Archiwa tagu: bóg

1.7 Boskie Światło

Sri Sathya Sai Baba wtargnął w moje życie jak nagły sztorm. Interesując się sprawami duchowymi, prędzej czy później każdy zetknie się z informacjami o Nim. Tak, jak to było w moim wypadku mogą one nie zrobić na człowieku specjalnego wrażenia. Dziś już wiem, że znaczy to, że nie jest jeszcze gotów. Kto choć raz zetknie się ze Sri Sathya Sai Babą nigdy już nie jest taki sam. Kolega wyruszył do Indii z pielgrzymką po świętych miejscach. Ostatnie dwa tygodnie wyprawy spędził w ashramie w Puttaparthi. Powrócił zupełnie odmieniony. Byłem bardzo zaskoczony skalą zmian, racjonalista odbierający rzeczywistość wyłącznie poprzez pryzmat intelektu nagle opowiadał o niezwykłych doświadczeniach duchowych. O miłości której doznawał, miłości do wszelkiego stworzenia, miłości która była bardzo wyraźnie związana z postacią Sri Sathya Sai, miłości, która bez najmniejszych wątpliwości została przez Niego udzielona na wyraźną prośbę o doświadczalne doznanie Prawdy.

Rozmowa z kolegą wstrząsnęła mną do głębi. Miłość, która odczuwał w obecności Sri Sai była bardzo podobna do tego co odczuwałem przed laty. Każdy z nas buduje swój świat na podstawie własnych przeżyć, inaczej nie potrafimy. Prawdomówność kolegi i zmiany, które w nim zaszły w bardzo krótkim czasie wskazywały dobitnie na dwie sprawy; autentyczność doświadczeń oraz wręcz niewyobrażalną duchową moc Sri Sathya Sai.

Rozstaliśmy się późnym wieczorem. Ledwie przyłożyłem głowę do poduszki pojawiło się zdumiewające zjawisko. Zamknąłem oczy i pojawiło się błękitne, potężniejące z każdą chwilą światło. Miało cudowny kolor, wizje tego rodzaju to rzadkość. Po chwili dostrzegłem w świetle ruch i ujrzałem zbliżającą się Postać. Trudno było Go nie poznać – płomienista pomarańczowa szata i charakterystyczna fryzura afro. Sri Sathya Sai zbliżał się powolnym krokiem, od Jego słodkiego uśmiechu robiło się po prostu cudownie na sercu. Nawet dziś, kiedy spisuję te wspomnienia następuje wyraźne połączenie duchowe z miłością Sri Sai i jej gorący prąd wpada wprost do serca i ożywia całą istotę.
W lewej ręce Baba niósł skrzypce. Zapytałem zdziwiony – „Baba, Ty grasz na skrzypcach?” Nie odpowiedział, lekkim ruchem podniósł instrument do policzka i wciąż z tym cudownym uśmiechem dotknął strun smyczkiem. Najpierw oniemiałem by po chwili rozpłynąć się i zniknąć w cudownej muzyce. W subtelnych tonach pieśni, która docierała do najgłębszych rejestrów duszy, tam gdzie królują wyłącznie światło i miłość, zawierało się Boskie tworzenie i niszczenie, słodycz ponad pojęcie i ponad możliwości wyrażenia. Pieśń dobra i miłości. Taką muzykę musiał słyszeć Stwórca, kiedy tworzył ten Wszechświat?

Następne dni i tygodnie były okresem głębszej refleksji. Szybko zrozumiałem, że w tak niezwykły sposób mogą manifestować się jedynie autentyczna Moc i Miłość. Jeśli tak, to zdałem sobie sprawę, że żyjemy w niesamowitych czasach. Dwa tysiące lat temu podobne zjawiska, związane z innym człowiekiem, nadały kształt kulturze i duchowości Zachodu. Dziś dzieją się podobne lub jeszcze większe rzeczy, w dodatku na olbrzymią skalę, dotykającą już nie dziesiątek czy setek ale setek tysięcy i milionów ludzi na całym świecie. Jako ludzkość nie możemy przejść obok nich obojętnie. Prawdopodobnie mamy do czynienia z najważniejszym wydarzeniem w naszych dziejach jako gatunku ludzkiego. Żywa i kochająca Boskość, z której wszystko wzięło swój początek, jest z nami, w ludzkim ciele, tutaj na Ziemi.

Wkrótce stało się dla mnie jasne, że po prostu muszę pojechać do Indii i doświadczyć bezpośrednio kontaktu z Sri Sai. Ta konstatacja przyszła w dość niecodzienny sposób. Właściwie nie była wynikiem żadnego racjonalnego procesu. Obudziłem się pewnego dnia i wiedziałem, że powinienem pojechać, odwiedzić Sri Sathya Sai Babę w Indiach.

Jednak wyjazd nastąpił znacznie później niż się spodziewałem, jeszcze wiele spraw musiało się zmieścić „między ustami a brzegiem pucharu”. W końcu jednak znalazły się pieniądze, trudności z wizą i otrzymaniem biletu zostały pokonane i na dzień przed wyjazdem siedziałem w domu z wielkimi oczekiwaniami i nadziejami. Siedziałem i płakałem, sam nie wiem czemu.

Wylot miał nastąpić w piątek około południa, a w czwartek wczesnym wieczorem odbierałem paszport z wizą i bilet, wszystko zostało załatwione dosłownie na ostatnią chwilę. Wcześniej nie było miejsc w samolocie, konsul domówił wizy, wiele rzeczy jakby wyraźnie się nie układało. Gdy wychodziłem z biura, spojrzałem na dokumenty w dłoni i zwróciłem się do Mistrza z podziękowaniem. Powiedziałem. „Wiem, że przyłożyłeś do tego rękę. Dziękuję Ci.” W tym samym momencie przyszła zaskakująca odpowiedź – po angielsku. „You are welcome”. Z odpowiedzią przyszła miłość. Wtedy zrozumiałem, kto odpowiadał mi przez te wszystkie lata. Wtedy dotarło to do mnie po raz pierwszy.

Opuszczałem kraj, z lekką obawą, czy aby nie doznam rozczarowania?. Jednak to co się tam wydarzyło? Pobyt w Indiach w obecności Sri Sathya Sai Baby przekroczył o całe niebo wcześniejsze oczekiwania i wyobrażenia. Powiedzieć, że zostałem oczarowany to mało. Wróciłem zupełnie innym człowiekiem.

Jeszcze w kraju obejrzałem kilka kaset z ashramu. Zauważyłem, jak wydawałoby się nienaturalnie ludzie reagują na pojawienie się Swamiego. Składają ręce jak do modlitwy, uśmiechają się dziwnie i w ogóle robią rozanielone miny. Dopiero na miejscu wszystko stało się jasne. A powód takich zachowań wykraczał swoją niesamowitością daleko poza wszelkie moje wyobrażenia.
Siedzieliśmy w dużej grupie oczekując na wyjście Swamiego. Kiedy pojawił się na horyzoncie przez zgromadzenie przeszło coś na kształt uderzenia prądem. Po chwili zrobiło się po prostu cudownie. Z dużą intensywnością napływała czysta i świeża energia, serdeczna miłość, trudne do opisania spokojne i głębokie szczęście. Doświadczałem tego za każdym razem gdy Baba się pojawiał się w polu widzenia, łącznie grubo ponad sto razy.

