Archiwa autora: Monika

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu

Gdy miałam 14 lat, byłam dość typową nastolatką. Zadawałam pytania, na które nikt nie miał odpowiedzi. Byłam otoczona ludźmi, a jednocześnie bardzo samotna w moim postrzeganiu świata i dążeniu do zapełnienia pewnego rodzaju nieokreślonej pustki i wewnętrznej tęsknoty. Wciąż mi czegoś brakowało, nigdy nie czułam się spełniona i nawet otoczona przyjaciółmi czułam, że jest coś bardzo ważnego, co wciąż omijam. Nie wiedziałam, co to jest, więc zaczęłam szukać. Wpadła mi w ręce pierwsza duchowa książka, potem następna, i w ten sposób weszłam na Drogę Poznania.

Zaczęłam szukać – ale nie wiedziałam, czego szukam i co chcę poznać. Z przeczytanych książek i studiów psychologicznych coraz więcej dowiadywałam się o sobie, innych ludziach i zależnościach między nami. Ponieważ psychologia nie przyniosła mi oczekiwanych odpowiedzi, zajęłam się parapsychologią i duchowością. W którymś momencie okazało się, że jestem na ścieżce rozwoju duchowego i że moja z początku nikła wiedza zaczęła się powiększać do tego stopnia, że z osoby wciąż zadającej pytania zamieniłam się w osobę, które miała coraz więcej odpowiedzi dla innych, którzy te pytania zadawali. No dobrze – przyznam się bez bicia, że odpowiadałam nawet na pytania, jeśli ktoś ich nie zadał i nawet jeśli ktoś nie chciał znać odpowiedzi. Poczułam swoją misję. Poczułam, że mogę pomóc innym, gdyby tylko zechcieli mnie słuchać.

Zdobywanie wiedzy z dziedziny rozwoju duchowego i dzielenie się nią bardzo mnie pochłonęło. Przestały być ważne relacje z innymi ludźmi – bo nie chciałam spędzać z nimi czasu, chciałam natomiast ich nawracać i naprawiać. Nie chodziłam na imprezy i przyjęcia, bo to było marnowanie czasu, czynność niegodna osoby uduchowionej. Często zamykałam się w czterech ścianach własnego domu i robiłam ćwiczenia, pisałam, wybaczałam, wynajdowałam w sobie kolejne rzeczy do przepracowania, czytałam przekazy kolejnego guru i starałam się zastosować je na sobie. Przeszukiwałam Internet, by znaleźć kolejną pożywkę dla mojego duchowego nałogu. Odwiedzałam fora duchowe, ale z nich uciekałam dość szybko, widząc w nich lustro własnych chybionych poszukiwań. Przestałam żyć a zaczęłam się duchowo rozwijać.

W końcu przyszedł czas, gdy szukając inspiracji do kolejnego artykułu zaczęłam rozmyślać o tym, co mnie skłoniło do wstąpienia na drogę rozwoju duchowego, i zaczęłam zadawać sobie pytania o to, dokąd ta droga mnie prowadzi. Odpowiedzi mną wstrząsnęły. Okazało się, że jestem starsza o prawie 20 lat i bardziej zagubiona niż gdy miałam 14 lat, a przyczyna mojej przygody z duchowością wcale nie została uleczona. Pustka, którą czułam wewnątrz, wciąż we mnie jest, wciąż tęsknie do czegoś, czego nie potrafię sprecyzować.

Zdałam sobie sprawę, że prawie dwie dekady spędziłam na poszukiwaniu, dowiadywaniu się, zbieraniu informacji i faktów, dzieleniu się wiedzą. Dotarł do mnie prosty fakt, że wiem tak dużo, tak dużo, dużo więcej niż na samym początku, i że ta wiedza nie jest w stanie mnie uszczęśliwić i wypełnić mnie. Dotarło do mnie, że to wszystko, co wiem, nie jest nawet jedną tysięczną procenta wiedzy wszechświata – a jeśli wszechświat jest nieskończony, to wiedza o nim też jest nieograniczona. Droga poznania przestała być dla mnie czymś, co chciałabym kontynuować. Poznawanie prowadziło mnie do potrzeby głębszego poznawania. Każde pytanie przynosiło i odpowiedź i wiele kolejnych pytań. Zrozumiałam, że droga poznania, aczkolwiek bardzo chwalebna, jest także długa, żmudna i wiele setek lub tysięcy wcieleń mnie czeka, by ją zgłębić. A ktoś mi kiedyś powiedział, że jestem starą duszą i, że jest to moje ostatnie wcielenie. Wszystko, czego dowiedziałam się o sobie na drodze poznania, przestało mieć sens i jakiekolwiek znaczenie. Natomiast tęsknota, którą miałam w środku, zaczęła być rozdzierająco nieznośna.

Zaczęłam czuć, że potrzebuję czegoś dobrego – jakiegoś niewypowiedzianego dobra. Bezskutecznie rozpowiadałam o tym wszystkim dookoła mając nadzieję, że coś mi podpowiedzą. Czułam, że z tym „dobrem” jestem bliżej tego czegoś, do czego tęsknię, niż byłam kiedykolwiek wcześniej. Męczyłam się z tym przez kilka miesięcy. I nagle zrozumiałam.

Każda droga prowadzi do Rzymu. Dla mnie Rzymem jest Bóg, jego fizyczno-energetyczna obecność w człowieku, tak by mógł on się stać boskim człowiekiem. Nie wiedza o Bogu i jego dziele, ale jego nieustająca obecność w moim sercu. Zrozumiałam, że tęskniłam za Bogiem. Zrozumiałam, że tym wszystkim, do czego tak długo dążyłam, czego pragnęłam, jest obecność Boga w moim sercu. Stanęła mi przed oczami biblijna przypowieść o owocu / drzewie poznania, o wygnaniu z Raju i powrocie do niego. Poczułam, że moje nowe odkrycie postawiło mnie u bram Raju.

Zastanawiałam się nad ostatnimi dwudziestoma laty i myślałam, że były zmarnowane. Byłam pod wpływem bardzo silnego odwracacza uwagi, czyli rozwoju duchowego. Zrozumiałam, że to coś znane jako rozwój duchowy, w takiej postaci w jakiej jest obecnie uprawiane, jest niczym innym jak zdobywaniem wielu faktów i informacji często niekoniecznie prawdziwych i akuratnych. Jest długą i mamiącą nasze ego drogą, która wydaje się tak logiczna i prawdziwa i która kusi oświeceniem (wzniesieniem, wniebowstąpieniem) tuż za kolejnym zakrętem. To droga, na której końcu i tak czeka na nas Bóg. Naszym przeznaczeniem jest powrót do Raju czyli do Boga – od nas tylko zależy, kiedy i po jak wielu trudach się to wydarzy.

Ktoś mógłby pomyśleć, że pobrzmiewam jak nawrócona katoliczka – ale nie zgodzę się z nim zupełnie – daleko mi do katolicyzmu tak samo jak daleko mi do wyznawania każdej innej religii. Ta biblijna przypowieść wydawała mi się po prostu najodpowiedniejszym obrazowym sposobem, by przedstawić to, co czuję. Ja lubię słowo „Bóg”, ale równie dobrze mogłabym je zastąpić Wielką Jaźnią, Początkiem Wszystkiego… to tylko słowa.

Co i jak się zmieni, gdy wpuszczę Boga do mojego serca? Tego nie wiem i niczego nie oczekuję. Wiem natomiast, że już nie chcę żyć bez Boga i miłości w moim sercu. Do tej pory starałam się dobrze postępować, ale też pełna byłam wymówek i wytłumaczeń, gdy moje postępowanie nie wynikało z miłości do drugiego człowieka. Dobre postępowanie na moje oko ma mało wspólnego z postępowaniem wynikającym z czucia Boga i prawdziwej miłości w sercu. Dobre postępowanie wynika z uciekania przed poczuciem winy i wyrzutami sumienia, a czasem nawet ze strachu przed karą. Dobre postępowanie ma też jakiś cel – może to pokazywanie się przed innymi jako osoba dobra, może głaskanie swojego ego i udowadnianie sobie, że jest się dobrym. Natomiast życie i działanie z Bogiem i miłością w sercu wynika z wszechogarniającej miłości i czucia tej miłości wobec wszystkich i wszystkiego dookoła. Mając Boga w sercu zupełnie inaczej zaczyna się dzień, inaczej się działa, planuje. Inaczej zwraca się do ludzi, inaczej się ich traktuje, inaczej się na nich patrzy. Nie ma w nas oceny a jest zrozumienie. Nic nie jest złe i wszystko staje się zrozumiałe.

