Archiwa autora: Admin

Jaki jest cel i sens życia? – Marcin Kotasiński

Brak znajomości odpowiedzi na to pytanie powoduje, że ludzie nie wiedzą po co żyją. Nieoczywistość lub jak uważam wielka oczywistość tego, jaki jest cel życia sprawia, że ten wielki i oczywisty cel jest jakby niewidziany. On przerasta każdego człowieka tak, że ten nie widzi go. Podobnie jak niebieskie niebo, które codzienne zawieszone jest nad nami, a jest jakby przez nas mijane, mało zauważane w swojej władzy jaką ma nad ziemią.

Z powodu tej wielkiej oczywistości, właściwie abstrakcyjności celu i sensu dobieramy sobie cele doraźne takie, których widzimy granice, które można obejrzeć niejako w środku jak i zobaczyć gdzie one kończą się to, że coś jest poza nimi. To właśnie łatwa do zauważenia różnica pomiędzy celem wielkim, a celami doraźnymi, choć nie jedyna i nie najważniejsza.

Obieranie sobie celów jest po coś. Łatwo odpowiedzieć na pytanie: „po co”? W obieranych celach widzimy możliwość zrealizowania siebie. Uważamy, że osiągając dany cel będziemy lepsi od tych samych „siebie” sprzed tego celu. I to jest prawdą. Kiedy osiągamy te nasze ludzkie drobiazgi jak i te duże, których realizacja wymagała lat, to odnajdujemy lepszy stan siebie, doskonalszy, jakościowo wyższy.

Ale wybór celów doraźnych niesie ze sobą brak realizacji, choć mają one do realizacji i spełnienia „siebie” doprowadzić. Oto kiedy pragniemy dom, samochód, szkołę, pracę, to przed realizacją czujemy, że to jest wielkie, że „to jest coś dla mnie”. Widzimy przed – wielkość siebie, jaką osiągniemy wraz z realizacją tego celu. Ale sytuacja zmienia się kiedy do realizacji udaje się doprowadzić. Przed – czuje się tak, jakby się szło do samospełnienia, ale po – kiedy te pierwsze i najsilniejsze emocje opadają, to okazuje się, że to tylko jeszcze jedna górka, na którą udało się wejść, a za nią stoją następne, następne cele do realizacji. I tak w kółko, aż do momentu kiedy okazuje się, kiedy dochodzi do głosu myśl, że „to po nic”.

Każdy ze zrealizowanych celów nie doprowadził do takiego spełnienia, aby móc powiedzieć, że osiągnęło się coś trwałego, co zmienia zupełnie życie tak, że nie chce się już dalszych celów, bo ten jeden jest najwyższym. Wszystkie te doraźne cele życiowe są ulotne, po ich realizacji nie posiada się czegoś trwałego, co na pewno wystarcza na resztę życia, a nawet przekroczy to życie. I co posiadane ma w sobie potencjał rozwiązania wszystkiego, co trudne nadarza się w życiu. Można bowiem powiedzieć, że takim dużym celem jest posiadać wielkie pieniądze, ale nawet to jest złudne, bo jeśliby ich wystarczył na całe życie, to i tak w trakcie ma się jeszcze mnóstwo innych celów. Chce się na przykład mieć władzę przy pomocy tych pieniędzy, a tu już czekają trudności, bo takich, co mają pieniądze i chcą tej władzy jest już wielu i wszyscy się do niej pchają.

Nadto takie pieniądze nie rozwiązują trudności międzyludzkich, bo nadal inni są podobnie niezrozumiali jak wtedy, kiedy się tych pieniędzy nie ma. Zawsze wyrażają własną wolę, która nie musi iść w parze z moją wolą i coś z tym trzeba począć. Trzeba posiadać sposób na to, aby wskazać to, co wspólne, co w jednym kierunku gromadzi rozbiegane ludzkie wole.

Ta myśl, która następuje po realizacji różnych celów, po których pojawiają się nowe cele może w napływie pesymizmu powiedzieć, że życie jest po nic, że jest po to, aby płodzić i innym dawać życie – bez celu. Po co im je dawać, po nic?

Naprawdę po to są te wszystkie doraźne cele, aby człowiek mógł się przekonać, że to żadne cele, że one sensu życiu nie dają. No może mały dają taki, że wskazują na ten cel większy, ten abstrakcyjny, bo przez ich realizację życie czyni się lepszym, choć głównie materialnie, a ta obraca zrealizowane cele w nic, bo są nietrwałe. Czyli te cele doraźne wskazują, że cel i sens niesie ze sobą lepszość. Jednocześnie są po to, aby przemierzając ich szereg człowiek doszedł do tej myśli, że są one po nic, bo wciąż wyłaniają się nowe i żaden z nich nie potrafi doprowadzić do tej poszukiwanej samorealizacji. Bo one realizują jedynie cząstkę i tylko doraźne, dopóki emocje nie opadną i dopóki nie zestarzeją się zrealizowane cele, nie budząc już zachwytu, choć wspomnienie pozostaje. Ale co komu po takim wspomnieniu, jeśli ono już nie jest aktualne.

Jaki zatem ma być ten cel główny, który nadaje ciągły i trwały sens życiu? Ten, który ma realizować tego, który go realizuje, człowieka. Musi on być prawdziwy, to na pewno, bo fałszywy cel do gniewu może doprowadzić, jak fatamorgana. Ale taką iluzją są przecież cele doraźne, kiedy okazuje się, że starzeją się, tracą użyteczność i w miejsce początkowych dobrych emocji wprowadzają zamęt, bo psują się, traci się dobry grunt pod nogami. Choć ta doraźna fatamorgana przez jakiś czas była realna, można było używać i czerpać lepszą jakość życia z tych celów. Złudą – kiedy okazuje się gdy zanika. Zatem doraźne cele prawdziwe są tylko okresowo, a takie wcale nie są prawdziwe, bo co począć z tym, co pojawia się po tym, jak znikają.

Ten najwyższy cel tak jak i wszystkie ma także inną właściwość, jest dobry, odpowiada ludzkiej wrażliwości. Kiedy realizujemy upragniony cel, to jakby siebie kochamy, siebie kochamy w tym lepszym stanie, który stworzyliśmy, to wyraża radość i rozbudzone emocje. Zatem cechą, którą posiada ten najwyższy cel i sens życia musi być radość, Szczęście i Miłość. Podobnie jak celem jest ukochać jakiegoś człowieka, jakby ktoś z bliskiej rodziny stał się „synem marnotrawnym” i pewnego dnia wraca przyznając, że nas chce i pragnie, że się mylił. Wtedy to kochanie jeszcze wyraźniej widać. Pewnie dlatego wyraźnie, bo kochać przedmiot, to infantylne. Racja, ale mając doraźny cel – przedmiot my siebie w nim kochamy, kochamy swoją radość i Szczęście, które on w nas wywołuje swoim posiadaniem, tym, że go wreszcie mamy. Ale wiadomo, przedmiot traci swoje walory, a my szczęśliwe emocje.

Zatem ten główny cel i sens życia musi być prawdziwy, musi rozbudzać Miłość i musi dawać Szczęście. I aby się nie zużywał, aby był trwały, to musi być abstrakcyjny, bo wszystko, co materialne, konkretne i nas otacza, to przemija. Takie cechy posiada właśnie Prawda i Miłość – i Szczęście, które posiada się wtedy, gdy ma się pierwsze. To jest ten cel i sens ludzkiego życia. Wydaje się on, ten najwyższy Ideał, że jest bardzo niekonkretny. Ale tak nie jest. Mieć Prawdę, to znaczy starać się o nią, najpierw w sobie, z siebie dawać ją innym i to wyłącznie, bo jak się pojawia skaza fałszu, kłamstwa, to psuje dobry humor, który długo wzrasta kiedy się daje Prawdę. Wtedy jakby trzeba się oczyścić, pozbyć winy, którą nadało się sobie fałszem. Dlatego Prawdy trzeba trzymać się trwale.

Miłość jest wtedy, kiedy się Prawdę daje odpowiednio do własnej i innych wrażliwości, bo wtedy, kiedy innym dajemy Prawdę odpowiednio, tak jak potrafią ją przyjąć, pojąć, to oni ją rozumieją i wyrażają radość, Miłość do nas tych, którzy ją dali. Aby tak robić trzeba cenić własną wrażliwość, aby patrząc w swoją, znać wrażliwość innych, wtedy łatwo delikatnie dawać Prawdę.

Łącznie kiedy posiada się Prawdę i Miłość, to ma się Szczęście, ma się Pełnię, widzi się sens życia, bo Prawda i Miłość to sens, droga, która wszędzie się otwiera, zawsze jest prawdziwa i zgodna z wrażliwością. To jest ten wielki, ogromny, oczywisty i abstrakcyjny cel i sens życia – zawsze realizować Prawdę i Miłość. Czy wtedy potrzeba Ci czegoś więcej? Nie wiem, albo – nie i tak.

Można powiedzieć, że potrzeba tego, co do życia potrzeba, czego chce się jeszcze jak ciepły dom, posiłek i co tam jeszcze. Owszem, ale w dobrych proporcjach takich, które nie rozbudzają umysłu i zmysłów wołaniem o więcej, bo wtedy właśnie ten wielki, gigantyczny cel życia – Prawdę i Miłość zastępuje się celami doraźnymi, które znowu prowadzą do myśli, że są po nic.

Kiedy zachowane są w dobrych proporcjach, w takich kiedy bierze się tyle, ile naprawdę potrzeba, to one przejawiają się jako Prawda dla życia i Miłość to, co potrzebne, aby dobrze czuć się, aby zachować wrażliwość do siebie i innych, i się nie męczyć. Bo te podstawowe „rzeczy”, to jedne z wielu sposobów jak przejawia się ten wielki abstrakt – Ideał, cel i sens życia, o którym się marzy i realizuje na co dzień. Bóg, to Prawda i Miłość, dlatego Jego świat zawsze istnieje, Jemu droga zawsze się otwiera, bo robi tylko to, co słuszne i potrzebne.
Na mojej stronie „Poznanie” znajdziesz wiele innych ciekawych artykułów, zapraszam: https://sites.google.com/site/samoswiadomosc

Marcin Kotasiński

Tak – masz rację – Artman

Cokolwiek powiesz, pomyślisz lub zrobisz – masz rację. Ucieszyłeś się? Wreszcie ktoś przyznał Ci rację. Nareszcie zostałeś doceniony. Ciesz się, ale…Cokolwiek ktoś inny pomyśli, powie lub zrobi, to…on też ma rację. Że co? Że niby i Ty masz rację i równocześnie ktoś inny? A jeśli się nie zgadzacie? Przecież nie raz argumentowałeś i spierałeś się z kimś, aby on wreszcie zrozumiał, że to Ty masz rację, a on nie. No tak…Moim zdaniem, każde z Was czy innych osób ma rację, ale raczej tylko w kontekście swoich własnych przekonań, poglądów, wiedzy, systemu rozumienia, inteligencji i przyjętego światopoglądu.

Każda z osób przebywa w swoim świecie. Świecie swoich wyobrażeń, idei, „prawd” i wyznawanych wartości. Często są to wartości i nawyki przejęte we wczesnym dzieciństwie w okresie, gdy wszystko to, co nas spotyka i występuje w naszym otoczeniu przyjmujemy jako prawdę o nas samych, którą bezwiednie i bezwarunkowo akceptujemy i aprobujemy jako własną. Wielu tak robi. Nawet osoby uważające się za wolne, wyzwolone czy super inteligentnych, w wielu obszarach życia za bazę mają doświadczenia z dzieciństwa. Po prostu nauczyły się, że to czego wtedy doświadczali to jest „prawda” o nich, życiu, świecie czy rodzinie. (Część osób przejęła również tendencje umysłu z „poprzednich wcieleń” lub od innych istot niematerialnych albo takich, które obecnie „nie żyją” albo też nie przebywają w zbliżonej do nas przestrzeni energetycznej).