Efekty działania energii Sri Sathya Sai Baby były aż nadto wyraźne. Po pierwsze znacznie zmieniało się samopoczucie. W miejsce zmęczenia upałem, oczekiwaniem, klimatem i w ogóle Indiami pojawiał się spokój, głęboki spokój i odprężenie. Po drugie, energia Sri Sai przynosiła tez wyraźne efekty w sferze psychiki i myśli. Wiele razy obserwowałem jak podczas darshanu pojawia się głęboki wgląd w procesy psychiczne. Niektóre elementy umysłu zostały oświetlane po czym odchodziły w nicość. Wydaje mi się, że w ten sposób Sai Baba prowadzi proces oczyszczenia ludzi, którzy Go odwiedzają. Po trzecie pojawiała się żywa, przejmująca i intensywna miłość, obejmowała sobą ciało, umysł, duszę, jest to uczucie nieopisywalne, nie porównywalne z żadnym innym, orzeźwiający i krystalicznie czysty dotyk kochającej Boskości. W obecności Sri Sathya Sai Baby bardzo łatwo doznać prawdy, że Bóg to Najwyższa, najbardziej przejmująca do głębi i najbardziej słodka Miłość.

Podczas darshanów często siedziałem w medytacji z zamkniętymi oczami i nie zwracałem uwagi na zachowania ludzi wokoło. W pewnej chwili przychodziła elektryzująca fala miłości, za nią następna i następna. Jakby ktoś zapalał w środku, w umyśle, światło i powoli powiększał jego moc. Po chwili otwierałem oczy i widziałem, że to Sathya Sai właśnie wyszedł do oczekujących ludzi.

W dzień swoich urodzin miałem to szczęście, że Sri Sai podszedł i zatrzymał się może 30 centymetrów ode mnie. Pomyślałem, że takiej okazji do badań nie mogę przepuścić i dotknąłem prawą dłonią Jego stopy. Przeżyłem szok. Natychmiast włosy stanęły mi na całym ciele, a ręka zamieniła się w coś na podobieństwo napęczniałego węża strażackiego, przez który z olbrzymią siłą była wtłaczana wrząca energia. Energia płynęła nie tylko przez ciało, lecz również w odległości do około pięciu centymetrów od powierzchni skóry. Zalała mnie fala niesłychanego szczęścia i uniesienia. Sri Sai stał obok może pół minuty a ja po prostu nie mogłem cofnąć ręki. Potem przez kilka godzin mówiłem z wielkim trudem. Wtedy jeszcze nie byłem do końca świadomy faktu, że ten dotyk całkowicie odmienił moje życie.

Pamiętam, jak innym razem Swami powoli przechodził tuż obok a ja modliłem się w duchu i prosiłem Go by szedł szybciej, bo czułem że za chwilę spłonę od wrzącego dotyku Jego miłości. Jej natężenie było tego dnia tak wielkie, że czułem się jakbym siedział w płomieniu wypływającym z hutniczego pieca. Nie wiem jak to przetrwałem, chyba dlatego, że nie miałem wyjścia. Po takim darshanie człowiek długo pozostaje w stanie słodkiej ekstazy. W większości wypadków przez kilka godzin mówiłem z trudnością.

Wniosek z wielu doświadczeń jest dla mnie oczywisty. Jako Sri Sathya Sai Baba manifestuje się kochająca Boskość, co do tego nie mam już żadnych wątpliwości i żadna siła ani niczyje opinie nie są w stanie zachwiać tego przekonania czy raczej powiedziałbym ściślej tej wiedzy.

Po powrocie z ashramu wkrótce zauważyłem, że kiedy mówi się lub tylko myśli o Sri Sai zaraz zmienia się atmosfera i napływają Jego energie. Do dziś jestem zaskoczony jak silne jest to zjawisko, odczuwam je szczególnie, kiedy jestem zmęczony. Znajomi, którym zwracam na ten fakt uwagę są zazwyczaj za pierwszym razem bardzo zdumieni.
Energia Sri Sathya Sai, wiem to bo wypraktykowałem w ciągu wielu lat jest zawsze dostępna. Wystarczy o Nim pomyśleć, poprosić o pomoc, On nigdy nie odmawia. Jest czystą, niezakłóconą niczym Miłością. Energia płynie z książek, filmów o Nim, także ze zdjęć. Kiedy w ciągu dnia czuję się gorzej np. z powodu choroby siadam przed Jego zdjęciem i często objawy ustępują po kilku – kilkunastu minutach. Mam świadomość, że brzmi to dziwnie, ale tak po prostu jest.

Wiem, że niektórzy ludzie oskarżają Sri Sai o przedziwne rzeczy, twierdzą jakoby utracił swe moce etc. To plotki, którym nie warto poświęcać uwagi. Dla mnie jest dziwne, że ludzie, którzy nie widzą energii i nie potrafią określić jakie skutki fizyczne, psychiczne i umysłowe wywołuje pozwalają sobie na tak kategoryczne stwierdzenia. Zwodzą ludzi. Gdyby byli w stanie choć w części ujrzeć energię Sri Sai wiedzieliby w jakim są błędzie. Energia Sri Sai nie da się porównać z żadną inną energią ludzką. Każdy wielki Nauczyciel wywołuje w ludziach różne reakcje. Dlaczego to czyni pozostaje Jego tajemnicą. Jednak jestem pewny, że Sri Sathya Sai Baba robi to wyłącznie dla dobra innych.

Drogi Mistrzu, dziś, kiedy kieruję umysł ku Twej bliskości pojawia się to samo odczucie uniesienia i miłości. Dziękuję, że nauczyłeś mnie tych ćwiczeń.

Kontemplacja formy, w której żywo i czysto przejawia się Boskość przynosi liczne błogosławieństwa, wznosi, oczyszcza, daje nowy napęd życiowy i stopniowo prowadzi poza obręb tego świata.

Stałe zatopienie w kontemplacji z umysłem skierowanym ku bliskości Boskiej jest najwyższą formą istnienia ludzkiego w ciele, co więcej jest to możliwe do osiągnięcia. 

Czy jest jakaś granica, nie wiem jak to powiedzieć, poza którą już nie możesz dać nic więcej, czy ta droga kiedyś się kończy?

Kończy się wtedy, gdy nie ma już pomiędzy nami rozdziału, ale zawsze mam coś do zaoferowania i niekoniecznie musi to być prezent dla ciebie. Potem i ty możesz dawać z serca, nie myśląc o sobie dzielić się radością i szczęściem.
A jeśli interesuje cię to czy Moje zasoby miłości i szczęścia mogą się kiedyś wyczerpać i czy istnieje dla nich jakaś granica to wiedz, że nie istnieje.

[…]

Mój poprzedni nauczyciel twierdził, że najwyższą wartością jest poznanie samego siebie.

Poznanie siebie samego, jeśli masz na myśli sens absolutny to tak, bo jest to równoznaczne z rozpoznaniem i zjednoczeniem się w miłości z Brahmanem. Ale on miał na myśli poznanie siebie jako osobowości i wolność od jej skrytego wpływu a to jest dar uboczny otrzymywany na drodze miłości i wcale nie jest to takie ważne.

Umysł chce wiele wiedzieć, bo sądzi, że ta wiedza da mu wolność lub przewagę nad innymi, ale to nie jest dobra droga. Wiele rzeczy usuwam z was bez informowania o tym zewnętrznie, a i to, co wiecie dzisiaj możecie jutro zapomnieć i zająć się czymś innym.

Wielu ludzi gromadzi duchową wiedzę jakby to ona sama w sobie miała jakąś wartość, ale wartość ma jedynie duch, który ją ożywia i sprawia, że naturalnie w jasnym wglądzie umiesz w jednej chwili ogarnąć istotę sprawy.

Wiedza ma wtedy wartość gdy wzbogaca ciebie i otwiera serce ku Bogu. Aby skorzystać z niej w pełni nie wystarczy „wiedzieć’, trzeba wprowadzać ją i wnioski z niej wynikające w życie.