Kiedyś miałam problem z pewnym forum duchowym, na którym jego uczestnicy zalewali się miłością, czułymi słowami, serduszkami, kwiatkami i całą słodyczą dostępną w emotikonach. Ja się czułam jak obrzucana błotem wtedy gdy Ci ludzie mówili mi, że szanują mnie i moje wypowiedzi i gdy zalewali mnie miłością. Nie potrafiłam dokładnie wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Starałam się o tym pisać i tłumaczyć, ale szczerze mówiąc sama nie byłam pewna, o czym piszę i co mi w trawie piszczy. Teraz już wiem, że uczestnicy tego forum, mimo ich najszczerszych chęci, nie zalewali się prawdziwą miłością, tylko tą najbardziej popularną miłością warunkową. Gdyby to była prawdziwa miłość, nie potrzebowaliby tak bardzo o tej miłości mówić, nie skupialiby się na słowach o miłości a po prostu by kochali – miłość byłaby zawarta i widoczna w każdej ich wypowiedzi. A na tym forum posty z nienawiścią, obwinianiem i brakiem akceptacji dla drugiego człowieka przeplatały się z wyznaniami miłości, przeprosinami komplementami najróżniejszej treści. Nie daj Boże ktoś powiedział coś innego, coś nowego, coś co burzyło spokój uczestników – sucha nitka na takiej osobie nie zostawała. To nie jest miłość.

Czym jest ta prawdziwa miłość? Czuję, że istnieje coś takiego jak prawdziwa miłość, która to jest odmienna od tego, co często obserwuję dookoła i co sama wielokrotnie odczuwałam i co miłością nazywałam. Prawdziwą miłością nie jest uczucie, którym obdarzamy naszego partnera – bo jego najczęściej kochamy za coś. Kochamy czyli często odczuwamy przyjemny komfort z bycia razem albo rosnące nadzieje na spełnienie naszych oczekiwań. Kochamy go za to, jaki jest (nie za to, że po prostu jest), kochamy go za to, jak się dzięki niemu czujemy, za skrzydła których nam dodaje, za to jak nas traktuje, jak o nas mówi, za to że chce z nami być. Czasami po jakimś czasie taka miłość zmienia się, często słabnie, czasami się kończy. Czy prawdziwa miłość może się skończyć? Czy kochając prawdziwie zmienia się natężenie naszej miłości, czy raczej wciąż się kocha tak samo albo każdego dnia głębiej? Czy kochając prawdziwie możemy kogoś krzywdzić? …

Tematu miłości chyba nigdy nie wyczerpie.

Wracając do Boga. Śmiem przypuszczać, że On się nam daje poznać – bo szanuje drogę którą wybraliśmy. Wie On, że wybraliśmy długą drogę, praktycznie niekończący się objazd do celu – drogę poznawania Boga i jego dzieła. Bóg się nam daje poznać, bo wie, że w pewnym momencie zaprzestaniemy tego poznawania i zaczniemy go czuć i wpuścimy go świadomie do naszych serc.

Mieć prawo

Otoczeni jesteśmy różnymi regułami, regulacjami, prawami, przepisami. Dużo tego jest, oj, dużo. Dochodzą do tego jeszcze nasze osobiste prawa typu: „Mam prawo do szacunku”, „Mam prawo do miłości”, „Mam prawo do bogactwa”. Och, mamy tyle prywatnych praw w sobie i im silniejsi w naszej asertywności się robimy, tym bardziej domagamy się, by inni ich przestrzegali. A gdy inni ich nie przestrzegają, to wyciągamy całą dostępną broń, najczęściej inteligencję, sarkazm i stanowczość, aby wyegzekwować nasze prawa. Problemem jest, że każdy ma inny zestaw osobistych praw. Czasem są one zbliżone, czasem wywodzą się z podobnych założeń, ale zawsze są przyczyną nieporozumień, a nawet wojen.

Dla przykładu: wielokrotnie byłam świadkiem rozmowy, w której jedna ze stron domaga się szacunku – bo „Mam prawo do szacunku”, a druga strona egzekwuje swoje prawo: „Mam prawo mówić, co mi się podoba” albo „Mam prawo szanować według mojego uznania”. Najbardziej interesujące, a nawet żenujące, są starcia osób uduchowionych, gdy obie strony przypinają duchowo-logiczne uzasadnienia, dlaczego to one mają rację. Wygrywa ta strona, której silniej uda się zmanipulować przeciwnika wiedzą, prestiżem, logiką, uporem, agresją i innymi tanimi lub drogimi chwytami. Taki spór niby prowadzony przez „uduchowione” osoby, na „uduchowione” tematy, przywołujące „uduchowione” argumenty, nie ma nic wspólnego z duchowością. To jest zwykła walka o władze maskowana logicznymi, powszechnie tolerowanymi prawami osobistymi.

Przykładowe prawo „Mam prawo do szacunku” – co ono naprawdę oznacza? Oznacza, że mam prawo wymagać szacunku od innych. Mam prawo egzekwować pewne specyficzne, miłe memu sercu zachowania, od otoczenia. Mam prawo złościć się, gdy ich nie otrzymuję. Tak naprawdę nikt nie ma prawa do szacunku – szacunek po prostu jest. Nie ma się do niego prawa, nie zdobywa się do niego prawa. Szacunek jest rzeczą daną nam przez innych albo odczuwaną względem siebie przez nas samych. Nikt nie ma prawa wymagać od innej osoby, by nas szanowała, kochała, lubiła, akceptowała, tolerowała itd. itp.

Gdyby bardziej się w to zagłębić, to okaże się, że nie mamy prawa do niczego. I och, jak to strasznie i pesymistycznie brzmi. Nie mamy prawa do miłości. Mamy wybór, by kochać. Nie mamy prawa do bogactwa. Mamy wybór, by być bogatym. Nie mamy prawa do spokojnego wieczoru (bo te tysiące osób dokoła nas nie urodziło się po to, by spełniać nasze zachcianki), ale mamy wybór, by spokojnie spędzić wieczór. Gdy mamy prawo do spokojnego wieczoru, to każdy sąsiad z wiertarką, kobieta stukająca obcasami, płaczące dziecko będą nas denerwować i będziemy się czuć ignorowani. Gdy nie mamy prawa do spokojnego wieczoru, a zamiast tego mamy wybór, by spędzić wieczór w spokoju, to głosy świata zewnętrznego spowodują, że przemieścimy się w inne cichsze miejsce. Ale oczywiście, gdy masz prawo do spokojnego wieczoru, to będziesz się wściekał przez większość wieczoru i ostatecznie będzie to czas zmarnowany.

To, co opisałam, to taka subtelna różnica prawie tylko w nazewnictwie. Ale to nie jest tylko nazewnictwo. Wielkie wyzwolenie i wielką pokorę przynosi zrozumienie i poczucie, że do niczego nie mamy prawa. Dopóki czujesz, że masz prawo do czegoś, to zawsze będziesz się gniewał (czy odczuwał innego rodzaju negatywne emocje), gdy tego nie dostaniesz. Będziesz też się cieszył (lub odczuwał inne pozytywne emocje), gdy dostaniesz to, do czego masz prawo. W ten sposób będziesz sam siebie wodził za nos lub, jak kto woli, grał w gry własnego umysłu.