Potem już niechętnie pozbywamy się takich przyjętych za pewnik informacji, bo traktujemy je jako część siebie. A nie jako myśl, czy wyobrażenie, które łatwo można zmienić. Warto wiedzieć, że można w każdej chwili swojego życia zmienić wszystko – całą bazę informacji dotycząca siebie. Można przedefiniować większość z tego zbioru, a zwłaszcza to, co z wydarzeń, które nas spotkały uzyskaliśmy – czyli nasze reakcje na to i to co dzięki temu się nauczyliśmy. Oczywiście część tych danych warto zaakceptować, jeżeli są to dobre cechy czy wartości. Złudzenie, że jesteśmy w jakikolwiek sposób „stali” i niezmienni jest związane z częstotliwością wibracji ciała, na którym się skupiamy i które jest postrzegane jako najważniejsze, stanowiące o naszym bycie i poczuciu jestestwa.

Niemniej jednak wielu osobom trudno jest zmienić i przedefiniować takie kody. Nie na darmo od lat funkcjonują przysłowia: „niedaleko pada jabłko od jabłoni” czy „jaki ojciec taki syn” albo „jaka matka taka córka”.

(Widać to dobrze na przykładzie „zakochanych”. Gdy jest się młodym często idealizuje się np. siebie czy potencjalnego kandydata czy kandydatkę na partnera. Zazwyczaj też w pierwszych latach znajomości są oni dosłownie na feromonowym haju i „świata poza ukochanym nie widzą”. Czują również, że to jest ten jedyny ukochany na całe życie, podczas gdy inni przecierają oczy ze zdumienia i dziwią się jak oni w ogóle się ze sobą zeszli i co ich łączy, skoro do siebie nie pasują. Czasami po latach okazuje się to prawdą a czasami nie. Niekiedy zauważamy, że nasza ukochana i ideał sprzed lat jest zupełnie, albo ściślej mówiąc – staje się taka jak teściowa, której mieliśmy serdecznie dość. To czy któraś ze stron to zauważy zależy od tego jak bardzo program mentalny jednej z tych osób ulegnie zmianie i na ile jest ona w stanie spojrzeć na siebie i otoczenie z szerszą świadomością.

Oczywiście warto w większości przypadków słuchać raczej tylko siebie i swoich odczuć, jednak w sprawach seksu czy partnera często ulegamy „karmie” – zbiorze intencji z przeszłości, które bierzemy za prawdę o „teraz”. A często ta prawda z przeszłości już jest dawno nieaktualna, zbędna i może być nawet szkodliwa dla nas. Ale brniemy, bo siła przyzwyczajeń umysłu i wytyczonych przez impulsy elektromagnetycznych ścieżek w mózgu bywa ogromna).

Każdy tworzy swój własny świat. Te światy mogą się zazębiać lub przenikać z innymi, ale mogą też w ogóle się ze sobą nie stykać, nawet przy kontakcie fizycznym. Często jednak w takich skrajnościach do zetknięcia raczej nie dochodzi.

Zdarzało mi się przysłuchiwać jakiejś rozmowie czy kłótni dwóch osób. Ze zdziwieniem zaobserwowałem, że przyjmując sposób myślenia i argumentację jednej ze stron, mogę jej przyznać rację. A po chwili to samo stawało się, gdy mówiła druga osoba. Jej również byłem skłonny przyznać rację. To znaczy – rozumiałem, że poruszając się w tych poglądach, wierzeniach i korzystając z takiej bazy w dzieciństwie – ona miała rację, ale tylko w obrębie swojego świata.

Jak zatem pogodzić takie dwie osoby, które się sprzeczają i żadna z nich nie chce pożegnać się ze swoim światem, systemem myślenia i pojmowania rzeczywistości? No właśnie – to jest główny problem. Jeżeli żadna ze stron nie chce porzucić swojego świata albo chociażby wyściubić z niego odrobinę głowę, aby szerzej spojrzeć na siebie, rozmówcę i łączący(!) ich problem, to raczej nie da rady znaleźć wspólnego rozwiązania. To dlatego często powołuje się mediatorów, którzy mają znaleźć rozwiązanie dla zwaśnionych stron. Bo gdyby tylko oboje wyszli nieco ze swoich światów, poglądów i uważanych za „niepodważalne” prawd, to o rozwiązanie byłoby dużo łatwiej a często samo by się ono znalazło.

Patrząc szerzej – dobrze by takim osobom będącym w konflikcie zrobiło np. zabawienie się w zmianę ról i odegranie wzajemnie siebie, przyjmując stroje, styl zachowania i argumentacji swojego przeciwnika. Wyobrażacie sobie dwóch przedstawicieli innych religii lub kultur, którzy się o coś spierają, po czym przebierają się w strój rozmówcy i toczą dalej spór, ale tym razem, to oni są przeciwnikiem, z którym się spierali a naprzeciw nich stoi on sam, z którym argumentują. Taka zamiana pozwoliłaby im nawzajem więcej zauważyć, dostrzec konwencje, nakładki kulturowe, którymi obrośli, jak statki wodorostami. Może nawet zaczęliby się szczerze z siebie i siebie nawzajem śmiać i objęci poszliby coś zjeść i znaleźć wreszcie rozwiązanie. Ale aby to dostrzec – ciesząc się różnorodnością kultur, postaw i bogactwa z nimi związanego a przy tym wiedzieć, że to tylko otoczka człowieka, którym on tak naprawdę w swojej istocie nie jest, to najczęściej już się jest wolnym od wchodzenia w konflikty a przynajmniej ma się nawyk omijania ich lub szybkiego zakańczania. Jeżeli ktoś chce znaleźć rozwiązanie, to je znajdzie.

To, że masz rację ma jeszcze jeden wymiar. Masz ją w odniesieniu do swojego kręgu wyobrażeń, tego w co wierzysz i uznajesz za „prawdę” o sobie i swoim świecie. Ale to może być odległe od PRAWDY – idei doskonałej, opisującej wzorzec „prawdy”, której doświadczasz w swoim świecie. I to dotyczy zarówno PRAWDY O PRAWDZIE, jak i PRAWDY o jakimkolwiek wycinku rzeczywistości. Czasami prawda i PRAWDA są od siebie bardzo odległe, a czasami są zbliżone. Ideałem jest, gdy prawda jest zgodna z PRAWDĄ. Gdy PRAWDA wypełnia, niczym powietrze materac, prawdę.

To, że każdy z nas ma rację ma też odniesienie do przekazywanej od wieków wiedzy i mądrości duchowej oraz odkryć współczesnej fizyki. Wielu przyjmuje za prawdę, że to nasze intencje, myśli i postawy oraz uczucia kreują nasz świat. Że wszechświat jest „mentalny” i reaguje na nasze myśli. Nawet komputery reagują na polecenia i uczucia tego, kto przy nich siedzi lub na nich pracuje. Zatem nauka łączy się z ezoteryką. Pamiętajmy jednak, że stworzony rzez kogoś świat nie musi wcale być prawdziwy, albo zgodny z rzeczywistością. On jest tylko zgodny z głównymi myślami i innymi działaniami jego twórcy. On odpowiada tylko twórcy i jemu podobnym istotom i jest tylko dla nich charakterystyczny. Dla innych może być nawet „nie do pomyślenia” lub „niemożliwy”.

Zatem, rozmawiając z kimś, z kim się w jakiejś kwestii nie zgadzamy, warto być świadomym tej zależności, która pokrótce przedstawiłem. Bo albo pogodzimy się z tym, że każdy ma prawo i możliwości tworzyć swój własny świat, albo będziemy tracić czas na argumentację. Oczywiście czasami ma ona sens, zwłaszcza, gdy czujemy, że druga strona jest o krok od zgody na zauważenie, że nie tylko istnieje jej rzeczywistość, ale że istnieją inne światy składające się razem na wspólny wszechświat. Tyle, że warto pamiętać, że nawet nasz własny – oczywiście często uważamy, że najlepszy a może i jedyny świat myśli i idei, nie musi być tym rzeczywiście najlepszym i najmądrzejszym. Możemy tylko tak o tym myśleć, ale tak nie musi być, gdy się patrzy z szerszej perspektywy.

Zawsze warto nastawić się, że może istnieć coś pełniejszego, lepszego i piękniejszego, niż mój świat, który dotychczas stworzyłem. Oczywiście taka postawa dobrze jeśli obejmuje pełny szacunek i radość z tego, co się osiągnęło, nawet jeśli to jest niewiele. Bo wtedy nowy, lepszy świat będzie szybciej przyciągnięty, zwłaszcza przez energię wdzięczności, podziękowania i zachwytu swoim światem. „Temu który ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie”.

Zauważyłem, że czasem osoby korzystające z różnych technik pracy z umysłem i tworzenia rzeczywistości, budują swój osobisty świat. Jest to świat piękny, składający się z cudownych i wspaniałych myśli, idei, sformułowań, tylko, że…one funkcjonują w ciele mentalnym tej osoby, ale nie w jej życiu, nie w codziennych działaniach i postawach. Często nawet takie osoby – chcąc uchodzić za lepsze niż są – inaczej się prezentują na forum publicznym, stosując wyidealizowaną i chwytliwą autopromocję, na którą często łapią się inni, zwłaszcza, jeśli mają silne intencje do dominowania lub manipulowania innymi, podczas, gdy na co dzień, wśród bliskich zupełnie inaczej się zachowuje i co innego mówi. Takie rozdwojenie osobowości następuje wtedy, gdy uważamy, że jedną twarz trzeba prezentować, bo tej drugiej twarzy ludzie nie zaakceptują, będą się z niej śmiać lub też z wyrachowania, kiedy się chce świadomie oszukać lub naciągać inne osoby dla własnych korzyści. Przez pewien okres może to działać. Ale myślę, że wszechświat dąży do równowagi, działając zgodnie z „wyższą” intencją czy prawem, że „co wysyłasz, to do Ciebie wróci, często zwielokrotnione” i warto o tym pamiętać.

Czy mam rację:)? Oczywiście:) Podobnie jak Ty – nawet, jeżeli się ze mną nie zgadzasz.

Autor interesuje się rozwojem duchowym, samorozwojem, huną, medytacją i sednem wszystkiego. Udziela konsultacji, robi różne badania.
http://artman33.w.interia.pl

Artman

Pierwotność ja jestem, czyli o samopostrzeganiu bycia. – Marcin Kotasiński

W zbiorze, jakim jest świat zmysłowy ludzki podmiot znajdując się wśród przedmiotów i zjawisk jest jedynym punktem nie ulegającym relatywizacji. Jest taki z powodu samoświadomości, która jego istnienie czyni dla niego pewnym. Dzięki niej dokonuje postrzeżeń swoich doświadczeń, a przede wszystkim siebie. Za pomocą refleksji organizuje całe zespoły postrzeżeń, takich jak ludzkie postawy, światopoglądy, zjawiska, sytuacje, w jakich znajduje się i wie jak odpowiednio zachować się w nich. Postrzega swoje dobre i niedobre samopoczucie odnosząc się do siebie i wie jak czuje się pod wpływem różnych warunków. Spróbuję tutaj opowiedzieć, dlaczego samoświadomość jest tak ważna i jak na podstawie refleksji organizujemy nasze życie.