A nade wszystko warto zbliżać się ku Miłości. Miłość jest ważna i ku niej należy się kierować, ku bliskiemu, niemal fizycznemu odczuwaniu Boskiej bliskości i obecności a resztą dobrze się bawić i z niczym nie wiązać. Żyjcie w miłości ku Bogu i niech Ona oświetla wam drogę. 

Jak to zrobić? Mam tu na myśli sprawy, że tak powiem techniczne.

Tak, wiem. Wyobraźcie sobie, że jestem bardzo blisko was, że dotykacie Mnie a potem obejmujecie. Tak trwajcie. To potężna medytacja, miłość, która z nią przyjdzie spali wiele obciążeń ego. Ona wyprowadzi was poza twory waszego umysłu, które nazywacie światem. Tuż za nim a więc tuż obok, a więc wszędzie, rozciągają się nieskończone połacie zalanej cudownym światłem ziemi miłości. To wasz kraj, wasza Ojczyzna, skąd wszyscy pochodzicie. 

1.5 Wizja Boga

Witaj drogi Mistrzu, chcę ci przede wszystkim podziękować za dzień dzisiejszy, za Twoją bliskość i czułość. Chciałbym Cię tez zapytać o to co dziś ujrzałem. Przez chwilę jakby zaczynała otwierać się druga rzeczywistość, poza „zasłoną” materialności istniało żywe, olbrzymie Światło a jego blask przebijał się strumieniami „stamtąd” „tutaj”. Nagle dotarło do mnie jak nietrwały jest nasz świat, a właściwie nasz obraz świata, który nosimy w sobie bo rzeczywistość może być zgoła zupełnie inna. Zdjął mnie lęk, że zaraz to Światło obejmie mnie i zniknę w Nim na zawsze bez śladu wraz z całym światem i wtedy Ono jakby zaczęło się wycofywać i po chwili wizja znikła. Bałem się, kiedy ten widzialny i odczuwalny świat zaczął topnieć i niknąć i zaczęło do mnie docierać że Ty, kochane i cudowne Światło jesteś jedyną, tą prawdziwą Rzeczywistością.

Lęk jest dużym problemem dla wielu z was. Lęk nie pozwala wam otworzyć się i przyjąć Miłości, tak jakby na to zasługiwała.

Drugim problemem są zamknięte serca. Zamknięte na miłość, na innych, na Boskość. Winne temu stanowi rzeczy jest skupienie się na sobie, własności, pragnieniach, pożądaniu, pomysłach. A Boskość jest bardzo, bardzo blisko. Jest tutaj przez cały czas. Wszystko jest światłem, jedynie w umyśle powstaje obraz materialnych wrażeń, wokół których konstruujecie ten świat. To, co nazywacie „światem” składa się z wiązki wrażeń i wyobrażeń, utrwalanych przez wiele lat. To co nazywacie „światem” ma naturę z gruntu umysłową, nie „fizyczną”. 

Mistrzu przyznam, że nie rozumiem. Czy to znaczy, że „fizyczność” nie istnieje? Czym w takim razie jest to co nazywamy „materialnością”, „fizycznością”?

Materialność to pewna koncepcja oparta o wrażenia zmysłowe. Rzeczywistość jest inna. Rzeczywistość to Światłość i Miłość. Materialność nie jest bytem obiektywnym, jedynym Bytem Obiektywnym, jest Byt Najwyższy, Stwórca, który wyłonił z siebie wszystko. 

Przyznam, że nadal nie bardzo rozumiem.

To co nazywasz rzeczami i określasz jako “istniejące” jest czymś innym, niż ci się WYDAJE. Tak was wychowano, że nadajecie byt obiektywny „rzeczywistości” złożonej z wrażeń cielesnych i na ich podstawie kształtujecie swoje koncepcje umysłowe. I to nazywacie rzeczywistością. Ale tak naprawdę to jedynie wasze myśli, wyobrażenia o tym co jest, nie to co naprawdę jest. I tak jesteście przywiązani do tego SPOSOBU MYŚLENIA o świecie, że gdy pojawiają się wydarzenia, czy doświadczenia kwestionujące wasz „ulubiony, przyjęty porządek rzeczy” rodzi się wielki lęk. Boicie się utraty „własnej rzeczywistości” czyli własnych myśli o tym jaki jest świat. 

Chyba zaczynam pojmować. To co nazywamy światem jest wiązką wrażeń myślowo – emocjonalnych. Czy dobrze myślę?

Z grubsza tak. 

Mistrzu, jakie praktyczne wnioski wynikają z Twoich słów?

Zacznijcie myśleć, że nie rozumiecie „świata”, że nie rozumiecie nawet podstaw jego istnienia, że nie znacie i nie rozumiecie samych siebie. Porzućcie dumę z „wiedzy”, i z każdego innego powodu, owo dumne „ja wiem”, które tworzy świat i swoje jego zrozumienie, by w nim panować i się wywyższać. “Wy” jako samodzielne jednostki też jesteście jedynie stanem myślenia, myślą zakorzenioną głęboko i uparcie. Bez realnego bytu. Prawdziwym Bytem człowieka jest Światłość, nie ta myśl „ja” dręcząca was od pokoleń, której nadajecie tak wielką rangę. Wiedzcie o tym, a kiedyś ten obraz zniknie, myśli o „świecie” i on sam znikną pewnego dnia jak płomień zdmuchniętej świecy. Pozostaną Miłość, Radość i Szczęśliwość, jedyne Istnienie. Na razie wstrzymajcie rozbudowę tego „ja”. Ograniczajcie myślenie oparte na „ja” i ograniczajcie pragnienia. Myślcie o Bogu nie o „ja”.
Nie pozwalajcie aby kierował wami lęk. Lęk zamyka was przed Światłem, Miłością i Bogiem. Otwórzcie się na Nie całkowicie, teraz, zaraz. Pozwólcie, aby Boskość ujęła was Sobą. 

W jaki sposób powstaje nasze uczucie oddzielenia i osobowość „ja”?

„Ja osobowe” związane z cielesnością jest odbiciem Jedynego Ja, Boskiej Istoty. Podobnie jak „świat” jest oparte na wiązce wrażeń cielesnych i rodzi się wraz z tym co nazywacie „światem”. Obie te konstrukcje łącznie możemy nazwać stanem myślenia śmiertelnego. Chcę podkreślić, że są to stany umysłu, nie mające wiele wspólnego z Rzeczywistością. 

Dlaczego nie widzimy i nie rozumiemy tego jasno?

Ponieważ uwikłaliście się w działanie i myślenie ”wewnątrz świata”. Weźmy takie porównanie; jesteście aktorami, którzy tak bardzo zaangażowali się w grę, że zapomnieli, że to tylko przedstawienie. Weźmy następne; kiedy śpicie wszystkie wydarzenia wydają się wam bardzo realne i często reagujecie na nie silnymi emocjami, ale rano wiecie, że to był tylko sen. To co nazywacie rzeczywistością, światem i sobą to właśnie jest taki sen. Życie jest snem, śmierć jest przebudzeniem. Wtedy stajecie twarzą w twarz z Miłością. 

Co w takim razie powinniśmy zrobić, jakie praktyczne działania podjąć?

Ujmę je tutaj krótko, więcej znajdzie się w dalszej części książki. Obudzenie się, czy tez dostrzeżenie Rzeczywistości to powrót, uświadomienie sobie prawdziwej tożsamości poza wyobrażeniami umysłu na temat siebie i świata. Będąc stale zanurzony w „sobie” i „świecie” powinieneś stać się bardzo uważny i ostrożny, tak aby dalszymi działaniami nie powiększać jeszcze więzów, to raz. Druga cześć odpowiedzi i wskazówek wynika z tego kim naprawdę jest każdy z was. Dziś możecie wierzyć Mi lub nie, ale jesteście Miłością i Światłem, jednością z Bogiem i samym Bogiem. Dlatego dobrze będzie, gdy „małe ja’ zacznie zwracać się z miłością do Boskości, zwracać się z modlitwą i prośbą do Najwyższej Mocy, po to by pobłogosławiła je przebudzeniem, wolnością od siebie i tego świata snu.