W temacie prawa chciałabym dodać parę zdań o prawach innego typu. O pierwotnych prawach danych nam od Boga. Są to dwa prawa. Tylko dwa – a zawierają w sobie wszystko, co potrzebne jest nam do szczęścia.

Pierwsze prawo to „Kochaj Boga najbardziej na świecie” Kochaj go tak mocno, że nie będziesz miał miejsca w sercu, by kochać coś lub kogoś innego. Gdy tak rozkochasz się w Bogu, a Bóg jest wszędzie i we wszystkim, zaczniesz kochać wszystko dookoła, a to się wiąże z drugim prawem „Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego”. Kochając Boga z całego serca będziesz też tak kochał każdą osobę, każdego człowieka, bo Bóg jest w nim, i będziesz też tak kochał siebie, bo Bóg jest w Tobie.

Może kiedyś rozwinę ten temat, a może go tak zostawię ufając, że głębokie przemyślenie tego tematu doprowadzi nas wszystkich do podobnych wniosków.

Pozdrawiam serdecznie

Monika

Duchowość

Czym tak na prawdę jest duchowość? Duchowość jest przeżywaniem życia z całkowitym, głębokim i prawdziwym zrozumieniem tego co nam się przydarza, co obserwujemy, czego doświadczmy my i inni. Jak się to ma do tego za co duchowość uważana jest obecnie? Duchowość tak na prawdę nie jest znajomością Boga albo dążeniem do jego poznania jak się powszechnie uważa – bo czy można poznać Boga? Boga można zauważyć we wszystkim co nas otacza, ale czy można go poznać? Można przeczytać o nim setki książek, zapoznać się z tysiącami teorii, można nawet samemu te teorie wytwarzać – ale czy to napewno jest duchowość?

Notuję, że znane mi osoby, które twierdzą, że zajmują się „duchowością”, tak naprawdę oddalają się od rzeczywistego życia we własnym ciele i tu na Ziemi – odchodzą w świat energii, kosmicznych spotkań, zabiegów, oddalają się w coś co ja nazywam „demonstrowaniem duchowości wszem i wobec”. Tak naprawdę oddalają się od ducha bo oddają się duchowości.

Czym jest duchowość dzisiaj? Jest naginaniem praw boskich do praw człowieka. Dziś często tradycja jest ważniejsza od praw boskich. Rytualne obrzędy zaczerpnięte od naszych przodków są ważniejsze niż prawa boskie. Z praw boskich człowiek wybiera to co mu się podoba. Bierzemy prawa boskie, interpretujemy je by uzyskać korzyści dla siebie. Najczęściej bierzemy prawa boskie, zamieniamy je w pustobrzmiace slogany, ubieramy się w nie i demonstrujemy otoczeniu jak bardzo duchowi jesteśmy – i raczej nie jesteśmy tego świadomi.

W „Anastazji” W. Megre znalazłam fragment który jest dla mnie kwintesencja współczesnej duchowości „… doszedłem do wniosku, że osoby określające siebie jako „bardzo uduchowione” mają też druga stronę, której same się obawiają. Właśnie dlatego cały czas zapewniają innych o swojej duchowości, robią do niej aluzje. Chyba się boją, że ktoś może zauważyć tę ich drugą, ciemną stronę.”

Czy duchowość nie powinna być raczej życiem z duchem zamiast życiem jako osoba uduchowiona? Dla ilu „uduchowionych” osób to zajmowanie się „duchowością” jest tylko kolejną rolą, sposobem na przejście życia – jest tak naprawdę ucieczką od siebie w ciekawszy, bardziej interesujący świat? Jesli twoje życie kręci się wokół szeroko pojętej „duchowości”, rozmów na duchowe tematy, „duchowych” rozmyślań, medytacji, spotkań osób uduchowionych, poszerzania tej „duchowości”, pomagania osobom mniej „uduchowionym” – to może już czas by zadać sobie pytanie: kim byś był jeśli zaprzestałbyś tego co właśnie wymieniłam? Kim byłbyś gdybyś zaprzestał tych wszystkich duchowych czynności, duchowych rozmów, duchowych przemyśleń? Jak wyglądałoby twoje życie gdybyś tego zaprzestał? Co by ci w tym życiu zostało? Czy możesz powiedzieć, że bez tej „duchowości” twoje życie jest spełnione, piękne, szczęśliwe? Czy raczej używasz tej „duchowości” aby pozapełniać wszystkie luki w swoim życiu?

Ile z tej „duchowości” jest tylko pozą osoby uduchowionej, którą odgrywasz, a ile ta „duchowość” naprawdę daje twojemu duchowi? Czy „duchowość” nie stała się sposobem na życie? Niektórych ludzi łączy w grupy rodzaj słuchanej muzyki, innych polityczne poglądy. Czy ciebie z innymi nie łączy „duchowość”? Czy ta „duchowość” łączy cie z wszystkimi ludźmi, czy raczej łączy cię z tylko podobnymi tobie wyznawcami „duchowości”? Czy nie jest tak, że prawdziwa duchowość łączy wszystkich? Czy nie jest tak, że o prawdziwej duchowości można porozmawiać ze wszystkimi? Więc czym jest ta prawdziwa duchowość? I czy ty napewno o niej właśnie rozmawiasz z wybranymi i sobie podobnymi? Czy masz głębokie, oparte na miłości i akceptacje relacje tylko z tymi, którzy zajmują się duchowością? Czy wśród twoich znajomych dominują osoby z zakresem „wiedzy duchowej” podobnym do twojego? Jakie towarzyskie spotkania dominują w twoim życiu? Czy takie oparte na celebracji „duchowości”, czy te oparte na celebracji ducha? To zasadnicza różnica.

Czy zastanawiasz się dlaczego dostałeś to ciało które masz, dlaczego jesteś właśnie na Ziemi, dlaczego urodziłeś się w tej rodzinie, w tym kraju? Jaki był w tym boski plan? Czy po to dostałeś życie aby je spędzać na duchowych rozmyślaniach, czyli spędzać w swoim umyśle? Czy po to urodziłeś się w tym wymiarze, aby w myślach uciekać w inne wymiary? Czy po to urodziłeś się na tej pięknej Ziemi aby zachwycać się i wciąż opisywać inne galaktyki?

Czy byłbyś równie ciekawy dla innych ludzi gdybyś zaprzestał rozmów na egzotyczne, ezoteryczne tematy, które zadziwiają i może nawet fascynują innych ? „Duchowością” zająłeś się w jakimś celu. Jaki to cel? Czy chciałeś urozmaicić sobie życie, poprawić jego jakość? Sprawić by stało się pełniejsze? Co jest w stanie sprawić że twoje życie jest pełniejsze: prawdziwe życie tym życiem i będąc w tym życiu, czy raczej rozmyślanie o nim i powiększanie wiedzy jego dotyczącej, ale nie życie?

Kięża są duchownymi, zajmującymi się duchowością i często tak mało w nich ducha, tak mało ducha jest w tym co głoszą. Dlaczego? Bo zajęci są duchowością. Tyle maja reguł, przykazań, form dogmatow. Tyle ludzkich praw postawionych ponad prawa boskie, ponad prawdę. Tak często krytykuje się książy katolickich, że to co głoszą nie idzie w parze z tym jak żyją. Przypomnij sobe co ty zarzucasz księżom i zapytaj siebie czy nie można by było tego zarzucić i tobie.

To, co z ust wypływa

Często nasze życie dekorujemy słowami. Tzn nasze życie nie do końca jest takim o jakim marzymy – i zamiast skupić się na tym by je udoskonalić, skupiamy się na tym aby opisać je innym tak, by wyglądało na lepsze, pełniejsze, szczęśliwsze. Zamiast uszczęśliwiać się, po prostu opisujemy się jako szczęśliwi, prezentujemy się przed innymi jako szczęśliwi. Pierwsze trzy czakry odpowiadają za życie, jego pełnie, rozmach, radość w nim. Czakra gardła odpowiada za komunikowanie i wyrażanie siebie. To co robi większość ludzi to zastępuje pierwsze trzy czakry, czakrą gardła. Nie zajmują się życiem a zajmują się słowami. Nie zajmują się przeżywaniem życia, raczej zajmują się sprawianiem wrażenia na temat życia.