Aby móc zrozumieć, dlaczego samoświadomość jest podstawą wszystkich zdarzeń myślowych i przedmiotowych należy najpierw zrozumieć, czym jest owa zdolność podmiotu. W różnych miejscach opisywałem, czym jest samoświadomość(1). W skrócie jest to akt stwierdzania własnego istnienia przez myślenie, które ogląda siebie jako przedmiot. Akt samoświadomości następuje wtedy, kiedy człowiek, podmiot, postrzegając swoje istnienie różne od materialnego otoczenia, reflektuje ową różność i kieruje swoją uwagę na siebie, chcąc dowiedzieć się, czym jest. Wtedy oglądając siebie w tym odróżnieniu jako samą myśl stwierdza „to ja jestem”. Dopiero później po stwierdzeniu istnienia myśli, podmiot oglądający ją kieruje uwagę na jej treść, którą może być świat przedmiotowy.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego samoświadomość jest kluczowa w ludzkiej umysłowości i dlaczego jest zasadą, wokół, której organizuje się całe dalsze myślenie jest prosta. Aby cokolwiek móc doświadczyć, postrzec, czy jest to myśl, czy doznanie zmysłowe, najpierw należy stwierdzić własne istnienie. Dopiero na tej podstawie następuje postrzeżenie doświadczenia. Ta podstawa w codziennym życiu pozostaje jakby niewidoczna. Jest taka, dlatego, bo w całym swoim życiu przyzwyczailiśmy się, że nasza obecność jest oczywista. Kiedy chcemy wypowiedzieć się o doświadczeniu, nasze istnienie jest założone w wypowiedzi jeszcze przed punktem rozpoczynającym ją. Oczywiste jest wtedy, że „mówię to ja” albo, że „ja doświadczyłem(łam) tego”. Jednak ta oczywistość własnej obecności, pozostawia nie odkrytym pewien ważny fakt dotyczący własnego istnienia. Ten mianowicie, że zanim nasza samoświadomość w świadomy sposób powie o naszym istnieniu, to pozostaje nieuświadomiona, przez to nasze istnienie postrzegamy jako niepewne. Uwidaczniają to zmieniające się warunki otoczenia, których zmienność może wywołać obawę o spokojne jutro. Kiedy zaś nasze istnienie zostaje poznane, jako nierelatywne przez samoświadomy ogląd, okazuje się, że zmienne czynniki doświadczenia, które niepokoją podmiot, teraz dzięki samoświadomości, poznaniu niezależności myślenia siebie w stosunku do otoczenia, ulegają zatrzymaniu. Zatrzymują się na barierze świadomej refleksji, która mówi, że „to ja stanowię siebie przez siebie myślenie”, warunki, zjawiska, sytuacje nie zastraszają mnie. To znaczy, że będąc samoświadomym wiedząc, że sam stanowię siebie własnym myśleniem, stając wobec zmienności, nawet zmian gwałtownych, mogę dokonać refleksji nad swoją niezależną samoświadomością a doświadczeniem i refleksyjnie przefiltrować treść doświadczenia tak, aby mnie ono nie opanowało wzbudzając na przykład niepokój, który wcześniej wzbierał.

Mogę to uczynić, bo jako podstawa doświadczenia, bez której doświadczenia nie ma dla mnie, mogę wpłynąć na siebie i doświadczenie w sposób kierunkowy, wybrany przeze mnie. Nie ulegając bezkrytycznie temu, co na mnie napiera. W rezultacie jako ta podstawa doświadczenia, istniejąca zawsze przed doświadczeniem, mam pełną władzę nad tym, co wokół mnie dzieje się. Ograniczeniem może tu być jedynie moja zdolność do przewidywania rezultatu mojego działania, przynosząca nie to, co chciałem. Ale nawet wtedy, nadal posiadam możliwość działania i ukierunkowania odpowiednio doświadczenia.

Aby wyjaśnić, dlaczego samoświadomość jest podstawą wszelkich zdarzeń umysłowych, dlaczego występuje zawsze przed nimi i doświadczeniami świata posłużę się przykładem. Teza wyjściowa jest taka, że kiedykolwiek, ktokolwiek i cokolwiek doświadcza, aby tego doświadczyć najpierw musi stwierdzić swoje istnienie. Rozpoznanie obecności w doświadczeniu stoi u podstawy wszelkiego doświadczania. Dotyczy to doświadczania świata jak i doświadczania własnego myślenia o czymś, wychodzącym ponad stwierdzanie istnienia.

Obserwując myślenie w codzienności, łatwo można spostrzec, że jest ono ciągłym ruchem myśli przechodzącej z jednej treści na drugą, tak jak kolejno różne czynniki doświadczenia wzbudzają naszą uwagę, przyciągając ją do siebie. W rezultacie świadomie je postrzegamy. Dzięki refleksji nad nimi, kojarzymy te czynniki z odpowiednimi zachowaniami, które pozwalają dokonać postępu w doświadczeniu, czyli uczynić coś, co uważamy za odpowiednie. Na przykład, kiedy wychodzę z pracy zauważając już wcześniej, że jestem głodny, to idąc po ulicy, przechodząc obok baru, kierowany pragnieniem, które w pracy zostało uświadomione, a następnie zapomniane z powodu niemożności jego zaspokojenia, dokonuję nad tym faktem refleksji. Kojarzę swój głód ze stojącym obok obiektem pozwalającym mi na zaspokojenie. Wszystko odbywa się poprzez refleksje: stwierdzam głód, stwierdzam niemożność jego zaspokojenia, aby stwierdzić, że mogę go zaspokoić, kiedy przechodzę koło baru.

Stwierdzanie własnego istnienia na progu doświadczenia jest obecne w tym i każdym innym przykładzie. Kiedy dochodzę do wniosku, że jestem głodny, to aby do niego dojść muszę najpierw wskazać podmiot, którego stwierdzenie to dotyczy. Muszę powiedzieć najpierw „ja jestem…”, aby następnie stwierdzić ”…głodny”. Podobnie, kiedy dochodzę do wniosku, że nie mogę tego głodu teraz zaspokoić, to też pojawia mi się myśl, która najpierw mówi, że „ja (jestem)…” a później „…nie mogę…”, po czym godzę się z tym, bo treść w refleksji znajduje potwierdzenie w doświadczeniu, bo w moim zajęciu nie mam niczego do zjedzenia. Również moment kojarzenia wcześniej pomyślanego głodu z obecnością baru na ulicy, najpierw uprzytomnia mi, że „ja jestem…głodny”. Obie refleksje pokrywają się, potwierdza się Prawda i sposób na zaspokojenie wraz z wystąpieniem baru. Myślę wtedy na przykład: „ja…” – podstawa doświadczenia – „…mogę zaspokoić głód, którego obecność stwierdziłem wcześniej.”

Nie jest to wszystko, co występuje w doświadczeniu, bo zanim stwierdzę, że w tym barze mogę zaspokoić głód, to wcześniej muszę skojarzyć go z możliwością zaspokojenia. To robię na podstawie swoich wcześniejszych doświadczeń, bo przypominam sobie, do czego służy ten spotkany przeze mnie obiekt – bar z obiektami – żywnością, które w nim znajduję. Refleksji występuje tutaj i w każdym doświadczeniu wiele. Ale bardzo niewiele zostaje wydobytych do świadomości, większość następuje w pewnym stopniu podświadomie. Dokonywane są jakby automatycznie, mimochodem, bo z przyzwyczajenia albo trafniej, z niepoznania ich. Pewne fakty, dotąd niesprawdzone, traktujemy w sposób oczywisty. Z tego powodu nie poznajemy świadomie własnego myślenia, bo jego oczywistością, oczywistym wystąpieniem podstawy doświadczenia, stwierdzamy wyższą ważność przedmiotu (treści umysłu, która pojawia się w gotowej na jej przyjęcie myśli), którym zajmujemy się w doświadczeniu, na przykład żywnością przyciągającą nasz głodny wzrok. Mniej uwagi kierujemy na myślenie, dzięki któremu w ogóle stwierdzamy, że są jakieś przedmioty.

Ale wracając do ciągu zmieniających się treści świadomości, pod wpływem ciągle nowych doświadczeń, a właściwie pod wpływem wciąż zmieniających się treści doświadczenia. Kiedy siedzimy na przykład na krześle przy stole, koncentrując swoją uwagę na kwiatach, które stoją w wazonie na tym stole, to treścią najbardziej „wystającą” dla mnie z doświadczenia mogą być żółte płatki kwiatu, ich kształt i nieco pofałdowana budowa. To znajduje się w centrum mojej uwagi. Obok punktu, na którym spoczywa moja uwaga znajduje się całe tło doświadczenia, czyli kielich kwiatu, łodyga, na której on stoi, wazon, na którym łodyga i kielich opiera swój ciężar czerpiąc wodę znajdującą się w wazonie, która także opiera się o ściany i dno wazonu. Wazon stoi na stole, stół oparty jest o podłogę, obok znajduje się krzesło, na którym siedzę ja, stwierdzając swoją obecność w doświadczeniu i oglądając je. Stół z krzesłem znajduje się pomiędzy czterema ścianami pomalowanymi na jakiś kolor, na ścianie coś zostało zawieszone, a obok stoją różne przedmioty. Wszystkie te pozostałe treści także obecne są w mojej świadomości towarzysząc oglądanemu płatkowi z tym, że te pozostałe treści można by nazwać około świadomymi. Mam je na uwadze wiem, że są, ale to nie one są obiektem mojego zainteresowania teraz, tak jak płatek, w który wpatruję się. One wyjaśniają mi układ, w jakim występuje obiekt oglądany i ja jako oglądający. Całe to otoczenie jest już przez nas znane, dlatego nie przyciąga naszej uwagi, tak, jak płatek, który wzbudza mnie poznawczo.

A teraz mogę podnieść abstrakcyjność własnego myślenia i pomyśleć o tym, o czym właśnie myślę. Mogę powtórzyć powyższy opis, ale poprzedzę go świadomym stwierdzeniem własnej obecności. Czyli oglądając płatek kwiatu stwierdzam, że oto oglądam teraz siebie podczas oglądania płatku kwiatu i oglądam wszystko to, co towarzyszy oglądaniu kwiatu, a więc wszystkie myśli, jakie wzbudza we mnie oglądany płatek. Wzbudza ich bardzo wiele, począwszy od próby identyfikowania koloru we wcześniejszych doświadczeniach, kojarzenia pofałdowanej powierzchni i jej pochodzenia, itp. Następnie odsuwając uwagę od niego, ale nie głowę, kieruję ją na swoją myśl i oglądam wyobrażenie całego otoczenia, w jakim znajduje się oglądany płatek. Stwierdzam swoją wiedzę o całym układzie, w jakim przebywam, bez fizycznego rozglądania się. Robię to samoświadomie, bo dokonuję refleksji nad zapamiętanym układem przedmiotów, refleksją naświetlając swoją pamięć. Staję się samoświadomym siebie, bo mnie pierwotnie dotyczy refleksja. Muszę stwierdzić, czy obecny jest ten, który potrafi powiedzieć mi coś o otoczeniu, „pstrykam mu zdjęcie” refleksją. Przy stwierdzeniu własnej obecności, stwierdzam następnie, że znajduje się ona, ja, pośród różnych przedmiotów, które wymieniając myślowo od razu odtwarzam układ, w jakim znajdują się. Znajduję tak również nawiązanie do innych przedmiotów w otoczeniu, których nie pamiętam od razu, czyli to, że np. parasol opiera się o ścianę, itp.

Różnica pomiędzy doświadczeniem opisanym powyżej a doświadczeniem codziennym, jak dobrze znana droga z pracy do domu, opiera się jedynie na udziale wysokiej świadomości (uwagi). Tutaj uzyskujemy wyższą świadomość siebie i stwierdzamy, że jesteśmy podstawą doświadczenia, bez której do niego nie doszłoby, tak jak nie dochodzi do naszego doświadczenia w pokoju obok, w którym nie jesteśmy teraz obecni, albo jak „gnamy” z pracy do domu nie reflektując świadomie wszystkiego tego, co mijamy co dzień.