Nie wracajcie do przeszłości, swoich poglądów, opinii i nawyków, lecz proście Miłość, aby ukształtowała „was” tak jak Ona sobie tego życzy. Zapomnijcie i przeszłości i idźcie za kochającą Boskością wciąż dalej i dalej – w Nieznane. Nieznane na długo stanie się waszym domem.

Przeszłość to tylko wasza myśl, prawdziwej przyszłości nie znacie. Pozostaje teraźniejszość, która tez nie jest ważna bo nie odbieracie jej czysto i właściwie. Co pozostaje? Zwrot ku Miłości i Boskości. Tylko to przyniesie z czasem trwałe, dobre skutki i wiele, wiele błogosławieństw. 

[…]

Drogi Mistrzu czy rzeczywiście jest tak, że jesteś jedynym inspiratorem tego, co się wydarza? Wszystko mieści się dokładnie w granicach które Ty zakreślasz i nic, absolutnie nic nie może się z nich wyłamać?

Tak jest. 

Wciąż nie pojmuję, dlaczego świat jest taki, jaki jest, ten świat śpi będąc święcie przekonanym o swej samodzielności tymczasem to Ty skryty za cienką powłoką zdarzeń pociągasz za wszystkie sznurki. Stąd wynika, że wszystko jest tak jak ma być i w żadnym z wydarzeń nie ma błędu ani niesprawiedliwości, bo przecież jesteś we wszystkim. Czy to oznacza, że ty jako Najwyższy nie masz żadnych pragnień wobec świata? Np. by ludzie bardziej ciebie kochali, przecież mógłbyś to uczynić? Gdzie tu jest prawda?

Prawda jest prosta i jest nią Miłość, którą jestem. Prawda ta jest nieprzenikniona dla umysłu i nie robi na nim większego wrażenia. To jest bowiem prawda serca, tej „części” was, która dzięki duchowej świadomości ma kontakt z żywą Boskością.

Wszystkie wydarzenia mają swe miejsce w Boskim Planie. Plan to słodka pieśń miłości dająca uniesienie ku Obecności kochającego Stwórcy. Nie ma w nim błędu, nawet najmniejszego. Plan to jedna z najcudowniejszych tkanek Życia, to Boski Dar dla Wszechświata, dar miłości i mądrości. 

Nie mam wątpliwości Mistrzu, że jest tak jak mówisz, ale dlaczego w tym Planie istnieje cierpienie?

W „waszym świecie” w ten sposób Wszechświat daje wam znać, że pewnych rzeczy nie powinniście czynić, ponieważ są odstępstwem od obowiązujących Zasad. Zasady, na których opiera się konstrukcja Wszechświata wynikają z miłości, która troskliwie dba o dobro wszystkich istnień. O dobro i rozwój. Możecie ich nie przyjmować do wiadomości w „waszym świecie” co jednak nie zmienia ich działania. Cierpienie spala negatywne skłonności, uczy korygować postępowanie i myślenie, kieruje ku wyższym wartościom. W rzeczywistości, w której żyjecie stanowi także hamulec dla wybujałych pragnień i czynów powodowanych ignorancją. Ono dokonuje w was transformacji. 

Mistrzu, są to bardzo piękne słowa i płynie z nich cudowna energia, są więc z pewnością prawdą. Ale jest coś co nadal mnie niepokoi i każe pytać dalej. Trudno pogodzić się z koniecznością istnienia cierpień kiedy widzimy co się dzieje na świecie.

Pomyśl więc co by się stało, gdyby czyny nie spotykały się ze swoimi konsekwencjami. Przemoc, oszustwo, manipulacja, agresja, kłamstwo. Jak wyglądałby ten świat, gdyby nie istniał czynnik oduczający was tych zachowań i kierujący konsekwentnie na ścieżki Miłości?

Chcecie aby „sprawiedliwość była na świecie”, ponieważ jej brak kłóci się z waszymi głębokimi odczuciami. Ale jednocześnie nie macie ochoty przyjąć do wiadomości, że sprawiedliwość JUŻ JEST. Bez istnienia prawa karmy kierującego ludzkość ku Miłości Wszechświat byłby nielogiczny. Tak mógłby wyglądać, gdyby stworzył go szalony Bóg.
Jednak sprawy idą w dobrym i coraz lepszym kierunku, dziś wydaje się, że katastrof i konfliktów jest więcej ale to chwilowy stan. Rozliczacie się w ten sposób z przeszłością, z wiekami, kiedy żyliście pogrążeni w ciemnościach. Światłość jest blisko, bardzo blisko. „Świat” odejdzie, ujawni się Światło. 

Drogi Baba, być może problemem jest tutaj fakt, że nie widzimy na co dzień działania prawa przyczyny i skutku.

Tak, to jeden z „problemów”, ale jest bardzo prosty sposób, aby się przekonać o jego istnieniu i to dość szybko, jeśli tylko zechcecie. 

Tak? W jaki sposób?

Jest taki cudowny sposób na wszelkie problemy, nie tylko ten jeden. 

Tak? Czy mógłbyś Mistrzu uchylić rąbka tajemnicy?

Prosty sposób na wszystkie problemy i pytania to poprosić o pomoc. Poprosić o odpowiedź. Poproście a dostaniecie. Ludziom w potrzebie, ludziom szczerze poszukującym prawdy nikt nie odmawia.
Zwróćcie się z modlitwą, z prośbą ku Boskości by odpowiedziała na pytanie o istnienie prawa przyczyn i skutków. Aby wam pokazała jego działanie i logikę.

A kiedy się to stanie zacznijcie głęboko zastanawiać się nad waszym życiem. Gdy już odkryjecie istnienie prawa – starajcie się dostosować wasze słowa, myśli i czyny do najważniejszych zasad. Myślcie o dobru, mówcie dobrze, nie mówcie źle, czyńcie dobro i proście w tych działaniach kochającą Boskość o pomoc. To droga do przemiany życia na lepsze, droga do wyzwolenia spod wpływu waszego negatywnego obrazu „świata”.

Pamiętajcie – proście a dostaniecie. 

[…]

Pamiętam taką sytuację sprzed lat. Śpieszyłem się na zajęcia, miałem je chyba około dwunastej. Z niewiadomego dla mnie powodu furtka z ogrodu na ulicę nie była zamknięta i pies, wilczur, który biegał w ogrodzie gdzieś znikł. Spieszyłem się do pracy ale przecież musiałem go wcześniej znaleźć. Im dłużej szukałem go w okolicy, tym bardziej byłem zły i zdenerwowany. W końcu odnalazłem go w parku, dość daleko od domu, przyprowadziłem i skrzyczałem oraz uderzyłem kilka razy otwartą dłonią. Do dziś pamiętam jak się trząsł, potężny wilczur a drżał na całym ciele. Potem było mi bardzo głupio z tego powodu, że się tak uniosłem i że go uderzyłem. Żałuję tego.