Czy radość z życia można wyrazić? Czy raczej można ją tylko odczuwać? Dlaczego ma dla nas tak wielkie znaczenie to, by udowodnić innym jak to wspaniale żyjemy, jak to niesłychanie szczęśliwi czy nieszczęśliwi jesteśmy? Dlaczego nie ufamy, że nasze szczęście czy nieszczęście, jest widoczne gołym okiem i nie potrzeba żadnych słów żeby było bardziej widoczne. Dlaczego łudzimy się, że nasze słowa i wspaniałe opisy są w stanie ukryć prawdę o naszym życiu? Jeśli coś nam w jakości naszego życia przeszkadza, to nie ma takich słów i opisów, które mogłyby to ukryć. Czy ukrywając to przed innymi, tak na prawdę nie łudzimy się, że w końcu uda się nam ukryć to przed sobą? Czy możliwe, że koloryzujemy nasze życie dlatego, że wstydzimy się naszego życia takim jakim jest? Uciekamy od naszego życia bo go nie lubimy takim jakim jest.

Czy koloryzowanie jakości życia zmienia jego jakość? Czy dzięki temu, że stworzyliśmy wrażenie iż nasze życia jest takie półfantastyczne, ono naprawdę takim się staje? Czy gdy tysiąc razy powtórzymy, że nasze życie jest spełnione to ono takim się stanie? Czy nie jest już pora by się faktycznie obnażyć, pozbyć złudzeń, przestać okłamywać innych i siebie, stanąć nagimi przed samymi sobą i zobaczyć dlaczego nie pozwalamy sobie na tą pełnię, dlaczego zabraniamy sobie odczuwać szczęście i spełnienie już teraz?

Jestem jedną z tych osób z którymi bardzo ciężko wygrać dyskusje. Bardzo szybko znajduję kontrargumenty, bardzo sprytnie potrafię nakierować dyskusje na tory na których czuję się bezpiecznie. Jednym słowem potrafię tak odwrócić kota ogonem, że nikt się nie domyśli, a ja panuję nad rozmową. Ale dlaczego to robie? Dlaczego wyrobiłam w sobie tę umiejętność prowadzenia dyskusji wręcz do perfekcji? Bo czuję się zagrożona, że rozmówca pokaże mi moje niedoskonałości, unaoczni mi jakieś rzeczy o mnie, których nie chce wiedzieć czy widzieć. Za każdym razem gdy za wszelką cenę staram się wygrać dyskusję, uciekam przed zrozumieniem czegoś. Trzymam się usilnie czegoś co już wiem, nie chcąc nawet spojrzeć na coś nowego, innego, możliwe że cennego, co chce przekazać mi rozmówca.

Każdy rozmówca ma dla nas informację. Ale najczęściej nie jest to informacja prosta do znalezienia. Rzadko ktoś siada z nami i mówi: „Słuchaj z Tobą to jest tak i owak.” Najczęściej sami musimy wyciągnąć wnioski. W naszym świecie, gdy tak rzadko mówi się to, co się na prawdę czuje, gdy tak rzadko mówi się wprost, gdy informacje są tak bardzo zawoalowane w to co wypada, w strach, w potrzebę przymilenia się – w tym obecnym świecie słowa naszego rozmówcy raczej nie są dla nas informacją – najczęściej tą informacją jest jego zachowanie, energia, czasem wyciągamy naukę z niezgodności tego co osoba mówi, z tym jak to mówi i czym emanuje.

Czy rozszyfrowujesz cenne informacje z którymi przychodzą do ciebie ludzie i zdarzenia? Czy ważniejsza jest dla ciebie informacja czy forma w jakiej jest podana? Czy odrzucasz niektórych ludzi z powodu formy w jakiej przekazują ci informacje? To czy ktoś mówi do ciebie w ciepły i miły sposób, czy też mówi do ciebie w sposób zimny i okrutny, też jest dla ciebie ważną informacją. Gdybyś miał wybór to co byś wybrał: piękne i słodkie słowa które nie mają wpływy na twój rozwój, czy raczej surową, często brutalną informacje która może odmienić twój świat? Czy to nie jest tak, że w tym naszym świecie, bardziej powinniśmy cenić osoby mniej zakłamane, prawdziwsze, uczciwsze, bardziej bezpośrednie, które przekazują nam informacje wprost? A czy raczej nie wybieramy tych, którzy słodkimi słowami uklepują w nas to, czego tak na prawdę chcemy się pozbyć. Czy to, że najczęściej wybierasz piękne słowa ponad słowami prawdziwymi, nie wynika przypadkiem z tego, że się boisz stracić swój wizerunek o sobie?

Co w tobie decyduje, którą informację przyjmujesz a którą odrzucasz? Co jest twoim narzędziem selekcji informacji i osób, które z tą informacją przychodzą? W jaki sposób decydujesz, która informacja jest prawdziwa a która fałszywa? Czy za prawdziwą informację uważasz tę która ci się podoba? Która pokazuje ciebie w lepszym świetle? Po której się lepiej czujesz – choćby tylko chwilowo? Czy informacja która tobą w jakiś sposób wstrząsa, która pokazuję ci twoje ograniczenia, która nie jest zbyt miła, jest informacją fałszywą? Która informacja może pomóc ci bardziej? I dlaczego najczęściej odrzucasz tę informację która może ci pomóc, wybierając tę przyjemną po to, by chwilowo poczuć się lepiej?

Czy oznaką ważności informacji nie jest to, jak silne emocje ona w nas porusza? Im bardziej informacja nami wstrząsa tym bardziej nas dotyczy, coś w nas porusza, pokazuje nam naszą gotowość na zmianę. A co najcześciej robimy gdy dostajemy poruszającą nas informację o nas samych? Przekierunkowujemy calą uwagę na listonosza – tego który dostarczył wiadomości i z nim walczymy. Mamy sygnał ze środka nas, jakim jest wielkie poruszenie, emocje, ale nie zajmujemy się tym, tylko staramy się by ten który dostarczył wiadomość, ją „odszczekał”. Czujemy się poruszeni, wstrząśnięci i szukamy winowajcy na zewnatrz – w innych ludziach. A tak naprawde nikt nie jest winny. Ktoś uderzył w stól, a nożyce się w nas odezwały. To my mamy nożyce – to nasze nożyce. To nasz problem, nasze ograniczenie i mimo że na początku ciężko to odczuć, to ta osoba która dostarcza nam informację, jest naszym najlepszym przyjacielem.

W pogoni za akceptacją

Zobaczyłam i zrozumiałam dziś bardzo ważną dla mnie rzecz. Nie wiem, czy jestem w tym odosobniona czy nie, ale podzielę się tym, bo może ktoś odnajdzie w tym podobieństwo do swojego życia.

Od dawna czuję, że sposób w jaki żyję jest niewspółmiernie mały i szary w porównaniu z tym jak mogłabym żyć, gdybym wykorzystała pełen swój potencjał – potencjał, który czasami udaje mi się poczuć. Ostatnio czuję ten mój potencjał bardziej jako wspomnienie po czymś co kiedyś miałam. Taki ślad zapachowy. Ujrzałam, że nie mam już energii i inicjatywy na wielkie życie z rozmachem. Po prostu nie mam siły, a jednocześnie mam świadomość że mogłabym żyć inaczej. Jakby nie było połączenia między mną a moim potencjałem. Tu jestem ja, a tam gdzieś, jest mój potencjał i nie mamy ze sobą nic wspólnego.

Zapragnęłam to zrozumieć, i to co zobaczyłam i poczułam, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Na własne życzenie pokroiłam swój potencjał i swoją siłe niczym tort i rozdałam go innym nie zostawiając sobie nic oprócz pustego talerza. Różne sytuacje i okresy mojego życia zaczęły pojawiać się i ukazywać w nowym świetle.