Opisywana powyżej sytuacja jest inna niż codzienne automatyczne wykonywanie tych lub innych czynności. Podmiot świadom jest tego, co robi. Świadomie dochodzi do stwierdzania kolejnych aktów oglądania, jak to, że świadomy jest tego, że świadomie ogląda płatek, czyli siebie na podstawie doświadczenia kwiatu. I inne doświadczenia, które codziennie można „potraktować” (samo)świadomością. W każdej z czynności występuje podmiot samoświadomy i przez to świadomy tego, co robi. Występuje świadomość bycia podstawą doświadczenia i czynności, jaką wykonuje myślowo, czyli tego, że poznaje ów fakt swojego bycia. Za każdym razem najpierw stwierdza swoją obecność w doświadczeniu, aby stwierdziwszy to wiedzieć, że sprawuje władzę nad sobą i doświadczeniem, bo może kierować sobą i otoczeniem w celowy sposób.

Wszystkie zmiany w myślanej treści następują na bazie pierwotnego stwierdzania swojej obecności. Najpierw potwierdzam przez refleksję „ja jestem…”, aby uzupełnić to o stwierdzenie bycia „…w danych okolicznościach”. Następnie mogę skierować się ku jakiemuś konkretnemu celowi. Najpierw musi w świadomości zaistnieć coś, czego można użyć, aby móc następnie tego użyć. Kiedy jest to tylko stwierdzanie obecności i możliwości użycia przedmiotu, to jest to prorefleksyjna (2) codzienność. Kiedy jest to stwierdzenie obecności i możliwości użycia samoświadomości, refleksyjnego (3) podmiotu, to jest to uobecnienie siebie na płaszczyźnie mentalnej, w myśli, dobre do użycia codziennie.

Nasza obecność w codziennym życiu zakładana w sposób oczywisty, przyjmuje formę automatyzmu. Nasze istnienie jest zakładane jakby bezrefleksyjnie. Właściwie refleksja jest, tylko z powodu własnej oczywistej obecności tego, że jest dla nas oczywiste to, że występujemy w doświadczeniu jako pierwsi, następuje ona podświadomie. Samoświadomość jest pierwotna, bo to najbardziej podstawowe doświadczenie nas samych, musimy wiedzieć, że istniejemy, aby stwierdzić, że istnieje coś jeszcze. Po nim następują dopiero inne doświadczenia, czyli przedmioty, które nas otaczają, a których obecność stwierdzamy po tym, że najpierw stwierdzamy własną obecność i stosunek z nimi.

Wtórnie obecność stwierdzana jest wśród nich, kiedy odkrywam siebie pomiędzy przedmiotami, bo patrząc na nie zauważam siebie w ich centrum, które wyznaczam samoświadomością. Ale tutaj chodzi o świadome stwierdzanie własnej obecności pierwotnie, przez świadomość przesuniętą na wcześniejszy etap doświadczania. W doświadczeniu jesteśmy zawsze, stwierdzeniem siebie rozpoczynając doświadczenie. Ale to nasze „zawsze istnienie” sprawia, że nasza obecność nie jest sprawdzana, bo mamy ją już i od razu. Dlatego kierujemy swoją uwagę od razu na to, co chcemy mieć, czyli na przedmiot, bo myślenie jest cichsze albo subtelniejsze w stosunku do wulgarności albo gruboskórności przedmiotu.

Podobnie ma się to do różnych stanów umysłu, które występują pod wpływem czynników doświadczenia. Chodzi o wyrażanie wrażliwości, gniewu, radości, wszelkich innych stanów umysłu albo, kiedy wydaje mi się, że coś jest, ale coś mówi mi, że nie jest i wszystko inne, co staje się treścią myślenia, a dotyczy stanu umysłu i emocji. Zanim taki stan wystąpi, to podmiot, który ma mu ulec, musi dopuścić odpowiedni czynnik do świadomości wywołujący ten stan. Robi to bezkrytycznie, łatwo ulega dlatego, bo nie dokonuje świadomej refleksji nad sobą, w której może stwierdzić, czy chce to oddziaływanie dopuścić i czy chce uzyskać stan, jaki wystąpi pod wpływem tego czynnika. O ile w ogóle wie o tym, dzięki świadomym refleksjom nad sobą, które pozwoliły mu poznać różne oddziaływania. Mało refleksyjny od razu pozwala uwieść się, wywołując w sobie dany stan. Kiedy dokonuje samoświadomej refleksji, to filtruje bodźce dochodzące z doświadczeń tak, aby osiągnąć stan umysłu, który uważa, że jest dla niego najlepszy. Nie ulega czynnikom, które dzięki refleksji zna i wie, że prowadzą one na przykład do niedobrego samopoczucia, ale świadomie szuka tego, co najlepsze i w czym czuje się dobrze.

Chodzi, więc o to, aby podnieść refleksję siebie, pierwotnie stwierdzaną samoświadomość do świadomości, aby osadzić swoje bycie w niej, w źródle, z którego samoświadomość, bycie podmiotem wypływa. Nie w przedmiotach, których zmienność oparcia nie umożliwia, dając niepokój, kiedy stan otoczenia, przyjmowany za trwały, zmienia się, bo wraz z nim pojawia się konieczność przeformułowania naszej obecności w świecie, oparcia na nowych regułach w oparciu o zmieniony układ przedmiotów i inne przedmioty. Temu towarzyszy niepokój czy w ogóle można bycie przeformułować, na szczęście zwykle można, ale wybór bycia w niepokoju nie jest przyjemny.

—————————————–

(1) Rozwój duchowy a samoświadomość. Część II.

(2)Zmierzająca dopiero do samoświadomej refleksji patrz: Typologia ludzkiej podmiotowości. Część I.

(3)Ibidem. Dokonująca samoświadomej refleksji.

Zapraszam na Poznanie.

Marcin Kotasiński

Refleksje z czytania Mistrzów – O wyprowadzeniu – Kazimierz Janusz Dąbrowski

Refleksje z czytania Mistrzów – O wyprowadzeniu

„JAM JEST PAN, BÓG twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli…”

Te znane słowa zawarte w Starym Testamencie – to swoiste INVOCATIO DEI, gdzie Bóg mówi: „Uwolniłem cię, jesteś wolny, koniec z ograniczeniami! Już nie jesteś zniewolony.”

Czym była ziemia egipska dla ziomków Mojżesza?

Była prawdziwym domem niewoli.

Była domem ciężkiej pracy.

Była domem poniżenia.

Była domem knuta dozorców spadającego na nagie plecy niewolników.

Była domem jarzma.

Była domem codziennego, przejmującego bólu.

Była domem, w którym to nie Izraelici podejmowali decyzje we własnych sprawach.

Była domem zniewolenia we wszelkich dziedzinach życia.

A tymczasem zaświtała wolność. Nareszcie wolni! Euforia! Zachłyśnięcie się smakiem dopiero co odzyskanej wolności.

Przypominam sobie tę historię i szukam analogii z nami, obecnymi tu i teraz.

Czy jesteśmy wolni? Czy jesteśmy raczej w niewoli? W niewoli czego, czyjej?

Co za pomysł roi mi się w głowie? Gdzież tu analogia z historią opisaną w „Starym Testamencie”? A jednak jest analogia. Bo przecież wielu z nas znajduje się w niewoli – nawet o tym nie wiedząc.

W niewoli nielubianej, czasem znienawidzonej pracy.

W niewoli przebywania z tymi, których nie lubimy.

W niewoli obcowania z ludźmi, którzy nas wykorzystują.

W niewoli poczucia krzywdy.

W niewoli żalu, zawiści i nienawiści.

W niewoli zazdrości.

W niewoli codziennych przyzwyczajeń.

W niewoli utartych schematów myślowych.

W niewoli dogmatów naukowych i religijnych.

W niewoli absurdalnych nakazów i zakazów.

W niewoli wyścigu szczurów do lepszego kąska.

W niewoli poganiających Cię różnorodnych terminów.

W niewoli strachu o wygraną w przetargu.

W niewoli strachu o życie, o zdrowie, o przyszłość dzieci, o bezpieczeństwo własnych dóbr, o … , o …, o …

 

Lęk przesyca każdą komórkę naszych ciał, każdy obszar naszej świadomości.

Czy czujemy ciążące nam kajdany? Pewnie nie, bo nawet już ich nie dostrzegamy. Przyzwyczailiśmy się po prostu. Nie widzimy prętów klatki. Nie zdajemy sobie sprawy z ograniczeń naszego życia.

 

Tymczasem przychodzi Człowiek, syn prostego cieśli i wzywa nas do zerwania pęt. Naświetla wizję wspaniałego życia na wolności. Mówi: „Pójdź za mną. Nie lękaj się…”

Nawet podoba się nam taki obraz. Bo mamy już dość poprzedniego życia. Bo chcielibyśmy wyrwać się nareszcie na swobodę, której jeszcze nie znamy, ale do której odczuwamy niewytłumaczalną tęsknotę.

Nawet chcemy zasmakować nowego życia, o którym nic jeszcze nie wiemy. Więc krzyczymy: „Prowadź, Mojżeszu!” Zaczynamy czuć się wielcy, bo wolni.

A później pojawia się strach. W biblijnej opowieści słychać krzyk zwątpienia:„A jak dogonią? Przecież pozabijają nas!”

Okazało się jednak, że prześladowcy sami zginęli.

Więc nabraliśmy ufności i ponownie budzi się w nas duma. Maszerujemy przez pustynię. Najpierw raźno, a później z coraz większą niechęcią. „Mojżeszu! Daj nam wody!” „Mojżeszu! Jesteśmy głodni. Nakarm nas!”

Narasta w nas bunt i złość. Mówimy sobie: „Po jakie licho uciekałem? Jak dureń dałem się namówić jakiemuś przybłędzie! Jednak tam, w Egipcie, może i nie było najlepiej, ale jeść dali, i lepianka była, i kawał maty słomianej do snu…”

Nie pamiętamy już wcześniejszej euforii. Przytłacza nas ponownie strach. Co z nami będzie? Co będzie ze mną?

W Egipcie JAKOŚ się żyło…

W Egipcie może KIEDYŚ mogłoby być nam lepiej?

W Egipcie może GDZIEŚ znalazłoby się lepsze miejsce do życia, z lepszymi nadzorcami?

Gdzie podział się entuzjazm? Gdzie chęć zerwania kajdan? Dlaczego już nie chcemy zburzyć zmurszałych murów naszego lochu? Nagle przeszył nas lęk? Lęk o to, co będzie dalej? Jak znajdziemy się w nowej sytuacji?

W efekcie już nie chcemy niczego zmieniać. Wycofujemy się z powrotem do klatki.

Jest to przykład swoistej „homeostazy życiowej” – pewnych mentalnych przyzwyczajeń. Ta swoista „homeostaza życiowa”, pewna równowaga, ustabilizowana pozycja – to koleiny, w których porusza się nasz mentalny wóz. Najczęściej więc spotykanym paradygmatem jest „postawoskleroza” – czyli po prostu skostnienie, zaskorupienie się.

Czy nie przyjmujemy takich postaw?

Często musimy przejść dopiero metamorfozę wyobrażeń i pojęć. Musimy wyprowadzić siebie z głębokich kolein przyzwyczajeń, szablonów i utartych, stereotypowych pojęć, do których zdążyliśmy się już przyzwyczaić, mimo niewygody poruszania się w koleinach. Jednak większość z nas odrzuca zdecydowanie to, co kłóci się z ich światopoglądem. Nawet nie próbując się nad tym zastanowić.
NASZE OGRANICZONE UMYSŁY

CZYNIĄ NAS SWOIMI WIĘŹNIAMI.

Zapomnieliśmy już słowa Boga skierowane do nas…

Uwolniłem Ciebie!

Przestałeś być zależny.

Przestałeś być niewolnikiem.

Koniec więc z ograniczeniami, które Cię zniewalały. Porzuć je.

Przypomnij, skąd się wywodzisz.

Przypomnij sobie, jaki jest Twój ród.

Przypomnij sobie, jakie jest Twoje dziedzictwo.