Była jesień i szybko zapadał zmrok. Tego samego dnia znajomy poprosił mnie abym pojechał z nim odstawić samochód do serwisu. Załatwiliśmy lawetę, załadowaliśmy uszkodzone auto i pojechaliśmy pod miasto do warsztatu. Gdy dojechaliśmy na miejsce zapadł zmrok. Wokół pustego o tej porze warsztatu rozciągał się metalowy płot z prętów. Wysiadłem i pomyślałem, że trzeba kogoś poszukać, w końcu musimy zostawić tutaj samochód. Było bardzo ciemno, podszedłem do ogrodzenia i oparłem się o nie, chciałem zajrzeć do domku ochrony. W tym momencie poczułem silne uderzenie w prawe biodro, tak silne, że odrzuciło mnie na metr, może półtora od płotu. Bardziej zdziwiony i zaskoczony niż przestraszony chciałem zorientować się co zaszło. Podszedłem do świateł samochodu. Z prawej strony, na wysokości biodra, miałem wyrwany kawał spodni wielkości dłoni. Po prostu wisiał na kilku nitkach. Byłem zdumiony.

Za chwilę z domku wyszedł ochroniarz z latarką. Wtedy, za płotem, zauważyłem ciemny kształt psa, podobnego z budowy do rotweilera. Człowiek odprowadził go i zamknął w domku. Powiedział, że trzeba na niego bardzo uważać, bo został wyszkolony i atakuje bez ostrzeżenia. Rzeczywiście pies nawet nie szczeknął, podszedł cicho i czekał na mnie. Gdyby nie ogrodzenie mógłby po prostu wyszarpnąć mi kawał ciała. Nie był w stanie przecisnąć szerokiego pyska przez pręty.
Przyznam, że gdy dotarło do mnie co właśnie mnie ominęło gorąco podziękowałem Mistrzowi za ochronę a zaraz potem jeszcze goręcej przepraszałem Go za wcześniejsze postępowanie. To była doskonała lekcja, pamiętam ją do dziś.

Przemoc nie jest rozwiązaniem. Rozwiązaniem jest miłość. 

Kilka razy już opowiedziałem ja znajomym, raz czy dwa spotkałem się z wątpliwością, że to przecież mógł być przypadek.

Ale nie był. Gdyby nawet, to poszukaj najbardziej wartościowej lekcji, jaką mogłeś wynieść z tego doświadczenia. Poza tym, cudze wątpliwości nie są dobrą wskazówką na drodze duchowej. Ludzie działają pod wpływem iluzji, a duchowość to wyjście poza jaj obręb. 

Najbardziej wartościowa lekcja jest taka, że moje postępowanie przyniosło natychmiast nieprzyjemny skutek i na przyszłość nie powinienem się złościć a już na pewno nie powinienem podnosić ręki na zwierzątko.

Akceptuję wniosek. Miałeś wtedy duże szczęście. 

Jeszcze raz Ci dziękuję. Nawet się nie przestraszyłem, potem, gdy zrozumiałem co się stało pojawił się doskonały nastrój. Coś w końcu zrozumiałem, a może raczej cieszyłem się że prawo działa i wcześniejsze przeczucia wewnętrzne były trafione w dziesiątkę. Odczuwałem też dużą pokorę wobec życia i Ciebie.

Tak wygląda jeden z kroków ku Światłu. 

[…]

Dziękuję ci za to, że pojawiasz się przed moim wewnętrznym wzrokiem, szkoda, że ludzie nie mogą ujrzeć Twej zdumiewającej, olbrzymiej skromności, na pewno zmieniliby w jednej chwili stosunek do Ciebie.

Wielu ludzi nie ma ochoty Mnie oglądać. Uważają, że nie daję im tego czego potrzebują. Jednak najczęściej to o co proszą nie jest dla nich korzystne, nie przyniesie ani im ani nikomu innemu nic dobrego. Stąd bierze się Moje „nie”. Ludzie czasem urągają Mi z tego powodu i gniewają się na Mnie ale nigdy się nie obrażam.

Jestem Miłością. Świat utkany jest z cienkiej przędzy miłości. Ziemia i chmury nad nią to miłość. Liście jesienią to kolorowe miłosne listy wysyłane przez drzewa ku Ziemi. Wiatr to oddech Boga, który delikatnie głaszcze wasze twarze. Kocham was moi serdeczni przyjaciele. Spójrzcie we Mnie, spójrzcie z miłością a ukażę się wam. Jestem blisko, bardzo blisko. Jestem Miłością. Miłością bez granic. Ty i Ja jesteśmy Miłością. Wasze myśli mają moc tworzenia „świata”. Nie twórzcie go nadal na starą modłę, zwróćcie je wszystkie ku Mnie a Ja pomogę wam wyzwolić się ku Miłości i szczęściu. 

8.11 Modlitwa

Modlitwa jest kolejną bardzo skuteczną techniką wspomagającą rozwój. Wiele osób rozwijających się duchowo może podważyć jej skuteczność. Modlitwa kojarzy się ludziom z prośbą błagalną do jakiegoś wyższego bytu, odmawianą w czasie nieszczęścia. To jest pewien stereotyp modlitwy, który został stworzony na przestrzeni wielu lat. Często taka modlitwa nie jest skuteczna, szczególnie kiedy jest niewłaściwie ułożona. Warto więc poznać tą technikę.

Jeśli spojrzeć na modlitwę czysto, jest to wyrażenie życzenia skierowane gdzieś do wszechświata. Ludzie najczęściej kierują modlitwy do swoich Bogów. Tu wielu ma własne wyobrażenia Boga, i do wyobrażenia kieruje modlitwę. Właściwie nie jest ważne, do kogo modlitwa jest skierowana. Ważna jest jej treść i zaangażowanie modlącego się.

Modlitwa działa na takiej samej zasadzie jak poprzednie techniki. Modląc się, człowiek jest skupiony na temacie. Wytwarza w swoim ciele odpowiednie wibracje. Wyraża życzenie, które jest narzucane podświadomości. Tym samym wprawia w ruch procesy energetyczne dążące do urzeczywistnienia swojej modlitwy. W tej technice bardzo ważna jest ufność. Jeśli człowiek jest wypełniony całkowitą ufnością, wtedy nie ma oporów przed wprowadzeniem zmian. Jest wewnętrznie pewien o skuteczności modlitwy, tym samym rzeczywistość zmienia się bez problemu. Chodzi właśnie o to wewnętrzne przekonanie -ufność. Nie jest ważne do kogo jest modlitwa skierowana. Czy do wyobrażenia Boga czy do wewnętrznej boskości.

Ważna jest ufność i przekonanie o skuteczności modlitwy. Jest to po prostu niezachwiana wola, która zostaje wyrażona i wprowadzona w życie. Dlatego modlitwa okazuje się skuteczna. Ważna jest tu sama formuła modlitwy. Podobnie jak w afirmacjach wizualizacjach można wymodlić sobie wszystko. Można zmienić swój stan wibracyjny jakkolwiek się chce. Dlatego trzeba też uważać, czego się chce. Układając modlitwę warto układać ją w sposób podobny do afirmacji. Czyli bez negatywnych słów czy wyobrażeń. Wtenczas świadomość nie skupia się na niepotrzebnych rzeczach i nie realizuje negatywnych programów. Warto więc układać modlitwy całkowicie pozytywne.

Praca z modlitwą jest jak praca z wizualizacją. Warto tu utrzymywać ufność i miłość do Boga. Wtenczas zostają inicjowane bardzo czyste energie twórcze. Wchodząc w wibracje miłości, wibracje kontaktu z Bogiem (nawet jeśli jest to wyobrażenie), całe ciało odnosi korzyści. Pojawia się ufność, miłość, pewność w rozwiązaniu problemu, poczucie ogromnego wsparcia. Odchodzi uczucie niemożliwości i wszelkiego ograniczenia. W takim momencie świadomość również wychodzi ponad swoje dotychczasowe filtry mentalne. Podobnie jak w medytacji zmienia swój punkt widzenia, dzięki czemu następuje rozwój.