Był taki okres w moim życiu, gdy miałam około 20-23 lata i czułam się bardzo samotna i odtrącona przez wszystkich i wszystko. Tak bardzo chciałam, żeby ludzie mnie lubili, aby znalazł się mężczyzna który mnie pokocha, pragnęłam by ludzie mnie akceptowali, marzyłam o tym by przynależeć do jakiejś grupy. Oczywiście teraz wiem, że tak naprawdę, to ja siebie nie akceptowałam, nie lubiłam, nie kochałam i to ja siebie odtrąciłam – ale wtedy o tym nie wiedziałam, wtedy zrobiłabym wszystko aby poczuć związek z drugim człowiekiem, poczuć jedność z innymi, by poczuć się równa i zasługująca. Pragnęłam tego tak bardzo, że zaczęłam rozdawać siebie. Nie wiem jak to wykonywałam fizycznie – ale teraz widzę ten cały proces energetycznie. Pokroiłam siebie na kawałki niczym tort. Potem brałam kawałek i dawałam go, czasem nawet na siłę, osobie na przyjaźni której mi zależało. Teraz tak sobie kombinuję, że może skoro nikt nie chciał się związać ze mną – to postanowiłam związać te osoby ze sobą. Starałam się być lekiem na całe zło. Koleżankom na studiach pomagałam w nauce. Wszystkim służyłam radą i pomocą. Starałam się być niezastąpionym czy to wspomagaczem, czy nauczycielką, rozśmieszającą, doradcą, załatwiającym. Oh, jak ja się starałam.

Ponieważ nie zrobiłam tego najważniejszego, czyli sama sobie nie dałam tego co chciałam dostać od innych, wcale nie czułam się lepiej. Dawałam sobie fałszywe poczucie, że jestem akceptowana, pożądana ale wcale nie czułam sie lepiej, bo inni nie mogli mi dać tego czego od nich chciałam. Dla innych im bardziej się starałam, tym „dziwniejsza” byłam, czasem nawet bywałam żałosna w tym staraniu, często byłam dziewczynką do bicia, śmiali się ze nie za moimi plecami. Wiedziałam o tym przez cały czas, ale oszukiwałam się, że mam w końcu akceptacje innych, bo spędzali że mną trochę czasu i dawali mi ociupinę uwagi a wiec i energii.

Nie mam tym ludziom tego za złe, bo kto by pogardził ochotnikiem który wszystko pozałatwia, pomoże i wyręczy – bo tak to wyglądało na planie fizycznym. Energetycznie wyglądało to tak, że dawałam tym ludziom kawałki mojego tortu które były dla nich dodatkową energią, turbodoładowaniem – tym, czego ja teraz potrzebuje dla siebie. W ten sposób nauczyłam się inwestować moją energie w sprawy, które nie mają pomóc mi a mają pomoc innym.

W pewnym momencie dałam sobie to czego tak bardzo potrzebowałam – dałam sobie akceptację, miłość i polubiłam siebie. Nie nauczyłam się natomiast przekierunkowywania inicjatywy. Nigdy przez całe moje życie nie zrobiłam nic, co miałoby intencje – „dla mojego własnego dobra”. Nie umiem robić nic dla siebie. Wciąż rozdaję siebie innym. Teraz działa mi się najlepiej dla innych, mam energie dla innych, ale nie dla siebie. Dla innych mam wiele pomysłów, ale w stosunku do siebie jestem bezradna. Dla siebie nie chce mi sie ruszyć palcem, dla innych jestem gotowa do działania.

W każdym kontakcie z drugą osobą wymieniamy sie energią. To naturalny proces. Podczas całego mojego życia, wielokrotnie starałam się zdobyć akceptację od innych, poświecając siebie i robiąc wszystko pod innych. Ale ten okres, gdy mialam 20-23 lata, byl inny z powodu desperacji i intensywnosci tego procesu. Wtedy fizycznie się rozdałam – albo może tylko tak sie zakodowałam, albo odciełam od czegoś tak bardzo, że czuję to fizycznie. Od tamtej pory czułam się pusta, czułam, że nie mam już tego co pozwałałoby mi odnieść sukces, zaistnieć, nie miałam motywacji ani siły do wcielenia w życie przychodzących do mnie pomysłów.

Ten okres, gdy miałam 20 lat, był dla mnie bardzo mocnym i ważnym okresem. Czuję, że wtedy rozdałam siebie fizycznie i permanentnie. Dziś zobaczyłam osoby z tamtego okresu którym rozdałam siebie. Zobaczyłam, że te osoby wciąż czerpią energię z tego co miałam najlepsze, wciąż mają w sobie kawałek mojego tortu, kawałek mnie. W sukcesie co poniektórych osób poczułam siebie. Na dowód tej teori, gdy tylko zaczęłam się oczyszczać ,dostałam kilka wiadomości od osób, którym wtedy oddałam siebie. Dotarło do mnie jak wiele osób nosiłam na swoich plecach niczym muł. Muł, który tak wiele dał innym, że nie miał już siły zająć się sobą.

Nie wiem jak mam to wyjaśnić – bo umysł podpowiada mi, że jest to niewykonalne i że ktoś może postukać się w głowę, jak to przeczyta. Ale tak to czuję i wiem, że wtedy rozdałam swój potencjał. Może miało to miejsce tylko w mojej głowie i może tylko oszukiwałam siebie, że ten potencjał rozdałam, ale miało to fizyczne przełożenie na moje życie. Dziś poczułam jak bardzo wypalona się czuję. Poczułam te osoby które wciąż posiadają kawałek mego tortu – i nie twierdzę że dla nich też był to tort – może odczuwały to jako kamień który ode mnie dostały i który musiały przez lata dźwigać.

Dziś postanowiłam odebrać im kawałki tego tortu. Nagle zaczęły przychodzić do mnie osoby z tamtego okresu w moim życiu i odbierałam im rozdane kawałki siebie. Po kolei kładłam je na talerzu. Widziałam jak, z każdą osobą, pojawiają się na talerzu kolejne kawałki mnie, wypełniają pusty tależ i wyraźnie poczułam, gdy otrzymałam spowrotem ostatni kawałek siebie. Gdy tort stał się całością poczułam siłę. Oh, jaką siłę ja poczułam. Od lat się tak nie czułam.

Jakiś czas temu wykonałam podobne ćwiczenie w którym oddawałam innym energię, którą od nich dostałam i zabierałam im energie, którą im dałam. Tym razem ponownie zebrałam w sobie rozdany innym: mój potencjał, moją siłe, inicjatywę i motywację.

Czy napędzają cię do życia kontakty z innymi? Czy czujesz, że żyjesz tylko gdy masz kontakt z innymi ludzmi?

Jak się czujesz sam na sam ze sobą, gdy nie musisz pracować, gdy masz czas wolny? Czy unikasz takich chwil?

Czy masz inicjatywę by robić coś dla siebie? Zorganizować wycieczkę tylko dla siebie?

Czy robisz rzeczy które lubisz mimo, że nikt inny nie chce ci w tym towarzyszyc? Czy wybierasz czekanie na towarzystwo by zrobić coś czego pragniesz?

Czy pomagasz innym w tym samym stopniu w jakim pomagasz sobie? Czy dla innych robisz wiecej niż dla siebie?

Czy według ciebie, koncentracja na sobie jest dobra czy zła?

Czy wiesz, że nie jesteś w stanie prawdziwie pomóc drugiej osobie, jeśli najpierw nie pomożesz sobie?

Ocenianiem ograniczam siebie

Zauważyłam, że gdy patrzę na człowieka, to nie widzę w nim tego, kim ten człowiek jest na prawdę, tylko widzę w nim to, na co pozwalają mi moje oczy i moje ograniczenia. Gdy obserwuję zachowania innych, to nadaję im interpretację według tego co jest mi znane, według tego co podpowiada mi mój umysł. Gdy patrzę na twarz człowieka, to automatycznie wiem co on może myśleć, wiem kim on jest, ale czy na prawdę wiem? Nie wiem. Mój umysł wsadza moje myśli, moje oczekiwania, mój strach, w twarz czy w osobę tego człowieka. To co mi się wydaje, że ten człowiek myśli, jest tylko moim wydawaniem się, jest tylko tym co ja bym myślała, gdybym była tym człowiekiem. To co myślę o innym człowieku jest nieskończoną kopalnią wiedzy na temat moich własnych ograniczeń.