Od tej chwili wiedz, że jesteś wolny!

Ja nigdy nie łamię przyrzeczeń, więc wiedz również, że Ziemia Obiecana jest od zawsze Twoja.”

 

Od dzisiaj wiedzmy także, że jesteśmy DZIEĆMI BOGA DOSKONAŁEGO, który jest w nas. Odkryjmy Go w sobie.

Wypełnijmy się Bogiem całkowicie, aby nie pozostawić najmniejszej nawet przestrzeni na myśl nie-boską, na ograniczenia, na słowa «nie mogę», «nie potrafię», «nie umiem», «nie jestem zdolny».


MYŚLENIU LUDZKIEMU

NIE MOGĄ BYĆ POSTAWIONE ŻADNE GRANICE,

GDYŻ POCHODZI ONO OD BOGA.

Spinoza

 

Każda pusta, niezagospodarowana przestrzeń – to miejsce, które mogą zasiedlić pasożyty niskich myśli i negatywnych emocji. Takie miejsca stają się przyczółkami, skąd następują ciągłe ataki ciemnych sił pochodzących z naszego wnętrza.

Wydaje nam się, że jesteśmy całością, że jesteśmy „JEDEN”. Niestety – zostaliśmy podzieleni, a w zasadzie rozdzieleni – na dwie części. Pojawił się DUALIZM. Oddzieliliśmy się od Boga, a raczej oddzieliliśmy Go od siebie. Sami tego dokonaliśmy. Porzuciliśmy więc naszego Boga…

Czy to nieprawda? Przecież wielu z nas uczestniczy w cotygodniowych nabożeństwach w świątyniach. Wielu z nas jeszcze częściej.

Co tam czujemy? Co przeżywamy? Jakie myśli przychodzą nam wówczas do głowy?

Czujemy się mali, czy też wielcy w obliczu Boga? A może najpierw odpowiedzmy sobie sami – „A jacy powinniśmy być?”

Jesteśmy nędznymi robakami, czy też wspaniałymi istotami? „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz…”

Czasem słyszymy takie słowa na pogrzebach naszych bliskich, znajomych, przyjaciół. O czym wówczas myślimy? O marności wszelkiego żywota, czy też raczej o jego wspaniałości?

Przypomnijmy, przywołajmy wszelkie nasze myśli, jakie wówczas mieliśmy.„Śmierć…” , „Szarość…” , „Beznadzieja…”?

Nie! Na Boga, NIE!
NA BOGA… ŻYCIE! PALETA TĘCZOWYCH BARW! PEWNOŚĆ!
Wyobraźmy sobie, że pozwalamy zapanować nad sobą tym pierwszym doznaniom. Dziwimy się więc później, że coś nam nie wychodzi w życiu? Że sypią się nasze plany?

Czy te zamierzenia były Boskie? Czy nasze myśli były doskonałe? Czy były piękne? Czy raczej szare i mdłe, po prostu nijakie?

Czy konsultowaliśmy plany z Bogiem? Czy słyszeliśmy Jego głos i czy usłuchaliśmy podpowiedzi?

A jakie są nasze myśli o nas samych, o naszych życiowych peregrynacjach?

Czy zdarza się, że myślimy z rozgoryczeniem, że Bóg stworzył nas poprzez ziemskich rodziców, obdarzył życiem, tchnął w ziemskich nas Ożywiającego Ducha, abyśmy tylko pełzali?

A może czasem myślimy, że Bóg to okrutny żartowniś? Powołał nas do życia, aby przyglądać się z jakimś niepojętym okrucieństwem, jak się męczymy, jak cierpimy?

Nie zostaliśmy stworzeni po to, aby chorować i cierpieć. Ludzkość nie powstała po to, aby ją karać bezustannie i w końcu zniszczyć. Przecież takie myślenie jest absolutnie bezsensowne.

Stwórca stworzył nas ku swojej chwale i radości. Jak rodzice, którym rodzi się dziecko, które obdarowują pełnią swojej miłości i które ma być dla nich źródłem ogromnej radości, szczęścia i dumy.

Czy w takim razie z jakąś kompletnie niepojętą premedytacją, niezrozumiałym zamysłem skazalibyśmy je na cierpienie i śmierć?

Jeżeli w takim razie szukamy przyczyn naszych cierpień, szukamy winnego, to czy nie jesteśmy my sami źródłem naszych nieszczęść? Oskarżamy zazwyczaj jednak Boga – „BÓG TAK CHCIAŁ” – jakżeż bezsensowne takie słowa widnieją na wielu cmentarnych nagrobkach!

To jaki jest w końcu Bóg? Czy taki, jakiego nam się często przedstawia w starotestamentowych opowieściach? Bóg mściwy, karzący?

Czy raczej jest to jedno z naszych wyobrażeń Boga? On stworzył nas na OBRAZ i PODOBIEŃSTWO SWOJE, a my stwarzamy Boga na OBRAZ i PODOBIEŃSTWO NASZE.

Jeśli obrazem naszego Boga jest Bóg Wspaniały, Doskonały, Kochający nas bezgraniczną miłością, to jaki jest więc obraz Nas w oczach Boga? Jakich Naschciał stworzyć Bóg?

Jesteśmy DZIEĆMI BOGA DOSKONAŁEGO, Boga Dobra, Boga Miłości, Boga Wszelkiej Obfitości Dóbr Duchowych i Materialnych.

Jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga Doskonałego.DOSKONAŁOŚĆ stwarza wyłącznie DOSKONAŁE. Wyłącznie.

Dlaczego więc uciekamy od doskonałości? Dlaczego sami zachlapujemy błotem własne wizerunki wspaniałych dzieci bożych? Dlaczego za wszelką cenę uciekamy od Boga, staramy się pozostać sami? Dlaczego uciekamy się w samorobienie? Dlaczego pozwoliliśmy się wtłoczyć w wąskie ramy różnorodnych ograniczeń?

Bóg nie narzuca się nam. Nie narzuca nam własnej woli. Nie narzuca się z własnym towarzystwem. Nie odbiera nam naszych marzeń. Wprost przeciwnie. Przecież dał nam WOLNOŚĆ – „Róbta, co chceta, dzieciaki…” Tylko niepojęta dla człowieka Miłość decyduje się na taki boski dar.

Robimy więc, co chcemy, co tylko nam przyjdzie do naszych głów, a raczej naszych mózgów, naszych rozumków. Mamy je przecież wspaniałe. Na wiele elementów naszych ciał słyszy się narzekania, ale na swój rozumek jakoś nikt z nas raczej nie narzeka. I polegamy na tych naszych rozumach. Czy nie nazbyt często nas zawodzą?

Myślę, że trzeba byłoby polegać na czymś innym. Trzeba również zmienić sposób myślenia – przede wszystkim o nas samych.

Zacznijmy polegać po prostu na naszych sercach. Słuchajmy podszeptów naszych dusz. One wiedzą, czego chcą. One wiedziały od początku, po co przyszliśmy na świat. To one ustaliły z Bogiem, jakie będą podstawowe cele naszych żywotów i co mamy sobie PRZYPOMNIEĆ.

PRAWDZIWYM ZADANIEM CZŁOWIEKA

JEST MANIFESTACJA PIĘKNA I SIŁY,

KTÓRYMI ZOSTAŁ OBDARZONY

ORAZ PRAWDZIWEJ TOŻSAMOŚCI:

JEDNOŚCI Z WSZECHOBECNYM I WSZECHMOCNYM STWÓRCĄ.

Sri Chinmoy, Ambasador Pokoju ONZ

Słuchajmy duszy w ciszy. Bóg przemawia do nas w nas szeptem…

Posłuchajmy więc siebie…

 

JA JESTEM DZIECKIEM BOGA DOSKONAŁEGO…

JA JESTEM DZIEDZICEM MOJEGO NIEBIAŃSKIEGO OJCA-MATKI…

JA JESTEM MIŁOŚCIĄ…

JA JESTEM Radością…

JA JESTEM Mądrością…

JA JESTEM Pełnią Harmonii…

JA JESTEM Światłością…

JA JESTEM Wewnętrznym Spokojem…

JA JESTEM Źródłem Życia…

JA JESTEM Mocą Uzdrawiającą…

JA JESTEM Obfitością Wszelkich Dóbr Duchowych i Materialnych…
Czy już sobie przypomniałeś, Kim Jesteś?

 

autor artykułu: Kazimierz Janusz Dąbrowski

Refleksje z czytania Mistrzów – O stwarzaniu – Kazimierz Janusz Dąbrowski

Wróciłem około 10 minut temu z czytelni. Przed wejściem do bloku telefon. Matulka dzwoni z dobrym słowem. Fajnie…

 

Rano, jeszcze przed moim wyjściem do miasta zadzwoniła Jadzia, abym koniecznie przestudiował V tom „Mistrzów” („Życie i nauka Mistrzów Dalekiego Wschodu”, Baird T. Spalding) zwracając szczególnie uwagę na słowa: „Wiem, co wiem” i wątki z tym związane. Nie miałem wówczas czasu, ale teraz już mogę.

 

Wchodzę więc do mojego pokoju, otwieram książkę i od razu słowa skierowane do Jezusa:

„Mistrzu, potrzeba chleba, ale są jeszcze cztery miesiące do żniw”. Jego odpowiedź brzmiała: „Spójrzcie na pola, są one JUŻ białe pod żniwo…” Dla mnie niesamowite!!! „…JUŻ…” „Proście wierząc, że otrzymaliście to TERAZ” (Jezus).
Dlaczego niesamowite?

A otóż dlatego, ze nie musimy nic stwarzać myślą, wizualizacją. Jak mówi Bóg w „Przyjaźni z Bogiem” (Neal Donald Walsch) – myślenie jest wyjątkowo ślamazarną metodą stwarzania. Lepiej po prostu BYĆ.

 

UMYSŁ LUDZKI MYŚLI, UMYSŁ BOŻY WIE.

Jezus

 

W tym kontekście staje się jasne, dlaczego tak potężną moc posiadają afirmacje: JA JESTEM…
JA JESTEM Miłością,

JA JESTEM Radością,

JA JESTEM Mądrością,

JA JESTEM Taktem, Dyplomacją i Rozwagą,

JA JESTEM Pełnią Harmonii,

JA JESTEM Wewnętrznym Spokojem,

JA JESTEM Mocą Uzdrawiającą,

JA JESTEM Obfitością Wszelkich Dóbr Duchowych i Materialnych…
„Prawdziwe znaczenie określenia «JAM JEST…», to stwierdzenie pierwotnej identyczności człowieka ze swoim źródłem, niepozwalające mu na zniżenie się i włączenie do swej natury tego, czym nie jest.

Człowiek, to nie są jego doświadczenia; jest on tym, czym jest. Doświadczenia, które wydają się czymś mniejszym od niego, nie powinny być nigdy brane pod uwagę przy ocenie człowieka. «Jestem zawsze tym, czym JA JESTEM W DUCHU», a nie tym, czym zdaję się być w doświadczeniu lub też tym, czego doświadczyłem w świecie. Wszystko jedno, co przeszedłem lub zdaję się przechodzić – zawsze pozostaję tym, czym jestem w znaczeniu pierwotnym – obrazem i podobieństwem Boga[podkreślenie autora].” („Życie i nauka Mistrzów Dalekiego Wschodu”, Baird T. Spalding)

Stwierdzenie, że Jestem Tym, Kim Jestem daje świadectwo o mnie, powiadamia cały Wszechświat i mnie samego o zaistniałym fakcie Bycia Tym, Kim Postanowiłem Być. Teraz należy tylko podziękować Bogu za ten wspaniały, Boski dar mojego zaistnienia w takiej postaci, w jakiej chciałem zaistnieć.

Jakie to już proste właśnie dziś!