Modlitwa nie zawsze jest medytacją. Medytacja jest świadomą obserwacją. Modlitwa czasem może być pewnym ograniczeniem świadomości. Nie zawsze jest obserwacją całej przestrzeni. W większości jest bardziej wyrażaniem woli i zogniskowaniem świadomości na obiekcie modlitwy. Nie jest to złe. Po prostu jest to inne narzędzie, które służy do wprowadzania pozytywnych zmian do życia. Podobnie jak afirmacje i wizualizacje.

Modlitwy warto używać wtedy, kiedy problem wydaje się przerastać możliwości. Kiedy widać, że nie da rady rozwiązać problemu, kiedy wszystkie próby umysłu zawodzą, kiedy nie da rady dostrzec na czysto problemu w medytacji -wtedy przychodzi czas modlitwy. Jest to wysłanie w przestrzeń prośby o skuteczne rozwiązanie problemu i zaniechanie wszelkich działań. Całkowite zdanie się na boski proces i ruch. Modlitwa uruchamia w podświadomości odpowiednie działania, dzięki czemu problem zostaje rozwiązany bez wysiłku. Jest to naturalna właściwość wszechświata. Można to nazwać boskością materii. Faktem jest, że każdy zainicjowany w rzeczywistości ruch ma swój skutek. Tak więc warto modlitwą wprawić w ruch energie, które przyniosą uwolnienie.

Jeśli nie ufasz nikomu i jesteś przekonany o nieskuteczności modlitwy, nie musisz się modlić. Wtenczas nawet modlitwa nie odniesie skutku, ponieważ podświadomie jest tworzona blokada, nieufność. Jeśli jednak łatwo Ci przychodzi ufność do boskości, jeśli łatwo Ci przychodzi miłość, wtenczas modlitwa może okazać się doskonałym narzędziem zmiany całej istoty. Warto z niej korzystać.

…o Bogu i Holendrze, naukowo

W zwartym idąc szyku, wdałem się w interesującą dyskusję z pewnym bardzo przejmującym, dynamicznym i młodym duchem Holendrem. Nic nie mam do Holendrów, a wprost przeciwnie – jest to kolejny reprezentant tego małego i nieco przynudnawego (za wyjątkiem Amsterdamu) kraju, który pojawił się ostatnio w moim życiu, wnosząc sporą dawkę wszelakiej maści inspiracji, które rozpinały się na skali we wszystkich kategoriach: od „zamęt” do „wow, niesamowite”. Przykładowo, pochwalę się, że nauczyłem się już dwóch słów w inszym języku – klasycznie, pierwszym było „k^&wa”, drugim „dziękuję bardzo”. Jednakże, nie o język tutaj chodzi – taka inspiracja byłaby zdecydowanie zbyt wątła i cherlawa, aby tworzyć z niej sensowny artykuł, nieprawdaż, Szanowny Czytelniku? ;)

Tak więc, siedzieliśmy sobie w trójkę – ja, ów Holender i jeszcze jeden reprezentant kraju nad Wisłą (który gra, co prawda, od dłuższego czasu w drużynie kangurów) w kajucie na pięknym, ponad 30 metrowym skunerze, rozmawiając na tematy wszelakie i w pewnym momencie rozmowa – a jakże – zjechała na sprawy religijne. Nie powinienem się dziwić, w końcu, była to niedziela, dzień Pański. Zapytany przyznałem zgodnie z prawdą że nie jestem za grosz religijny, kulturalnie przemilczając fakt duchowych poszukiwań i zainteresowań, bo końcu, z religią mają one nic wspólnego. Ośmielony tym faktem Holender bez kozery opowiedział swoje spotkanie z pewnym biskupem, któremu wypalił: „trzeba być idiotą aby wierzyć w takie bajki jak w istnienie Boga, nie ma żadnych naukowych dowodów na to, że Bóg istnieje”.

Zastanawiacie się, jak Elijah zareagował na takie stwierdzenie? W końcu, widziałem czy doświadczałem niejedną rzecz, która klasyfikuje się w kategorii „cudów” niemalże, od egzorcyzmów, poprzez kontakty ze zmarłymi, trafne proroctwa, życie przez kilka lat bez jedzenia, poprzednie wcielenia, niezwykłe uzdrowienia, itd. itp. W rzeczy samej, spodziewać się można, że biorąc pod uwagę powyższe, powinienem zdecydowanie zaoponować. Tymczasem, przyznałem mu całkowicie rację. Ano faktem jest, że nie ma najmniejszych dowodów na istnienie Boga i naukowo nie dowiedziono jego istnienia. Faktem też jest, że mimo, że widziałem rozmaite cuda, to nie mogę jednoznacznie powiedzieć, że na 100% mają one coś wspólnego z Bogiem. Faktem także jest, że naukowo nie dowiedziono jeszcze wielu innych rzeczy, np. teorii ewolucji – dlatego też, to co wyprodukował Darwin nadal nazywane jest tylko „teorią”. Co więcej, rzeczy, które domagają się naukowych dowodów, jest bowiem cała masa.

To jeszcze nic: ciekawszą jednak sprawą jest, że tak samo, jak nie ma żadnego dowodu naukowego na istnienie Boga, nie ma też ŻADNEGO naukowego dowodu na to, że Bóg nie istnieje. Musimy jasno zdawać sobie sprawę, że większość dyskusji i argumentów logicznych niezbicie „udowadniających” nieistnienie Boga, pokazuje jedynie błędy w filozofii i logice rozmaitych religii i Jego religijnych interpretacji czy koncepcji. Tymczasem religie to jedynie produkty współczesnej cywilizacji, który starał się, na miarę swoich skromnych i ograniczonych możliwości, zinterpretować pewne ponadczasowe zjawiska. Bardziej jednak niż to, religie powstawały jako systemy scentralizowanej władzy, mające na celu dominację wybranej grupy ludzi (kapłanów, biskupów, rabinów, „wtajemniczonych”, itd) nad prostym ludem i przejęcie kontroli nad nim. Aby to zrozumieć, wystarczy IQ > 110 oraz nieco czasu poświęconego na studiowanie historii Kościoła Katolickiego czy też dowolnie innej wybranej religii. W< każdej praktycznie znajdziemy gnioty, logiczne sprzeczności, politycznie ustawiane dogmaty czy wyssane z palca wierzenia – i to właśnie one, a nie Bóg, stają się celem ataków rozmaitej maści spekulantów, z których duża część nie zauważa różnicy, że religia ze swoimi interpretacjami i Bóg to dwie bardzo odrębne rzeczy.

Ponieważ jednak temat religii jest tak samo pasjonujący jak mój holenderski („k^&wa”, „dziękuję bardzo”), wrócę do tematu głównego. Jako że nie można naukowo udowodnić jego istnienia ani jego nieistnienia, to matematyczne prawdopodobieństwo istnienia Boga wynosi dokładnie 1/2, czyli 50%. Czyli, że masz 1 na dwie szanse, że Bóg istnieje. Biorąc pod uwagę takie duże statystyczne prawdopodobieństwo wygranej, trzeba być co najmniej dziwnym aby nie obstawiać jego istnienia. Co gorsza – grałeś kiedyś w Totolotka? Szansa wygrania głównej nagrody wynosi tam 1 do 13,983,816, czyli masz szansę jedną na prawie 14 milionów, że wygrasz główną nagrodę. Jeśli zatem kiedykolwiek wysłałeś kupon Totolotka z wiarą w wygraną (1 do 14 milionów) zaś jednocześnie nie wierzysz w istnienie Boga (szansa 1 do 2), to jesteś w najlepszym wypadku matematycznym kaleką, w najgorszym zaś, hmm, może to przemilczę, bo przychodzą mi same niecenzuralne słowa na myśl, a i tak już zbyt dużo poprzeklinałem w tym artykule ;)