Czasem widzę na twarzy człowieka radość i uważam, że jest to radość fałszywa tylko dlatego, że ja bym się w takiej sytuacji nie cieszyła. Czasem widzę, jak drugi człowiek patrzy się na mnie w sposób który oceniam jako negatywny – i od razu znam wszystkie negatywne myśli tego człowieka na mój temat. Czy na prawdę są to myśli tego człowieka? Czy na prawdę widzę jego prawdziwe spojrzenie? Nie. W tym człowieku widzę to wszystko co myślę o sobie, wszystko czego się boję na swój temat. Widzę to, czego nie chciałabym by we mnie zauważył. „Negatywne” spojrzenie drugiego człowieka, jest tym co pozwala mi skontaktować się ze wszystkimi moimi negatywnymi myślami na swój własny temat.

Czasem obserwuję negatywne cechy mojego pracodawcy, widzę jego nieprofesjonalne, wręcz głupie posunięcia, widzę jego niedociągnięcia i zastanawiam się dlaczego to on jest szefem. No właśnie? Dlaczego to on jest szefem a nie ja, skoro ja widzę wszystkie jego błędy i wiem, że ja na jego pozycji, byłabym lepsza. Czy na pewno widzę tego człowieka takim jakim jest? Czy może widzę w nim to, co chcę widzieć? Może dostrzegam jego niedoskonałości tylko po to, by poczuć się lepiej? Albo może widzę w nim siebie? I jak to moje negatywne myślenie o nim wpływa na nasze relacje? Jaki to ma energetyczny wpływ na jego i moją prace?

Tak samo traktuję świat. Moimi pięcioma zmysłami zauważam świat, klasyfikuję go, definiuję, kategoryzuję, oceniam. Głównie oceniam świat za pomocą moich oczu, które widzą tylko cząstkę tego co na prawdę istnieje. Moje oczy widzą tylko to, co jest dla nich widzialne – a to tylko niewielka część tego, co na prawdę istnieje. Moje uszy słyszą tylko te dźwięki które są w stanie usłyszeć – a co z reszta dźwięków? Moje palce są w stanie dotknąć tylko to, co namacalne. Ale czy to oznacza, że to co nie namacalne nie istnieje? Kierując się moimi bardzo ograniczonymi zmysłami nazywam i oceniam świat – tak na prawdę go ograniczam – dopasowuję go, naciągam, do tego co jest mi znane.

Coś co jest wielkie, nieograniczone i nieskończone w swoim potencjale i możliwościach – ja nazywam, klasyfikuję. Ja, która potrafię zobaczyć tylko nikłą część tego co widzialne, która mogę usłyszeć tylko klika dźwięków, idę w świat i twierdzę że go znam. Patrzę na różne dziedziny życia i nie widzę ich sensu, nie widzę dla nich przyszłości. Patrzę na świat i z wielkim zdecydowaniem twierdzę że coś jest dobre, a coś innego jest złe.

To samo tyczy się możliwości i potencjału który ma w sobie świat. W niektórych rzeczach i posunięciach widzę potencjał, innym go odmawiam. Dlaczego? Czy te rzeczy, pomysły, o których decyduję że nie mają szansy na sukces – czy one na prawdę nie mają szansy na sukces? Czy po prostu nie potrafię go dostrzec poprzez mój ograniczony sposób oceniania. A może te posunięcia, o których myślę że nie mają szansy na sukces, nigdy nie będą sukcesem, bo w moim procesie oceniania tak o tym zadecydowałam?

Czy zastanawialiście się dlaczego wielcy myśliciele rzadko odnoszą sukces w biznesie? Czy zauważyliście, że część osób o których kiedyś myśleliście, że nie należą do zbyt inteligentnych, doskonale radzą sobie w dorosłym życiu – powodzi im się finansowo, założyli firmy które odnoszą sukces? Czy dzieje się tak dlatego, że oni mniej myślą a więcej działają? A może dzieje się tak dlatego, że ci myśliciele mają tak wielkie umysły które pozwalają im wynaleźć coraz to nowe i większe rzeczy których można się bać, dostrzec coraz to inne ograniczenie, które niby ma świat. Doszukują się coraz to nowych zależności, reguł, definicji – i zgadnijcie co? Definiują świat sami będąc prawie ślepi, prawie głusi.

Świat nie ma ograniczeń. To człowiek jest pełen ograniczeń. Człowiek wierzy w iluzje ograniczeń – i w imię tej iluzji ogranicza siebie i rozprzestrzenia tę iluzję, nie tylko na siebie, ale i na resztę ludzi, i na cały świat. A im większy ma umysł, większą inteligencję i zdolność wyciągania wniosków, tym większa szansa na kolejne ograniczenia.

Skoro osoba A ma partnera a osoba B nie ma, to osoba B nie ma czegoś co ma osoba A – to jest taki absurd, który w naszym społeczeństwie, wcale taki absurdalny nie jest. Przecież każdy człowiek jest doskonały. Każdy człowiek ma wszystko. Każdy człowiek może mieć wszystko. Tylko, że w naszym społeczeństwie, każdy chce być kimś innym, być każdym tylko nie sobą – bo wszędzie jest dobrze tam, gdzie nas nie ma – wszystko jest dobre, tylko nie my.

Informacje w kłótni

Informacje o sobie można czerpać nawet z kłótni – czy to tej, w której się uczestniczy czy tej, którą się obserwuje. Poniżej zamieszczę „analizę kłótni”, którą kiedyś napisałam. To pokazuje jak wyciągnąć cenne dla nas informacje o nas z kłótni.

Czym jest kłótnia, jak się zaczyna?

Zaczyna się od tego, że jedna strona sporu poruszy w drugiej stronie emocje. Jeśli mamy na coś emocjonalną reakcje znaczy, że dotknęliśmy w nas ropiejącego punktu, czegoś ważnego, co wymaga przyjrzenia się temu. Obecność emocji świadczy o gotowości i dojrzałości problemu do jego rozwiązania.

Gdy wywiązuje się kłótnia może ona przybrać różne tory.

Często nie chcąc przyjrzeć się sobie, walczymy z przeciwnikiem starając się mu udowodnić, że nasza emocja to jego problem. Czyli, że ktoś inny jest odpowiedzialny za nasze wkurzenie i złość – ja jestem ok, ale ty … mnie wkurzasz.

Czasem już wiemy, że nasza emocja to nasz problem. Czyli ty jesteś ok, a ja jestem wkurzony. Ja wybrałem wkurzenie, to mój stan, to wkurzenie należy do mnie, a ty tylko pomogłeś mi dostrzec co we mnie wrze.

Jeżeli obie strony odczuwają emocje – obie dotknęły wrzących, nie akceptowanych części siebie.

Czasem proces między dwiema osobami zamienia się w proces grupowy. Każda aktywna w sporze osoba jest emocjonalnie zaangażowana, co oznacza że spór dotyka ropiejącego punktu każdej z tych osób. Każda osoba uczestnicząca w sporze i przeżywająca emocje, ma szanse dotrzeć do ropiejącego punktu i uleczyć go. Temat sporu jest jeden, ale ropiejące punkty każdego uczestnika mogą być różne.

A co z uczestnikami sporu, którzy nie odczuwają emocji, a w sporze uczestniczą? Mogą być zablokowani na odczuwanie emocji albo ich ropiejący punkt może nie wyzwalać emocji. Czy maja ropiejący punkt? Mają, bo gdyby nie mieli, to zgodnie z zasadą: „uderz w stół, a nożyce się odezwą” siedzieliby cicho, bez emocji przyglądając się sporowi. Samo uczestnictwo w sporze świadczy o gotowości wewnętrznej na uleczenie problemu, który stoi za naszą motywacja by w sporze uczestniczyć.