Każdy może osiągnąć to, co czynił Jezus. Trzeba najpierw jednak dojść do Świadomości Chrystusowej. Czy jest to możliwe? A do kogo wypowiedział następujące słowa Jezus: „Te i większe rzeczy czynić będziecie…”(Ew. Św. Jana)? Przecież to obietnica Jezusa skierowana do WSZYSTKICH dzieci Boga. Jezus stwierdził wyraźnie – „…będziecie czynić…”.

Czyżby łudził nas miałkimi obietnicami? W jakim celu? Zwłaszcza On, który z niewyobrażalnej dla przeciętnego człowieka miłości do człowieka dał się świadomie umęczyć i ukrzyżować, aby później zmartwychwstać i dać w ten sposób świadectwo podstawowej prawdzie: wszystko jest możliwe dla DZIECKA BOŻEGO – nawet przezwyciężenie śmierci cielesnej.

Zmartwychwstanie po uprzedniej strasznej śmierci, śmierci w potwornych męczarniach, a więc niepodlegającej dyskusji, było aktem przedstawienia możliwości tkwiących w tych, którzy ponownie zjednoczyli się z Bogiem.

Boga nie można zabić. W takim razie, czy można zabić DZIECKO BOGA? Przecież DZIECKO BOGA jest również Bogiem.

Boska Świadomość, świadomość, że każdy z nas jest DZIECKIEM BOGA DOSKONAŁEGO stworzonym na Jego obraz i podobieństwo, świadomość Jedni z Bogiem, która pojawiła się w Jezusie sprawiła, że Jezus stał się Chrystusem. W taki sam sposób każdy z nas może stać się Chrystusem. Cudownie jest więc – Janusz Chrystus, Nineczka Chrystus, Jadwiga Chrystus, Helenka Chrystus, Bożena Chrystus, Piotrek Chrystus, Ania Chrystus i niezliczone grono innych ludzi. Wszyscy jesteśmy Chrystusami…

W jaki sposób mamy stać się Chrystusami? W jaki sposób osiągnąć Jednię z Bogiem? Jezus powiedział: „Bądźcie i wy doskonali, jak Ojciec nasz jest DOSKONAŁY…”

Łatwo to powiedzieć Jezusowi…Jest przecież Bogiem.

A my nie jesteśmy bogami? Czyż nie zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga? Czy każdy z nas nie otrzymał wspaniałych darów, talentów, łask i błogosławieństw?

Otrzymaliśmy je wszyscy. Możemy więc stwarzać. I to robimy. Często jednak to nasze stwarzanie daje mierne rezultaty – przynajmniej w naszych oczach. „Nie udało się…”

Jeśli twierdzimy, że nie udało się, to bardzo się mylimy. Udało nam się doskonale. W sposób doskonały stworzyliśmy to, co powołały do życia nasze intencje, myśli, czyny i emocje.

Czy jesteśmy w stanie wykonać dokładne ich fotografie? Ile znajdzie się tam szaro-czarnych plam niskich myśli? Te plamy przysłoniły barwną paletę możliwości danych nam przez Boga. Te bure zacienienia, to zasłona, która oddziela, odgradza wszystkich od Boga, powoduje w nas swoisty dualizm. A przecież ciągle pierwiastek Boski jest w naszym wnętrzu. Odnajdźmy go w sobie.

Czy wierzymy, że możemy tego dokonać? Czy uważamy, że możemy usłyszeć głos Boga w sobie? Jak można go jednak usłyszeć w potwornym zgiełku galopujących myśli, zwłaszcza tych o najniższych wibracjach?

Czy usłyszymy głosy naszych matek mając słuchawki walkmanów na uszach? Jak może dotrzeć do nas w takim razie zaproszenie na oczekujący już na stole gotowy posiłek?

Czy możemy usłyszeć telefony od naszych ojców, kiedy jedziemy samochodem, w którym na full dudnią basy naszej ulubionej kapeli?

Jak może dotrzeć do nas w takim razie wiadomość od naszego ojca, że ma dla nas doskonałą pracę, bardzo dobrze płatną i zgodną z tym, co lubimy robić?

Sami stworzyliśmy bariery odgradzając się, odcinając od rodziców, nie chcąc słyszeć tego, co do nas mówią.

Zlekceważyliśmy ich, bo przecież jesteśmy tak bardzo zajęci sobą, jesteśmy zaambarasowani tym, co sami robimy. Pogrążyliśmy się w tym samorobieniu. Uważamy pewnie, że sami do wszystkiego dojdziemy, że sami wiemy najlepiej, że sami najlepiej potrafimy. Nie chcemy słuchać nikogo innego poza wyłącznie sobą. Dlaczego narzekamy więc później, że jesteśmy głodni, albo, że posiłek jest zimny? Dlaczego narzekamy, że mamy marną, niskopłatną pracę, której nie znosimy?

Pewnie nie ma tu naszej złej woli. Pewnie daliśmy się po prostu zaprząc do machiny tzw. „cywilizacji” wymuszającej na nas udział w codziennym morderczym wyścigu.

A może poddaliśmy się presji innych, podobnie jak my, uczestniczących w tych samych zawodach? Może zatraciliśmy poczucie rzeczywistości i tego, co naprawdę w życiu jest istotne?

Daliśmy się zaprząc w kierat: pobudka – pospieszne śniadanie – poganianie płaczących dzieci (przecież nie mogą spóźnić się do przedszkola, szkoły, a my do pracy…) – poranne stanie w korkach – nerwówka w pracy – popołudniowe stanie w korkach – kolacja – coś tam w „tiwi” – może pośpieszny seks – ciężki sen… I tak praktycznie codziennie.

Zapomnieliśmy tak naprawdę, Kim Jesteśmy. Nie zauważyliśmy nawet, kiedy daliśmy się uwieść, kiedy staliśmy się niewolnikami.

Niezależnie jednak od przyczyn stworzyliśmy dla siebie to, co stworzyliśmy. Miało być tak dobrze, mieliśmy najlepsze intencje, a co wyszło

A może przyczyna naszego doskonałego stwarzania niedoskonałości tkwi gdzie indziej?

„…gdy wymawiamy słowo «nie mogę», to zapieramy się wewnętrznie Chrystusa. Dziś możemy dowieść, iż przy każdym negatywnym słowie, jakie wypowiadamy, zapieramy się Chrystusa w nas”(Jezus).

 

„Nie mogę…”, „Nie umiem…”, „Nie potrafię…”, „Nie jestem zdolny…”. Kto: „nie może”, „nie umie”, „nie potrafi”, „nie jest zdolny”? Dziecko Boga DOSKONAŁEGO?!

Otrzymaliśmy wszelkie najwspanialsze dary, zostaliśmy wyposażeni w wiedzę, umiejętności, wszelkie talenty i twierdzimy, że nic nie mamy, nic nie posiadamy, niczego nie potrafimy?

Jak długo mamy żyć jeszcze w takim stanie niskiej świadomości? Czy nie nadeszła pora na przebudzenie?

Jeśli mówimy lub myślimy, że czegoś nie możemy, to już to stworzyliśmy. Stworzyliśmy więc NIEMOC.

 

Zacznijmy więc JUŻ OD TERAZ stwarzać MOC…
„MOGĘ…”, „UMIEM…”, „POTRAFIĘ…”, „JESTEM ZDOLNY…”

 

autor artykułu: Kazimierz Janusz Dąbrowski

Delektacja wszechświatem – Lemn

Najwspanialsze i najprostrze zajęcie, które niczego od Ciebie nie ma wymaga. Musisz po prostu być. Teoretycznie na całym świecie nie ma nic prostrzego i oczywistego.

Ale jednak my jako ludzie lubimy mieszać, kombinować i czasem nawet zdaję sobie sprawę, że po prostu nie lubimy spokoju… smile.gif

A tymczasem wszystko mamy tutaj.

Może najpierw dokładnie wyjaśnię o co mi chodzi. Samo pojęcie delektacji stosuję jako opis nieprzerwanej euforii spowodowanej przez rzeczywisty kontakt z danym obiektem. W tym zaś przypadku chodzi o kontakt z całym wszechświatem a co za tym idzie o płynącą z tej relacji radość. Poczujmy smak wszechświata.

Piszę – rzeczywisty kontakt z obiektem (teraz wszechświatem). Dokładnie mam na myśli to, że nie chodzi tu o byle jaki kontakt a jedynie o ten, najbardziej urzeczywistniony. Kontakt świadomy to taki, w którym zachowujemy przejrzystość umysłu. Inaczej mówiąć – stan medytacji. To właśnie w tym stanie jesteśmy świadomi tego co nas otacza. Nie mamy żadnych złudzeń, nie wybiegamy w czasie ani przestrzeni. Właśnie wtedy mamy najlepszy kontakt z otoczeniem, z całym wszechświatem!

Jest to właśnie ten czas, w którym możemy go docenić i podziwiać a dla naszej przyjemności – delektować.

Nie ma wtedy innych zjawisk, układów czy wizji, nic nam nie przeszkadza a my nie stwarzamy sobie żadnych problemów.

Jesteś sami, sam na sam z wszechświatem a między nami panuje czysta radość.

Usiądź sobie spokojnie, np. w lesie, zapommij o przeszłości i przyszłości. Co ważne – otwórz swoje zmysły i co najważniejsze – uspokój swój umysł. Skup swój zmysł lub zmysły na czymś rzeczywistym, najlepiej na tym co lubisz. Nie pozostaje Tobie nic innego jak tylko delektować się tym, właśnie tym. Poczuj prawdziwy smak tej chwili i tego miejsca. Raduj się z całym światem, delektuj się nim. Oczywiście nie musisz skupiać się na całym wszechświecie. Jest to niewykonalne a przynajmniej bardzo trudne. Skup się na jednym, na oddechu, na swoich krokach, na zapachu kwiatów, na pustce. Skupiając się tylko na czymś masz kontakt ze wszystkim, pamiętaj, że to wszystko stanowi całość.

 

Teraz pare zacnych porad i przykładów. ;]

Wbiegnij w upalny dzień na szczyt góry. Zatrzymaj się na szczycie i poczuj chłodny wiatr owiewający Twoją twarz. Delektuj się nim, to będzie piękne doznanie.

Zaparz herbatę i pij ją wolno, najwolniej jak tylko potrafisz. Nie myśl o niczym innym, tylko posmakuj ją w pełni. Tak mnisi buddyjscy ćwiczą codzienną koncentrację
Oglądaj kwiaty i podziwiaj ich barwy, są na prawdę ładne.

 

 

Sam osobiście uwielbiam chodzić nocą po lesie.

Ten czas przeznaczam na obserwację drzew i delektowanie się świeżym, leśnym powietrzem. Jeśli mam odpowiedni stan umysłu to powietrze te jest na prawdę świeże. A jeśli noce są na prawdę ciepłe to jestem jeszcze bardziej szczęśliwy.

Podsumowując, poczujmy smak tego co nas otacza. Nie kosztuje to wiele wysiłku. Efekt jest natychmiastowy, w Twoim umyśle zapanuje spokój i harmonia a Ty sam zatrzymasz się. Przestaniesz szukać i poczujesz zapach prawdziwego szczęścia.
Powodzenia!

Modlitwa serca – L.Żądło

Modlitwa jest najdoskonalszym dowodem spełniania boskiej miłości. Jest czymś w pełni praktycznym. Możesz dzięki niej osiągnąć nieomal wszystko i to bez wysiłku. Warto się nauczyć modlić. Modlitwa jest rozmową z Bogiem, w której otrzymujesz inspiracje, pomoc i wsparcie.

Dla Boga wszystko jest możliwe, więc próbuj od razu modlić się dobrze. Jak tego dokonać? Pamiętaj, że Bóg jest dobry i chętnie wspiera cię we wszystkich szlachetnych dążeniach.

Proś Go: Boże, naucz mnie, jak się mam modlić?

Podczas wypowiadania tej prośby koncentruj się na sercu oraz na wdzięczności za odpowiedź.