Zostawiając to, jak zwykle, samodzielnemu przemyśleniu, matematycznie polecam wiarę w Boga (Jezu, ale nie w religie, „ku^&a”, „dziękuję bardzo”). Jeśli istnieje, to wybaczy ci te błędy w myśleniu, a jeśli nie, to i tak niewiele tracisz – mniej, niż wysłanie kuponu Totolotka. ;-)

Pozdrawiam,

Elijah

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu

Gdy miałam 14 lat, byłam dość typową nastolatką. Zadawałam pytania, na które nikt nie miał odpowiedzi. Byłam otoczona ludźmi, a jednocześnie bardzo samotna w moim postrzeganiu świata i dążeniu do zapełnienia pewnego rodzaju nieokreślonej pustki i wewnętrznej tęsknoty. Wciąż mi czegoś brakowało, nigdy nie czułam się spełniona i nawet otoczona przyjaciółmi czułam, że jest coś bardzo ważnego, co wciąż omijam. Nie wiedziałam, co to jest, więc zaczęłam szukać. Wpadła mi w ręce pierwsza duchowa książka, potem następna, i w ten sposób weszłam na Drogę Poznania.

Zaczęłam szukać – ale nie wiedziałam, czego szukam i co chcę poznać. Z przeczytanych książek i studiów psychologicznych coraz więcej dowiadywałam się o sobie, innych ludziach i zależnościach między nami. Ponieważ psychologia nie przyniosła mi oczekiwanych odpowiedzi, zajęłam się parapsychologią i duchowością. W którymś momencie okazało się, że jestem na ścieżce rozwoju duchowego i że moja z początku nikła wiedza zaczęła się powiększać do tego stopnia, że z osoby wciąż zadającej pytania zamieniłam się w osobę, które miała coraz więcej odpowiedzi dla innych, którzy te pytania zadawali. No dobrze – przyznam się bez bicia, że odpowiadałam nawet na pytania, jeśli ktoś ich nie zadał i nawet jeśli ktoś nie chciał znać odpowiedzi. Poczułam swoją misję. Poczułam, że mogę pomóc innym, gdyby tylko zechcieli mnie słuchać.

Zdobywanie wiedzy z dziedziny rozwoju duchowego i dzielenie się nią bardzo mnie pochłonęło. Przestały być ważne relacje z innymi ludźmi – bo nie chciałam spędzać z nimi czasu, chciałam natomiast ich nawracać i naprawiać. Nie chodziłam na imprezy i przyjęcia, bo to było marnowanie czasu, czynność niegodna osoby uduchowionej. Często zamykałam się w czterech ścianach własnego domu i robiłam ćwiczenia, pisałam, wybaczałam, wynajdowałam w sobie kolejne rzeczy do przepracowania, czytałam przekazy kolejnego guru i starałam się zastosować je na sobie. Przeszukiwałam Internet, by znaleźć kolejną pożywkę dla mojego duchowego nałogu. Odwiedzałam fora duchowe, ale z nich uciekałam dość szybko, widząc w nich lustro własnych chybionych poszukiwań. Przestałam żyć a zaczęłam się duchowo rozwijać.

W końcu przyszedł czas, gdy szukając inspiracji do kolejnego artykułu zaczęłam rozmyślać o tym, co mnie skłoniło do wstąpienia na drogę rozwoju duchowego, i zaczęłam zadawać sobie pytania o to, dokąd ta droga mnie prowadzi. Odpowiedzi mną wstrząsnęły. Okazało się, że jestem starsza o prawie 20 lat i bardziej zagubiona niż gdy miałam 14 lat, a przyczyna mojej przygody z duchowością wcale nie została uleczona. Pustka, którą czułam wewnątrz, wciąż we mnie jest, wciąż tęsknie do czegoś, czego nie potrafię sprecyzować.

Zdałam sobie sprawę, że prawie dwie dekady spędziłam na poszukiwaniu, dowiadywaniu się, zbieraniu informacji i faktów, dzieleniu się wiedzą. Dotarł do mnie prosty fakt, że wiem tak dużo, tak dużo, dużo więcej niż na samym początku, i że ta wiedza nie jest w stanie mnie uszczęśliwić i wypełnić mnie. Dotarło do mnie, że to wszystko, co wiem, nie jest nawet jedną tysięczną procenta wiedzy wszechświata – a jeśli wszechświat jest nieskończony, to wiedza o nim też jest nieograniczona. Droga poznania przestała być dla mnie czymś, co chciałabym kontynuować. Poznawanie prowadziło mnie do potrzeby głębszego poznawania. Każde pytanie przynosiło i odpowiedź i wiele kolejnych pytań. Zrozumiałam, że droga poznania, aczkolwiek bardzo chwalebna, jest także długa, żmudna i wiele setek lub tysięcy wcieleń mnie czeka, by ją zgłębić. A ktoś mi kiedyś powiedział, że jestem starą duszą i, że jest to moje ostatnie wcielenie. Wszystko, czego dowiedziałam się o sobie na drodze poznania, przestało mieć sens i jakiekolwiek znaczenie. Natomiast tęsknota, którą miałam w środku, zaczęła być rozdzierająco nieznośna.

Zaczęłam czuć, że potrzebuję czegoś dobrego – jakiegoś niewypowiedzianego dobra. Bezskutecznie rozpowiadałam o tym wszystkim dookoła mając nadzieję, że coś mi podpowiedzą. Czułam, że z tym „dobrem” jestem bliżej tego czegoś, do czego tęsknię, niż byłam kiedykolwiek wcześniej. Męczyłam się z tym przez kilka miesięcy. I nagle zrozumiałam.

Każda droga prowadzi do Rzymu. Dla mnie Rzymem jest Bóg, jego fizyczno-energetyczna obecność w człowieku, tak by mógł on się stać boskim człowiekiem. Nie wiedza o Bogu i jego dziele, ale jego nieustająca obecność w moim sercu. Zrozumiałam, że tęskniłam za Bogiem. Zrozumiałam, że tym wszystkim, do czego tak długo dążyłam, czego pragnęłam, jest obecność Boga w moim sercu. Stanęła mi przed oczami biblijna przypowieść o owocu / drzewie poznania, o wygnaniu z Raju i powrocie do niego. Poczułam, że moje nowe odkrycie postawiło mnie u bram Raju.

Zastanawiałam się nad ostatnimi dwudziestoma laty i myślałam, że były zmarnowane. Byłam pod wpływem bardzo silnego odwracacza uwagi, czyli rozwoju duchowego. Zrozumiałam, że to coś znane jako rozwój duchowy, w takiej postaci w jakiej jest obecnie uprawiane, jest niczym innym jak zdobywaniem wielu faktów i informacji często niekoniecznie prawdziwych i akuratnych. Jest długą i mamiącą nasze ego drogą, która wydaje się tak logiczna i prawdziwa i która kusi oświeceniem (wzniesieniem, wniebowstąpieniem) tuż za kolejnym zakrętem. To droga, na której końcu i tak czeka na nas Bóg. Naszym przeznaczeniem jest powrót do Raju czyli do Boga – od nas tylko zależy, kiedy i po jak wielu trudach się to wydarzy.

Ktoś mógłby pomyśleć, że pobrzmiewam jak nawrócona katoliczka – ale nie zgodzę się z nim zupełnie – daleko mi do katolicyzmu tak samo jak daleko mi do wyznawania każdej innej religii. Ta biblijna przypowieść wydawała mi się po prostu najodpowiedniejszym obrazowym sposobem, by przedstawić to, co czuję. Ja lubię słowo „Bóg”, ale równie dobrze mogłabym je zastąpić Wielką Jaźnią, Początkiem Wszystkiego… to tylko słowa.

