszej popisówy (od słowa „pisać” ;). Podrapanie się w tym miejscu po głowie dało mi wyraźnie do zrozumienia, że jest to słuszne podejście aby tematu głębiej nie kontynuować, i tylko w skrócie możemy powiedzieć, że intencja to nienazwana, nieokreślona słowami myśl, albo raczej – pierwotna energia która napędza wszystkie nasze myśli, słowa i działania.

Rozumienie mechanizmu tworzenia intencji jest tak samo istotne, jak pojęcie wpływu myśli na kształtowanie doczesnego życia. Cały czas wszechświat gra rozmaitymi intencjami – i albo my tymi kierujemy, albo owe intencje kierują nami. Przykładów rozmaitych gier intencji jest mnóstwo, właściwie jest z nich zbudowane całe życie i wszystkie relacje, jakie tworzymy. Najbardziej klasycznym przykładem może być tutaj relacja „kat” – „ofiara”, gdzie jedna strona, z reguły motywowana poczuciem winy lub innym równie destruktywnym mechanizmem w psychice, ma zwykle nieuświadomioną ochotę dostać w zęba, zaś druga strona, motywowana agresją lub innym równie destruktywnym mechanizmem w psychice, ma zupełnie uświadomioną ochotę komuś w tego zęba przygrzmocić. I mniej więcej w taki oto sposób dochodzi do klasycznego naruszenia artykułu 158 Kodeksu Karnego.

Mniej więcej takim też mechanizmem dogrywania się intencji można wytłumaczyć całą masę zjawisk w życiu. I mniej więcej taka filozofia bywa też często nadużywana i wykorzystywana w nie zawsze świadomych wytłumaczeniach prawie-guru, np:

-„No tak, skoro ten szaleniec wpadł do klasy i zastrzelił 9 uczniów, to z pewnością mieli oni intencję aby cierpieć i zginąć”, albo:

-„Tak, nazwałem Cię skończonym durniem i idiotą, ale najwyraźniej miałeś intencje aby sobie dokopać”, czy też:

-„Moja terapia jest genialna! Skoro ktoś po tym wylądował w psychiatryku, to widać miał takie intencje”.

Wytłumaczenia takie, mogą być mniej więcej prawdziwe. Określenie to powtarzam nieprzypadkowo – jako, że czasami są prawdziwe więcej, a czasami mniej: bo co, jeśli wpadając do klasy z bronią maszynową to JA tym czynem KREUJĘ w kimś intencję bycia ofiarą? Albo co, jeśli nazywając kogoś idiotą i debilem, to JA swoimi słowami zaniżam komuś poczucie samooceny i TWORZĘ z niego nieudacznika? Jest to jak najbardziej możliwy scenariusz, do którego nie wszyscy chcą się z łatwością przyznać, ponieważ czyni on ich, w jakimś stopniu, odpowiedzialnymi za innych ludzi – jakże bowiem prościej jest być egoistą przekonanym, że funkcjonuje się w zupełnym odcięciu od reszty! Tak samo łatwiej jest obarczyć kogoś odpowiedzialnością za intencję… którą pomogliśmy mu wykreować!

Omówmy jednak tworzenie intencji od początku.

Najprostszym scenariuszem jest taki, w który sami sobie tworzymy intencję. Jeśli jest to świadome, to w porządku i efekt jest pozytywny – nikt zdrowy psychicznie nie będzie sobie samemu tworzył destruktywnych scenariuszy, a raczej takie, które uważa za korzystne i pomyślne. Nieuświadomione intencje bywają już różne, czasami korzystne, częściej jednak nie, i co więcej – nieuświadomione intencje bywają z reguły tworzone przy współudziale innych ludzi!

Co jest zatem potrzebne do utworzenia intencji? Odpowiednio silna i ukierunkowana energia.