Każda modlitwa jest rozmową, więc przeznacz czas na przyjęcie odpowiedzi. Ten czas powinny ci wypełniać spokój umysłu i wdzięczność. To właściwe nastawienie, by prowadzić rozmowę z Bogiem. Jak zauważyłeś, odbywa się ona w medytacyjnym stanie umysłu. Bóg spełni każdą twoją modlitwę, która jest zgodna z Jego wolą, więc nie musisz rezygnować z niczego, poza swoimi egoistycznymi zachciankami i urojeniami. W pewnym momencie zorientujesz się, że nie one gwarantują ci wolność i szczęście. To będzie chwila wielkiego zwycięstwa prawdy w tobie i w twoim życiu.

Pokornie zaakceptuj, że Bóg ci życzy dobrze i może ukazywać ci korzyści, jakich nie byłeś dotąd świadom. Tak więc, gdy nie dostajesz tego, co byś chciał, dziękuj natychmiast za to, że Bóg ci daje coś lepszego. Zaufaj temu sposobowi, on działa.

Mój przyjaciel kilka razy rozstawał się ze swą sympatią. Zawsze mówił, że to już ostatni raz i… wracał do niej. Wreszcie miał już tak dalece dość, że postanowił spróbować podziękować Bogu za to, że mu daje lepszą partnerkę. Jakie było jego zdziwienie, kiedy po 3 dniach spotkał dziewczynę, którą wcześniej zobaczył w wizji swej przyszłości! I rzeczywiście to było coś o wiele lepszego od poprzedniego związku!

Modlitwa nie zawsze jest proszeniem „o coś” czy dziękowaniem „za coś”. Wychwalanie doskonałości i zalet Boga może się dla ciebie okazać wielce pomocne w rozwijaniu świadomości miłości i woli Boga.

Aby doświadczać miłości i coraz bardziej się nią napełniać, warto stosować modlitwę serca.

 

Modlitwa serca – instrukcja wykonania:

Zajmij wygodną pozycję (najlepiej siedzieć lub stać). Zrelaksuj się. Skoncentruj uwagę na sercu. Pozwól sobie odczuwać, jak powietrze pobudza to miejsce. Pobudzenie przez powietrze sprawia ci przyjemność.

(wariant I ćwiczenia): Spróbuj pomyśleć o czymś miłym, przyjemnym. Niech twoje myśli płyną z serca wraz ze strumieniem przyjemności. Teraz skieruj swą uwagę ku miłej ci osobie. Koncentruj się nadal na sercu. Pozwól, by Bóg uczynił cię czystym świetlistym kanałem, poprzez który do osoby, o której myślisz, popłyną wszelkie boże dary i błogosławieństwa. Niczego nie wymuszaj, pozwól, by działo się tylko to, co chce się dziać. Cokolwiek się dzieje, bez wysiłku utrzymuj koncentrację na swoim sercu i na przepływających przez nie miłości i czystym świetle.

(wariant II ćwiczenia): W samotności spróbuj powiedzieć coś miłego, przyjemnego. Niech twoje słowa płyną z serca wraz ze strumieniem przyjemności. Mów dalej koncentrując uwagę na sercu, na czystej energii miłości, która je wypełnia i płynie z każdym twoim słowem. Gdy kierujesz swoje słowa ku innym ludziom, pozwalaj, by niosła je fala miłości.

(wariant III ćwiczenia): Wykonuj powyższe ćwiczenie w obecności słuchaczy. Obserwuj siebie, jak czujesz się z tym, co mówisz, jakie treści przekazujesz chętniej, z jakich masz ochotę zrezygnować. Zaufaj sercu, nie wszystko warto mówić, nie każdy rodzaj śmiechu wywołany jest radością. Niech wypowiadane przez ciebie słowa płyną do innych z miłością.

Jeśli będziesz systematycznie wykonywać podobne ćwiczenia, po jakimś czasie przejdzie ci ochota do filozofowania, do mędrkowania czy robienia głupich kawałów. Przejdzie ci również ochota do robienia jakichkolwiek świństw. Będziesz za to z miłością odnosił się do swego otoczenia i do siebie.

Kiedy już miłość popłynie przez twoje serce, kiedy popłyną z nią piękne i ufne słowa, wówczas bez oporu i bez wysiłku staniesz się gotowy do głębszych poziomów modlitwy serca. Najwyższy poziom modlitwy serca polega na tym, że podczas koncentrowania się na miłości w sercu możesz zauważyć, jakby „Coś” się modliło w tobie. Wtedy będziesz mieć pewność, że Bóg Cię prowadzi. I w końcu stajesz się modlitwą.

Dlaczego warto medytować? – Tomasz Nocuń, lekarz medycyny

Korzyści zdrowotne z praktykowania medytacji są tak wielkie że każdy lekarz powinien przypisywać medytację swoim pacjentom.

 

Medytacja skutecznie (efektywnie) przeciwdziała szkodliwym psychologicznym i fizjologicznym efektom naszego zurbanizowanego społeczeństwa. Osoby praktykujące medytację łatwiej sobie radzą z sytuacjami stresowymi, trudnymi sytuacjami i są bardziej zrównoważone. Są bardziej elastyczne i łatwiej dostosowują się do zmieniającej się sytuacji. Medytacja daje lepsze zdrowie fizyczne i emocjonalne, harmonię ciała i umysłu, pewność siebie. Medytacja pozwoli Ci lepiej radzić sobie ze stresem, twoje myśli będą bardziej spokojne, zrównoważone, nauczysz się relaksować i jednocześnie zbudujesz poczucie własnej wartości.

Podczas medytacji twoje ciało odpoczywa. Stan głębokiej relaksacji jest uzdrawiający dla całego ciała. Zwalnia się metabolizm, słabnie napięcie mięśniowe, w zapisie EEG fal mózgu pojawia się rytm alfa, charakterystyczny dla głębokiej relaksacji.

Prowadzono wiele badań naukowych poświęconych medytacji. Badania te zwielokrotniły się w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. W monografii „Fizyczne i psychologiczne efekty medytacji” odnotowano ponad 1700 badań wykonanych w latach 1931-1996. Mój kolega kardiolog z Kanady twierdzi że medytacja to przyszłość w leczeniu chorób serca.

Dr Dean Ornish jako pierwszy odwrócił chorobę wieńcową serca za pomocą diety wegetariańskiej , medytacji , umiarkowanych ćwiczeń fizycznych i grup wsparcia. W swoich książkach („Stres, Diet & Your Heart” oraz „Dr Dean Ornish’s Program for Reversing Heart Disease”) podkreśla rolę medytacji w leczeniu chorób serca, nadciśnienia, w obniżaniu poziomu cholesterolu. Jest on lekarzem prezydenta USA.

Medytacja staje się częścią kultury amerykańskiej. Czołowi amerykańscy sportowcy – koszykarze, korzystają z technik koncentracji zen. Medytacja jest wykorzystywana w treningu olimpijczyków – wioślarzy. Sekretarki praktykują medytację podczas południowych zajęć z jogi. Uprawiają ją uczestnicy kursów redukcji stresu. Medytacja jest wykorzystywana w zarządzaniu firmami, rozwijaniu nowych technologii, budowaniu pracy zespołowej. Nawet dzieci uprawiają medytację jako część swojego treningu karate. Medytacja stanowi także olbrzymi dział psychoterapeutycznej kontrkultury.

Medytacją leczy się takie choroby jak: AIDS, astmę, bezsenność, bolesne miesiączkowanie, bóle głowy, chorobę serca, cukrzycę ( obniża poziom cukru w cukrzycy typu II ), lęk, łuszczycę, nadciśnienie, niepokój, nerwicę, otyłość, przewlekły ból, raka, uzależnienia, zespół napięcia przedmiesiączkowego. Medytacja jest związana z redukcją stresu, daje poczucie stabilności, rozwija pozytywne podejście do życia, daje wewnętrzne poczucie spokoju, siły i spełnienia.

Ludzie praktykujący medytację są mniej nerwowi, mniej agresywni, mniej podatni na depresję, mniej dominujący, mniej zahamowani, mają większe poczucie własnej wartości, są bardziej pewni siebie, bardziej usatysfakcjonowani, bardziej społeczni, bardziej stabilni emocjonalnie, bardziej polegający na sobie, bardziej ufający innym. Są szczęśliwsi i zdrowsi niż osoby nie praktykujące medytacji. Poza tym są oni pełni zapału, entuzjazmu, gorliwości, witalności i radości życia. Pogłębia się zdolność kochania i relacji z innymi ludźmi. Maja dobre stosunki międzyludzkie. Cechuje ich wysoka zdolność funkcjonowania w codziennym życiu. Pokój i radość wypełnia ich życie. Mają wysoki standard etyczny życia. Medytacja daje głęboki spokój wewnętrzny, który jest stabilny nawet mimo przeciwności losu i nieszczęść. Pozwala rozwinąć koncentrację oraz stabilność i siłę charakteru. Dzięki medytacji człowiek może rozwinąć w pełni swój potencjał. Osoby praktykujące medytację charakteryzują się wysokim poziomem sprawności w tym co robią. Są one szczególnie biegłe w sztuce, biznesie, zarządzaniu i innych zawodach.

W USA wychodzą czasopisma, które regularnie informują o postępie badań nad medytacją. Niestety większość badań nad medytacją jest przeprowadzana nad początkującymi praktykantami medytacji i nie oddają one bogactwa doświadczeń związanych z jej uprawianiem. Współczesne badania dają nam tylko pierwszy rzut oka na szczyt góry lodowej.

Ja osobiście praktykuję i polecam wszystkim medytację Zen. Od 1989 roku jestem uczniem Rosiego Roberta Aitkena. Spędziłem wiele czasu w jego ośrodku w Honolulu na Hawajach. Wielu chrześcijan myśli że nie może praktykować medytacji Zen ze względu na religię. Nie mają racji. Ja uprawiałem medytacje Zen w klasztorze benedyktyńskim, czyli katolickim, którego opatem jest wykwalifikowany nauczyciel Zen Ojciec Willigis Jager. Ma on pozwolenie od władz kościelnych na prowadzenie medytacji Zen. Prowadzi on też kursy kontemplacji chrześcijańskiej. Praktykowałem też Zen u Ama Samy, Hindusa, kapłana jezuickiego i jednocześnie nauczyciela Zen. Praktykowałem u wielu innych nauczycieli: Joan Rieck, która była zakonnicą katolicką, Patrica Hawka kapłana chrześcijańskiego który ma swój ośrodek w Teksasie, u Rosiego Maezumiego w jego ośrodku w Los Angeles.

Oczywiście jest głębszy sens praktykowania medytacji niż tylko osiągnięcie dobrego zdrowia, świetnego samopoczucia czy perfekcji w swoim zawodzie. Karol Jung mawiał że nigdy nie widział pacjenta powyżej 35 roku życia którego problem nie miałby charakteru (podłoża) religijnego i który nie był wyleczony, kiedy jego problem religijny został rozwiązany.

Teraz chciałbym powiedzieć o zdrowotnych korzyściach płynących z medytacji.

 

Pozytywny wpływ medytacji na zachowanie

Medytacja zwiększa koncentrację i uwagę. Powoduje że jesteś bardziej uważny, tak że możesz się bardziej skoncentrować na istotnych sprawach. Poprawia inteligencję, pamięć krótko i długotrwałą, oraz zdolność uczenia się. Daje spokojny stan ciała i emocji. Przynosi ulgę w przeszłych urazach. Uwalnia od uwarunkowań wcześniejszych doświadczeń na obecne zachowanie. Uwalnia energię psychiczną. Daje wolność od wcześniejszych wzorów zachowań. Medytacja daje otwartość dla różnych form uczenia się. Zwiększa percepcję wizualną, słuchową, rozróżniania tonów muzycznych. Zwiększa refleks. Zwiększa empatię, zdolność wysłuchiwania innych, wrażliwość, ustępliwość. Medytacja pomaga zaakceptować szerszy zakres potencjału człowieka. Redukuje ostry i przewlekły niepokój i lęk.