Co jeśli ktoś odczuwa emocje, a nie uczestniczy w sporze. Odczuwanie emocji, świadczy o obecności problemu – bo „nożyce się odezwały”.

Co jeśli ktoś stara się kłótnie zakończyć? Znaczy, że kłótnia dotknęła jego ropiejącego punktu, że coś poczuł i możliwe, że nie chce tego czuć, więc stara się zakończyć spór. Ale „nożyce się odezwały”, pojawiła się emocja, jest więc też gotowość do uleczenia.

Brak gotowości uczestników kłótni do przyjrzenia się sobie, może sprawić że spór zamieni się w bezsensowną, do niczego nie prowadzącą, wymianą zdań. Gdy uczestnicy sporu są gotowi by przyjrzeć się sobie – następuje oczyszczenie, uleczenie i zrozumienie samych siebie.

Czasem nie potrzeba kłótni – wystarczy zaobserwować własne emocji i uleczenie ropiejącego punktu. Czasem potrzebne są silne emocje, by moc zidentyfikować temat tkwiący w ropiejącym punkcie.

Ktoś, kto się naśmiewa się z kłótni, tematu kłótni lub z jej uczestników, najczęściej śmiechem stara się zagłuszyć emocje i broni sobie dostępu do kolejnych informacji o sobie, o jego własnym ropiejącym punkcie. Czy jest gotowy na uleczenie? Wewnętrznie tak, bo kłótnia zaistniała i wziął w niej udział.

Ktoś, kto pokazuje uczestnikom kłótni głębokość i mechanizmy procesu kłótni, tak naprawdę, po prostu dotknął swojego ropiejącego punktu, a może tym być jego schemat nauczyciela, pomagacza czy przewodnika.

Jeśli kłótnia zaistnieje na jakimś obszarze – dotyczy wszystkich obecnych. Czasem tylko po to by pokazać niektórym jak wielkich zmian dokonali, że kłótnie ich nie dotyczą najczęściej po to by uleczyć ropiejące rany. To tak jak z tego dowcipu, gdy Bóg rzecze: Nie po to was przez 5 lat do kupy zbierałem, żeby wam teraz odpuścić.

Każdy z uczestników kłótni ma wolną wolę by uleczyć lub by zatrzymać ropiejący punkt. Jeśli uleczy – przeniesie się do innego poziomu. Jeśli nie – jego dusza przyciągnie do niego inną sytuacje, w której będzie możliwe uleczenie, czyli poznanie siebie i pozwolenie na zniknięcie problemu.

Uczestnik kłótni jest gotowy wewnętrznie, może natomiast nie być gotowy zewnętrznie (świadomość, duma, ego). Spowodowane jest to strachem przed zmianą.

Mam nadzieje, że w powyższym tekście pokazałam, że każda osoba uczestnicząca w kłótni lub jej się przyglądająca, może z zaistniałej sytuacji wyciągnąć jakąś cenną informacje na swój temat. Kolejny puzzel układanki zwanej JA.

Potrzeba zmiany

Powiedziałam kiedyś mojej przyjaciółce, że mam zamiar przefarbować włosy na blond – bo potrzebuję drastycznych zmian. I ona bardzo mądrze zapytała, czy ten nowy kolor włosów jest mi w stanie dostarczyć wszystkich tych zmian, które mam na myśli. Ja przede wszystkim chciałam być atrakcyjniejszą dla siebie, bardziej pewną, inną nową kobietą. No i wiedziałam, że kolor włosów tego nie zmieni. Że to są stany wewnętrzne, które tylko ja sama, w swoim środku mogę zmienić.

Pamiętam także, że siedząc w samolocie do USA rozmyślałam o wszystkim, co zostawiam za sobą, postanawiałam zmienić się w pożądanym przez siebie kierunku, czułam i wiedziałam, że wszystko będzie inne i takie, o jakim zawsze marzyłam. I? I nic !

Niestety wewnętrzne stany zabiera się wszędzie i to, co czujemy w środku jest w stanie przesłonić inność, bezgraniczność i możliwości nowego świata zewnętrznego. Bardzo szybko odkryłam, że nawet na drugim końcu świata wciąż jestem taka sama. I dalej zachowuje się tak samo i przyciągam podobnych ludzi jak w Polsce, bo taki był mój program, przyciągałam podobne prace dające mi dokładnie to samo poczucie niezadowolenia i niespełnienia zawodowego, przyciągałam podobnych partnerów, którzy mimo że obcokrajowcy traktowali mnie tak samo jak Polacy. I w końcu zrozumiałam, że Polacy czy nie, Polska czy Ameryka – osiągnę coś dopiero, gdy zmienię siebie. Że jeśli zamiast zmieniać siebie będę zmieniała miejsca zamieszkania, to tylko utwierdzę się w kłamstwie iż świat jest beznadziejny.

Teraz znowu ciągnie mnie do przeprowadzki, ale to tylko znak, że potrzebuje zmiany, znak, że jest coś we mnie, co chciałoby odejść. I zamiast wydawać tysiące dolarów na przeprowadzkę, może po prostu lepiej się przyjrzę sobie. Zadaje więc sobie ostatnio pytania, czego oczekuję po nowym miejscu, jak mi się wydaje że będę się tam czuła, co się zmieni. I szukam sposobów aby to, co przychodzi w odpowiedzi, zaistniało we mnie już teraz

O procesie zmiany

Proces zmiany obserwuję u siebie na dwóch poziomach: umysłu i serca. Gdy czuję zmianę w umyśle to oczekuje od świata, że mi udowodni moją zmianę. Gdy zmieniam się głęboko, aż na poziomie serca, to świat sam udowadnia mi, że się zmieniłam. Świat wtedy sam dostarcza mi dowodów w postaci nowych ludzi, ofert pracy, zmian. Nie muszę ich wymyślać, nie oczekuje ich – bo nawet nie wiem, że się zmieniłam. I wszystkie te zmiany są tak zaskakujące, że najczęściej wtedy mówię: „przecież właśnie zrealizowało się moje marzenie, o którym nawet nie śmiałam marzyć”. Dlatego ja już nie wysyłam CV na ogłoszenia o prace. Tylko praca sama przychodzi do mnie. Kilka tygodni temu przyszedł do mnie pan, opowiedział mi, co robi – i ja poczułam, że on ma pracę moich marzeń – pan na własną prośbę usiadł ze mną, wytłumaczył mi co i jak robi. Jakie to przynosi korzyści finansowe, nawet powiedział mi jak mam zacząć. I po tej rozmowie właśnie moja droga życiowa zaczęła się toczyć w zupełnie innym kierunku.

Gdy następuje we mnie głęboka, prawdziwa zmiana, to informacje same do mnie przychodzą. Ciekawe, że najczęściej są to mężczyźni, którzy po prostu otwarcie mówią mi coś, co zaskakuje mnie swoją prostotą i tym jak bardzo tego pragnęłam sama o tym nie wiedząc. Tak właśnie to działa u mnie. Dzieje się samo. Wiem też, że gdy pragnę dowodu zmiany, gdy czuję, że się zmieniłam, a świat mi tego mimo wszystko nie udowadnia, więc ja zaczynam kombinować jakby tu sobie udowodnić, że się zmieniłam i zastosować zmianę. Wtedy jest to znak dla mnie, że zmiana ta nastąpiła tylko w umyśle – co dla mnie oznacza, że uruchomiło się pragnienie zmiany – zobaczyłam że można żyć inaczej. Wtedy, gdy twierdzę, że się zmieniłam, to tak na prawdę, poczułam swoje ograniczenie i poczułam, że chcę się go pozbyć i oszukuję się że właśnie to nastąpiło. Bo gdyby faktycznie zmiana nastąpiła, to świat natychmiast by mi to udowodnił – jak to zawsze ma miejsce, gdy się prawdziwie zmieniam. I gdy tak staram się „ustawić” świat by mi udowodnił moja zmianę – to tylko wpycham się w jeszcze większe bagno – ale nie ma takiego gówna, które nie prowadziłoby do rozwoju :-) Tak, że wszystko jest dobrze. Taki mam punkt widzenia, co też popiera całe moje życiowe doświadczenie i obserwacje otaczającego mnie świata.