Co i jak się zmieni, gdy wpuszczę Boga do mojego serca? Tego nie wiem i niczego nie oczekuję. Wiem natomiast, że już nie chcę żyć bez Boga i miłości w moim sercu. Do tej pory starałam się dobrze postępować, ale też pełna byłam wymówek i wytłumaczeń, gdy moje postępowanie nie wynikało z miłości do drugiego człowieka. Dobre postępowanie na moje oko ma mało wspólnego z postępowaniem wynikającym z czucia Boga i prawdziwej miłości w sercu. Dobre postępowanie wynika z uciekania przed poczuciem winy i wyrzutami sumienia, a czasem nawet ze strachu przed karą. Dobre postępowanie ma też jakiś cel – może to pokazywanie się przed innymi jako osoba dobra, może głaskanie swojego ego i udowadnianie sobie, że jest się dobrym. Natomiast życie i działanie z Bogiem i miłością w sercu wynika z wszechogarniającej miłości i czucia tej miłości wobec wszystkich i wszystkiego dookoła. Mając Boga w sercu zupełnie inaczej zaczyna się dzień, inaczej się działa, planuje. Inaczej zwraca się do ludzi, inaczej się ich traktuje, inaczej się na nich patrzy. Nie ma w nas oceny a jest zrozumienie. Nic nie jest złe i wszystko staje się zrozumiałe.

Kiedyś miałam problem z pewnym forum duchowym, na którym jego uczestnicy zalewali się miłością, czułymi słowami, serduszkami, kwiatkami i całą słodyczą dostępną w emotikonach. Ja się czułam jak obrzucana błotem wtedy gdy Ci ludzie mówili mi, że szanują mnie i moje wypowiedzi i gdy zalewali mnie miłością. Nie potrafiłam dokładnie wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Starałam się o tym pisać i tłumaczyć, ale szczerze mówiąc sama nie byłam pewna, o czym piszę i co mi w trawie piszczy. Teraz już wiem, że uczestnicy tego forum, mimo ich najszczerszych chęci, nie zalewali się prawdziwą miłością, tylko tą najbardziej popularną miłością warunkową. Gdyby to była prawdziwa miłość, nie potrzebowaliby tak bardzo o tej miłości mówić, nie skupialiby się na słowach o miłości a po prostu by kochali – miłość byłaby zawarta i widoczna w każdej ich wypowiedzi. A na tym forum posty z nienawiścią, obwinianiem i brakiem akceptacji dla drugiego człowieka przeplatały się z wyznaniami miłości, przeprosinami komplementami najróżniejszej treści. Nie daj Boże ktoś powiedział coś innego, coś nowego, coś co burzyło spokój uczestników – sucha nitka na takiej osobie nie zostawała. To nie jest miłość.

Czym jest ta prawdziwa miłość? Czuję, że istnieje coś takiego jak prawdziwa miłość, która to jest odmienna od tego, co często obserwuję dookoła i co sama wielokrotnie odczuwałam i co miłością nazywałam. Prawdziwą miłością nie jest uczucie, którym obdarzamy naszego partnera – bo jego najczęściej kochamy za coś. Kochamy czyli często odczuwamy przyjemny komfort z bycia razem albo rosnące nadzieje na spełnienie naszych oczekiwań. Kochamy go za to, jaki jest (nie za to, że po prostu jest), kochamy go za to, jak się dzięki niemu czujemy, za skrzydła których nam dodaje, za to jak nas traktuje, jak o nas mówi, za to że chce z nami być. Czasami po jakimś czasie taka miłość zmienia się, często słabnie, czasami się kończy. Czy prawdziwa miłość może się skończyć? Czy kochając prawdziwie zmienia się natężenie naszej miłości, czy raczej wciąż się kocha tak samo albo każdego dnia głębiej? Czy kochając prawdziwie możemy kogoś krzywdzić? …

Tematu miłości chyba nigdy nie wyczerpie.

Wracając do Boga. Śmiem przypuszczać, że On się nam daje poznać – bo szanuje drogę którą wybraliśmy. Wie On, że wybraliśmy długą drogę, praktycznie niekończący się objazd do celu – drogę poznawania Boga i jego dzieła. Bóg się nam daje poznać, bo wie, że w pewnym momencie zaprzestaniemy tego poznawania i zaczniemy go czuć i wpuścimy go świadomie do naszych serc.

3.1 Historia Boskości

Bóg ma w naszej cywilizacji ogromne znaczenie. Od pradawnych czasów postać Boga była wykorzystywana przez człowieka w różnych celach. Na początku, kiedy wykształciła się świadomość, istota ludzka zauważyła, że bierze udział w niesamowitym procesie życia. Zauważyła, że jest to proces samodziałający i rozwijający się z pewną prawidłowością. Co więcej ta prawidłowość jest doskonale zorganizowana i zaplanowana. To wzbudziło poczucie, że jest coś więcej w tej rzeczywistości niż widać na pierwszy rzut oka. Pierwszy człowiek potrafił dostrzegać piękno tego świata, moc przyrody, różnorodność form. Wtedy to poczuł, że natura i ten proces jest sam w sobie absolutem. Widział prawidłowości występujące w naturze jednak nie rozumiał ich przyczyn. To zrodziło pewien światopogląd, że musi istnieć coś lub ktoś – twórca. Tak jak pierwotny człowiek był twórcą, tak Bóg musi być twórcą totalnym, wszechmocnym. Właściwie na początku była Bogini, matka. Tak jak kobieta tworzy nowe życie tak bogini tworzy wszelkie rzeczy/procesy obserwowanego świata. Bogini jako kochająca matka wszechświata. Kreatorka, który daje życie. Jest to wizja pełna pokoju i miłości. Wyobrażenie to wiązało się z wysoką pozycją kobiet w ówczesnych społecznościach. Panował matriarchat.

Inne wizje boskości powstały wraz z rozwojem patriarchatu i powiązane są z Bogiem groźnym, karzącym, Bogiem zazdrosnym i mściwym. Kiedy mężczyźni zyskali wysoką pozycję społeczną (spowodowaną zmianami trybu życia i zdobywania pożywienia), ta wizja Boga znalazła wielu wyznawców. Bóg stał się silny, jak wódz utrzymujący wszystko na swoim miejscu i  porządku, chroniący społeczność i sprawujący władzę. Ta wizja Boga mogła służyć również do manipulowania społecznością. Skoro Bóg jest wielki i mściwy, lepiej słuchać Jego przykazań, inaczej można źle skończyć.

Dalsza historia boskości przeplatana była kontrolą kapłaństwa nad społecznością, strachem przed naturą i wrogami czy faktycznymi wglądami mistycznymi ludzi uznawanych za mistrzów. Jednym z nich był Jezus, który wniósł wiele duchowości i miłości w surową doktrynę wiary, poczym umarł na krzyżu inicjując jedną z największych religii na świecie. Interpretacji tego zdarzenia jest wiele. Oczywiście każdy interpretuje to po swojemu, dostosowując do swoich potrzeb. Nie jest to złe ani dobre, po prostu stanowi tą rzeczywistość.

Cała historia religii jest historią wyobrażeń o Bogu. Wszelkie teksty święte stały się same w sobie absolutem. Ludzie zapomnieli, że słowa tylko wskazują na boskość. Same w sobie nie są nic warte (nie więcej, niż inne kreacje w tym wszechświecie). Warto uświadomić sobie, czym jest boskość. W historii ludzkości zostało stworzonych wiele wizji Boga. Wszystkie one, jeśli się je dobrze wykorzysta, mogą być drogowskazami. Jednak wyobrażenie Boga, to nie Bóg.