 

Zmiany subiektywne

Medytacja zwiększa wrażliwość na zdarzenia wewnętrzne i zewnętrzne. Daje równowagę ducha, spokój umysłu, dobre samopoczucie. Osoby praktykujące medytację odczuwają przyjemność, głęboki spokój, radość, ekstazę. Wzrasta energia.

 

Uzależnienia

Medytacja ma wpływ na uzależnienia. Redukuje tendencje do palenia, picia i używania substancji uzależniających. Stan relaksacji pomaga wyleczyć głód prowadzący do uzależnienia. Medytacja wzmacnia samokontrolę. Zmniejszenie stresu i napięcia, lęku i niepokoju, dobre samopoczucie fizyczne i psychiczne, zwiększona akceptacja siebie, zwiększona zdolność do dostosowania, zwiększona radość i spełnienie, są odpowiedzialne za zmniejszenie używania substancji uzależniających wśród osób uprawiających medytację. Osoby te zmieniają także swoje podejście i starają się innych zniechęcić do używania substancji uzależniających. Osoby regularnie praktykujące medytację przestają palić papierosy, pić alkohol i używać innych substancji uzależniających włączając: amfetaminę, barbiturany, haszysz, heroinę, kokainę, LSD, marihuanę, meskalinę, morfinę, opium, peyote.

 

Stres

Jeżeli nie umiesz sobie radzić ze stresem, to twój system nerwowy odpowiada na stres reakcją walka lub ucieczka. Taka odpowiedź powoduje wzrost akcji serca, przyspieszenie oddychania, wzrost ciśnienia krwi, wzrost napięcia mięśniowego. Na małe stresy odpowiadasz jak na stresy zagrażające życiu. Żyjesz w ciągłym napięciu. Prowadzi to do wyczerpania zasobów energetycznych organizmu oraz emocjonalnego wypalenia się. Nie dawanie sobie rady ze stresem niszczy poczucie własnej wartości oraz pewność siebie.

Stres powoduje wzrost poziomu kortyzolu. Kortyzol w prawidłowej ilości wzmaga odporność i wytrzymałość organizmu. Ale nadmiar kortyzolu jest szkodliwy. Objawy nadmiaru kortyzolu to: zaniki skóry, mięśni, osteoporoza, zanik systemu immunologicznego, zaniki mózgu, zaburzenia poziomu cukru we krwi, wzrost wagi. Kortyzol konkuruje z progesteronem o ten sam receptor i nadmiar kortyzolu hamuje działanie progesteronu. Następstwem tego może być zespół dominacji estrogenu, zespół napięcia przedmiesiączkowego, itp. Wzrasta także poziom prolaktyny pod wpływem stresu. Podwyższony poziom prolaktyny i prolaktinoma, guz przysadki produkujacy prolaktynę są coraz bardziej powszechne. Stres powoduje także wzrost poziomu estrogenu. Wzrasta także poziom aldosteronu. Powoduje on zatrzymanie sodu, utratę potasu i magnezu, zatrzymanie wody i nadciśnienie.

Medytacja jest naturalnym środkiem do radzenia sobie ze stresem i do uniknięcia niechcianych objawów oraz następstw stresu takich jak nadciśnienie, miażdżyca tętnic, atak serca, wylew, zwiększona wrażliwość na alergię, zakażenia, nowotwory. Redukuje napięcie mięśniowe, psychiczne, oraz niepokój. Osoby medytujące szybciej wracają do normy po ekspozycji na stres i wykazują mniejszą aktywację odpowiedzi na stres typu walka lub ucieczka. Poza tym medytacja daje wyraźną ulgę w bólu. Zmniejsza depresję.

U kobiet medytacja pomaga uregulować okres, gdyż istnieje głęboki związek pomiędzy stresem a zaburzeniami równowagi hormonalnej. Stres tłumi funkcję jajników i cykle menstruacyjne i powoduje negatywne uczucia co do bycia kobietą i poczucie mniejszości.

 

Stres jest przyczyną następujących schorzeń u kobiet:

alergii

bezpłodności

braku menstruacji

chorób autoimmunologicznych

chorób zakaźnych

zespołu napięcia przedmiesiączkowego

osteoporozy

poronień

przerostu endometrium

raka piersi

zapalenia pochwy

 

Dwóch amerykańskich psychiatrów Thomas Holmes i Richard Rahe na podstawie wywiadu z 394 osobami ułożyli listę głównych czynników powodujących stres poczynając od sytuacji najbardziej stresujących a kończąc na najmniej stresujących.

 

A oto lista powszechnych sytuacji stresowych:

śmierć współmałżonka

rozwód

separacja małżeńska

uwięzienie

śmierć bliskiego członka rodziny

wypadek lub choroba

małżeństwo

utrata pracy

pojednanie małżeńskie

przejście na emeryturę

choroba członka rodziny

ciąża

problemy seksualne

narodziny lub adopcja nowego członka rodziny

porządkowanie biznesu

zmiana pozycji finansowej

śmierć bliskiego przyjaciela

zmiana pracy

kłótnia ze współmałżonkiem

pożyczka lub dług na duży zakup

przejęcie własności z powodu niespłacenia długu

zmiana zakresu odpowiedzialności w pracy

dziecko opuszczające dom

problemy z zięciem, synową

wybitne osobiste osiągnięcie

współmałżonek zaczyna lub przestaje pracować

początek lub koniec szkoły

zmiana warunków życia

zmiana osobistych przyzwyczajeń

problemy z szefem

zmiana warunków lub godzin pracy

zmiana mieszkania

zmiana szkoły

zmiana w sposobach rekreacji

zmiana w zajęciach w kościele

zmiana w zajęciach towarzyskich

pożyczka lub spłata rat na mniejszy zakup

zmiana nawyków związanych z zasypianiem

zmiana w liczbie członków rodziny spotykających się razem

zmiana nawyków żywieniowych

wakacje

święta

drobne naruszenie prawa

 

Niepokój, lęk

Medytacja obniża poziom mleczanu. Mleczan powstaje w metaboliźmie mięsni szkieletowych i jest odpowiedzialny za niepokój, lęk. Jego wysoki poziom powoduje napady lęku. Poziom mleczanu spada w ciągu pierwszych 10 minut medytacji.

 

Napięcie mięśniowe

Podczas medytacji spada napięcie mięśniowe. Przyczynia się to do obniżenia poziomu hormonów związanych ze stresem, zwolnienia oddychania oraz do obniżenia zapotrzebowania na energię.

 

Medytacja i leczenie bólu

Medytacja redukuje przewlekły ból u osób którym nie pomogło tradycyjne leczenie. Pacjenci z bólem głowy, twarzy, pleców, szyi, ramion, bólami wieńcowymi, brzucha po praktyce medytacji czują ulgę w bólu. Pacjenci zażywają mniej leków przeciwbólowych. Wzrasta aktywność pacjentów, poczucie własnej wartości. Zmniejsza się niepokój, lęk i depresja.

 

Serce

Medytacja ma wpływ na nasze serce. Obniża spoczynkową akcję serca, ciśnienie krwi oraz poziom cholesterolu. Medytacja jest pomocna w leczeniu nadciśnienia, choroby wieńcowej, arytmii serca, obniża poziom cholesterolu. Obniżenie ciśnienia krwi i poziomu cholesterolu występuje niezależnie od zmian dietetycznych. Wzrasta przepływ krwi przez mózg, skórę, mięśnie szkieletowe. Wzrasta przemiana tlenowa w mięśniach.

 

Energia, zużycie tlenu

Medytacja zmniejsza zapotrzebowanie ciała na energię i tlen. Spadek zużycia tlenu wynosi 10-20 % i jest osiągany w ciągu pierwszych 3 minut medytacji. Podczas snu również spada zużycie tlenu. Jest to jednak spadek powolny. Dopiero po 4-5 godzinach snu zużycie tlenu spada o 8 % w porównaniu do stanu czuwania. Podczas medytacji następuje także spadek przemiany materii.

 

Mózg

W trakcie medytacji pojawiają się w zapisie EEG fale alfa. Są one charakterystyczne dla stanu relaksacji. Są związane z dobrym samopoczuciem. Nie występują one podczas snu. Medytacja powoduje także synchronizację aktywności falowej prawej i lewej półkuli mózgu oraz przedniej i tylnej części mózgu. Ma to pozytywny wpływ na twórczość. Medytacja powoduje podwyższoną świadomość, która jest odporna na przyzwyczajenie. Wykonano następujący eksperyment. Badano reakcję na dźwięk osoby praktykujące medytację zen i osoby nie praktykujące. Głośny dźwięk był powtarzany w odstępach przez dwadzieścia razy. Efekt na osoby nie praktykujące medytacji był malejący. Zapis fal mózgu pokazywał na początku reakcje na dźwięk w zapisie EEG. Po kilkakrotnym usłyszeniu dźwięku reakcja malała. W końcu osoba reagowała jakby nie słyszała dźwięku. Natomiast reakcja na dźwięk osoby medytującej zawsze była taka sama. Nawet dwudziesty raz dźwięk dawał taką samą reakcję. Osoba praktykująca medytację była czujna na dźwięk w każdym momencie.

 

Metabolizm

Podczas medytacji następuje obniżenie zużycia tlenu, zwolnienie oddychania, zmniejszenie akcji serca, spadek ciśnienia krwi, spadek poziomu mleczanu. Wskazuje to na zmniejszoną aktywność układu nerwowego sympatycznego. Medytacja jest stanem hipometabolicznym lub spoczynkowym organizmu. Z drugiej strony zmiany jakie wywołuje stres są przeciwne do stanu medytacji. Wzrasta aktywność układu nerwowego sympatycznego. Wzrasta zużycie tlenu, następuje przyśpieszenie oddychania, wzrost akcji serca, wzrost ciśnienia krwi. Jest to stan hipermetaboliczny. Może on powodować nadciśnienie, miażdżycę tętnic, atak serca, wylewy.

 

Obraz krwi

Podczas medytacji spada poziom hormonów kory nadnerczy (kortyzolu), mleczanu (do 33%), cholesterolu, TSH, prolaktyny. Poziom T3, T4 oraz insuliny pozostaje niezmienny. Wzrasta poziom białek osocza związany ze wzrostem syntezy białka przez wątrobę. Spadek poziomu mleczanu powoduje obniżenie ciśnienia krwi, obniżenie niepokoju, lęku.

 

Medytacja i rak

Medytacja pomaga chorym na raka. Pacjent łatwiej sobie radzi ze stresem wynikającym z choroby, zmniejsza się lęk, niepokój, i depresja. Pomaga też przezwyciężyć problemy z nudnościami i wymiotami z powodu chemioterapii. Medytacja jest stosowna szczególnie w leczeniu raka piersi i prostaty. W literaturze możemy znaleźć doniesienia o cofaniu się pod wpływem medytacji: raka piersi, raka odbytnicy, cofaniu się przerzutów z raka płuc, itp.

 

Zdrowie zębów

Medytacja korzystnie wpływa na zdrowie zębów. Zwiększa przezroczystość i klarowność śliny. Obniża poziom bakterii w ślinie. Poziom bakterii w ślinie wzrasta podczas stresu.

 

Medytacja i twórczość

Medytacja zwiększa potencjał twórczy poprzez przełamanie negatywnych bloków myślowych oraz umożliwienie powstania nowych związków myślowych.

 

Objawy uboczne medytacji

I jeszcze jedna wielka zaleta medytacji – nie ma ona objawów ubocznych.

 

Tomasz Nocuń, lekarz medycyny
Wszelkie prawa zastrzeżone przez Tomasza Nocunia
Copyright (c) by Tomasz Nocuń