Łatwiej wyobrazić to sobie na prostym przykładzie. Zakładam, że większość szanownych Czytelniczek tego artykułu nigdy się nie… prostytuowała. Bez obrazy, to tylko przykład. Jesteś porządną kobietą, mającą swój szlachetny system wartości. Nagle pojawia się przed tobą totalnie nieznajomy, przystojny i elegancko ubrany człowiek. Bez pytania o twoje imię proponuje od razu 100 złotych za seks. Prawdopodobnie od większości dostanie w twarz za taką bezczelną propozycję. Niestrudzony, zwiększa stawkę do 1.000 PLN. Co wówczas? A co, jeśli stawka zostanie dalej podbita, do dajmy na to, 10.000zł? Grono opornych pań z pewnością zmaleje. Zmaleje jeszcze bardziej przy kwocie 100.000zł. Nadal trzymasz przy swoim, słoneczko? A co, jak stawką będzie milion złotych – cały milion! Ile osób gotowych jest zmienić swój system wartości i intencji przy takich kwotach? I nie śpiewać mi tutaj proszę: „Ja bym tego nigdy zrobiła!”. Pieniądz to tylko przykład energii, można go z łatwością zastąpić inną oddziałującą siłą, na przykład pistoletem przyłożonym do skroni. Czy wówczas również będziesz się tak butnie opierała?… Przy odrobinie wysiłku mógłbym znaleźć taki rodzaj energii i oddziaływania, który złamałby zasady i intencje dowolnej osoby (poza JEDNYM wyjątkiem, o czym później).

Ten przykład jasno pokazuje, jak w obliczu wpływu silnej, zewnętrznej energii, nasza początkowo czysta i szlachetna intencja ulega zmianie. Znacie powiedzenie „chodził, chodził aż wychodził”? To jeden z przykładów, gdzie zaangażowanie woli i wysiłek energetyczny (w dowolnej postaci, pieniędzy, czasu, czy mniej lub bardziej subtelnych energii ;) przekonuje ku nam drugą osobę. Inny powszechnie znany przykład to telewizyjne reklamy – energia skierowana na to, abyśmy odpowiednio wydawali nasze pieniądze. Bywają też nieświadomie kreowane pozytywne intencje – nie tak dawno moja była partnerka napisała mi, że wystarczyło, że przy niej byłem, a jej życie wyglądało przyjemniej, pozytywne i korzystne rzeczy działy się „same”. Podobnie wchodząc do miejsca, w którym medytuje dużo osób, odczuwamy spokój i wyciszenie. Zdarza się też tak w niektórych kościołach.

Nie zawsze jednak potrzeba do tego pieniędzy albo pistoletu do zmiany intencji, wystarczy jednak coś innego: autorytet. Uznanie autorytetu to przyznanie komuś władzy nad jakimś obszarem naszego życia. Zakładamy wówczas, że druga osoba wie od nas lepiej, oddajemy się w jej ręce – i wówczas szerokim, nieskrępowanym strumieniem płyną do nas czyjeś intencje, przekonania i wzorce. Pewnie, często jest to korzystne, choć bywają wyjątki, gdzie autorytet manipuluje innymi w celu uzyskania swoich korzyści. Autorytetami często bywają rodzice – dla wielu ludzi wyrwanie się z piekła przekonać i przejętych od nich intencji to prawdziwy wysiłek i sporo pracy. Warto zapamiętać, że prawdziwy autorytet, nigdy nie narzuci siłą swoich przekonań, a co więcej nawet, namawia chociażby do ich samodzielnego przemyślenia i zrozumienia. Tak postępują prawdziwi duchowi mistrzowie.

Na szczęście, osób które posiadają naprawdę silną i świadomie ukierunkowaną destruktywną energię nie ma aż tak wiele, więc nie ma się czego specjalnie obawiać, choć warto pozostać czujnym i świadomym. Często sama świadomość tego, że ktoś na zewnątrz nas próbuje podjąć wpływ jest wystarczającym sposobem obrony – możemy wówczas samodzielnie zadecydować, co z tym fantem zrobić. Poza tym, jest jedna energia, która jest najsilniejsza ze wszystkich i praktycznie nie wyobrażam sobie, aby mogła być w jakikolwiek sposób „pokonana”. To Boska energia miłości, energia wybaczenia. Prawdziwe oddanie i zawierzenie się jej potrafi czynić prawdziwe cuda i nie spotkałem jeszcze w życiu niczego silniejszego. Zawierzenie Bogu, poddanie się energii serca chroni nas najskuteczniej przed jakimkolwiek zewnętrznym, destrukcyjnym wpływem. Otwarcie się na Boską energię miłości to także otwarcie się na przypływ inspiracji, pozytywnych zdarzeń, odpowiedniego miejsca i harmonii w życiu. Fajnie opisał to kiedyś jeden z mistrzów ninjutsu, zapytany przez swojego ucznia:

– „A co jeśli ktoś wycelowałby w Ciebie pistolet”?

-„Nie byłoby mnie tam”- odparł z uśmiechem nauczyciel.

Polecam to przemyśleć! ;)

Świadomości,

Elijah

www.elijah-blog.info