Co można zmienić

Czasem jesteśmy tak bardzo zmęczeni naszym obecnym życiem, że dajemy sobie na przykład rok na zmianę a potem… jeśli nic się do tego czasu nie zmieni, to zapewne ze sobą skończymy. Chcemy zmiany, ale czy wiemy w co, w kogo chcemy się zmienić? Jak ma wyglądać to nasze zmienione życie? Jak chcemy się czuć w tym nowym życiu? Czy wiemy, dlaczego nie mamy tego, czego tak pragniemy? Co nam tego zabrania? I co ta zmiany mają zaspokoić? Bo za potrzebą zmiany kryje się jakieś niezaspokojone pragnienie? Co to za pragnienie? Kiedy będziemy wiedzieć, że zmiany się dokonały?

A po tym roku, który dajemy sobie na zmianę, kto dokona oceny czy pożądane zmiany nastąpiły: nasz umysł czy nasze serce?

Czy te pożądane zmiany mają za zadanie sprawić by „twoje życie super wyglądało i było idealne w każdej dziedzinie” czy „żebym był szczęśliwy i spełniony”, bo to są dwie odmienne rzeczy, które zazwyczaj się wykluczają.

Przez całe moje życie znajomi oceniali mnie jako wielką szczęściarę, osobę, która wiele osiągnęła, może nawet niektórzy mnie podziwiali – a ja w środku czułam że ich oszukuję. Bo i owszem miałam dużą wiedzę i odpowiedź na każde pytanie i nawet całkiem niezłe zasługi w powiększaniu wiedzy świata – ale nie byłam szczęśliwa. Czułam, że ludzie dają się nabrać na pozory tego, jak się prezentuję. I właściwie zawsze chciałam, aby stało się coś, żebym zaczęła czuć, że ludzie mają podstawy do tego, by myśleć o mnie jako o wspaniałej osobie. Chciałam się czuć jako wspaniała osoba, a nie tylko tak wyglądać dla innych. I zawsze mi się wydawało, że osiągnę to mając lepszą prace, więcej pieniędzy, lepszego partnera, jakąś pasje. Wydawało mi się, że im więcej dowodów na szczęśliwe życie zaprezentuję sobie, tym szczęśliwsza będę.

A było coraz gorzej.

Z prostego powodu: ja zupełnie nie znałam siebie. Nigdy nie mówiłam o sobie szczerze. Cała byłam zaprzątnięta pokazywaniem siebie w określony sposób i robieniem określonego wrażenia. Tak jak bym chciała ukryć prawdziwą siebie, a zaprezentować siebie jako kogoś innego – jako tą osobę, która chciałabym być. Innych tak można oszukać, można udawać kogoś innego. Ale siebie się nie oszuka.

Moje prawdziwe zmiany rozpoczęły się, gdy w końcu zaczęłam być prawdziwą sobą. Gdy się sobie przyjrzałam i gdy zadałam sobie pytanie:

Kim jesteś Moniko? Czego się boisz? Czego pragniesz? Czego nigdy nie zdobędziesz? Jakie masz ograniczenia? Co udowadniasz innym? Co musisz udowodnić rodzicom? Co musisz udowodnić sąsiadom? Co musisz udowodnić koleżankom? Kim jesteś Moniko i co śpiewa twoja dusza?

I po jakimś czasie dusza zaczęła śpiewać – i śpiewa rzeczy, o których nigdy nie pomyślał mój rozum. I chce ta moja dusza rzeczy, których nigdy nie chciał rozum. I nie chce ta moja dusza tego, do czego zmuszał mnie mój umysł.

Zrozumiałam, że poprzednio te zmiany nie mogły nastąpić, bo umysł chciał, czego innego niż dusza. I to, czego chce umysł, nie jest w stanie mnie usatysfakcjonować. I umysł także nie pozwala usłyszeć śpiewu duszy. Kiedyś powiedziałam to koledze i on stwierdził, że ma już dosyć tego, czego pragnie jego dusza, bo to muszą być jakieś pierdoły. I to właśnie jest gadanie umysłu „dusza chce durnych rzeczy” albo „dusza przyszła w tym wcieleniu pocierpieć” . Cierpienie to zabiegi umysłu mające na celu uciszyć duszę. Gdy dusza w końcu śpiewa, to non stop powtarzasz sobie: „dlaczego ja o tym nigdy nie marzyłem – przecież to tak oczywiste, że tego właśnie pragnę”.

Poszukiwanie tego, czego pragnie dusza, jest czasem, jak wypatrywanie jelenia na polowaniu. Wtedy każda gałąź i poruszający się krzak zdaje się być tym upragnionym jeleniem – ale dopiero jak się zobaczy prawdziwego jelenia to widać, że to jest jeleń i że na niego się czekało – i się wtedy człowiek zastanawia jak mógł pomylić jelenia z gałęzią.

Co wiec można zmienić? Uciekanie od siebie prawdziwego można zamienić na poznawanie siebie. Do pełnego szczęścia, do zaistnienia pożądanych zmian nie potrzebujemy niczego poza jedną rzeczą: znajomości siebie. To jedyna rzecz, która jest nam potrzebna – byśmy znali siebie.

Gdy nawiąże się kontakt z sobą prawdziwym, gdy potrafi się uczciwie, i prawdziwie odpowiedzieć sobie na pytania o siebie to dusza zaczyna przemawiać.

Uparcie staramy się by ludzie o nas myśleli w jakiś określony sposób – a jest to nic więcej jak zaspokajanie potrzeb innych, zaspokajanie potrzeb umysłu i podbudowywanie ego. Poznanie siebie polega na odrzuceniu tego, czym się nie jest. Nie jesteśmy naszymi ograniczeniami. Ale tak długo jak nie znamy naszych ograniczeń, tak długo pozwalamy by nami rządziły – i na te sztuczne ograniczenia nakładamy kolejne warstwy – „pokaże się na takiego, który nie ma ograniczeń”, „poudaje kogoś, kim nie jestem” I jeszcze bardziej oddalamy się od siebie. Wstydzimy się nas prawdziwych, a zupełnie nie wiemy kim jesteśmy. Mamy nikłe wyobrażenie o tym, kim bylibyśmy, gdybyśmy przestali udawać, prezentować się, podrasowywać. Ale zakładamy, że jest to nudne i nieciekawe. A przecież nie ma na świecie osoby, która zostałaby stworzona jako nudna i nieciekawa. „Nudny” i „nieciekawy” to tylko kolejne warstwy nałożone na siebie prawdziwego. Najczęściej ze strachu obawiamy się przyjrzeć się sobie. Boimy się ze ten „nudny”, „beznadziejny” są ostateczną prawdą o nas. A to nigdy nie jest prawda.

Więc kim jesteśmy? No właśnie. Kim jesteś? Dla kogo żyjemy? Dla kogo przyszliśmy na ten świat? Po co przyszliśmy na ten świat? Czy po to, by wywierać jakieś wrażenie na innych? By udawać kogoś, kogo nam się wydaje, że społeczeństwo, rodzice, znajomi oczekują? Czy udawać kogoś, kim bardzo chcielibyśmy być? By udawać bardziej i bardziej przekonująco i więcej, by udawać 24 godziny na dobę licząc, że tym udawaniem przekonamy sami siebie.

A siebie nie da się oszukać. I nie dziwi mnie, że tak bardzo chcemy zmiany. Chcemy drastycznej zmiany, zupełnej zmiany, całkowitej zmiany.

Kluczem do zmiany jest by przestać oszukiwać siebie i innych i by w końcu poznać siebie.

Monika

San Diego, California