Archiwa kategorii: Inni Autorzy

Stosowanie filozofii Zen w codziennym życiu – Hubert78

Filozofia Zen jest prosta. Po prostu utrzymuj jasny, uważny umysł z chwili na chwilę i przez to działaj właściwie, z satysfakcją. Taki styl życia zapewni Ci utrzymanie harmonii w życiu a przez to i uczucie szczęścia, satysfakcji. Samo działanie świadome jest już samo w sobie głęboko satysfakcjonujące. Nie ma tu potrzeby odwoływania się do Boga, metafizyki, ezoteryki, ale mimo swej filozofii skupienia się na konkrecie w tu i teraz myślę, że Zen jest również głeboką duchowością. To, czym zajmuje się Zen to bowiem również poznanie siebie, poznanie czym jesteśmy, czym jest umysł. Pytanie o samą egzystencję. Nazywa się to w Zen „wielkim pytaniem”. Gdy zadajesz wielkie pytanie np. „Czym jestem?” i pełen pasji szukasz odpowiedzi, to jesteś na ścieżce duchowej. Poznanie siebie, poznanie czym jesteśmy to najbardziej podstawowa zagadka. Mistycy twierdzą, że zanim nastąpi takie poznanie, nasze życie właściwie niewiele przypomina życie zwierząt, jest życiem we śnie. A więc pierwsze co mówią mistrzowie Zen: zadaj sobie Wielkie Pytanie i utrzymuj je w swym umyśle: „Czym jestem?”, „Czym jest życie?”, „Czym jest mój umysł?”, „Czym jest doświadczający tego wszystkiego?”.

I pojawi się ściana. Bo to jest zagadka, nikt tak naprawdę tego nie wie. Można wymyślać tysiące teorii, filozofii, ale samo zadanie sobie tego pytania szczerze już stawia Cię głęboko sam na sam z egzystencją, już jest głęboko duchowym aktem.

I jeśli jesteś szczery, nie wymyślasz za dużo, albo tylko obserwujesz te wymysły bez przywiązywania się do nich, pojawi się „nie wiem”.

Nie wiem czym jestem. Mam pewne teorie, tłumaczę sobie to jakoś, mam pewne wyjaśnienia, ale tak naprawdę ostatecznie to całe istnienie jest niezmierzoną zagadką.

Nie wiem. W tym momencie przekraczasz umysł. Stajesz nago wobec egzystencji.

Nazywa się to w Zen jasnym, albo czystym umysłem. Ale to nie koniec. Teraz przenieś ten jasny, czysty umysł do codziennego życia. Pojawia się sytuacja. Jak zareagować właściwie? Pojawia się relacja? Jak zareagować właściwie? Jaka jest właściwa funkcja tej sytuacji. Tu dopiero zaczyna się prawdziwa przygoda. Świadome życie z chwili na chwilę. Wszystko, co się pojawia warte jest pełnego przeżywania, głębokiego doświadczania, zrozumienia życia krok po kroku. Tu mistrzowie Zen zalecają by skupić się na tym, co robimy teraz w pełni. Czyli gdy masz chaos w umyśle, nie wiesz za co się zabrać, myślisz o wielu sprawach naraz, uporządkuj to sobie, zrób listę priorytetów i następnie krok po kroku poświęć się całkowicie poszczególnym działaniom ze swojej listy. Każdemu w swoim czasie.

I teraz znowu: kto tego doświadcza? Czym jest ten, który to wszystko przeżywa? Kim jest ten, kto chce przeżyć swoje życie świadomie i szczęśliwie?

I teraz codzienne życie: związki, praca. Zwykłe, codzienne sytuacje. Mistrzowie Zen zalecają kontakt z rzeczywistością, czyli to, co tu i teraz. A co to znaczy „tu i teraz”? Tu i teraz żyję, obejmuję moją percepcją to, co aktualnie się pojawia, dokładnie takie jakie jest. Wtedy jest możliwość także właściwej reakcji na sytuację, właściwego działania. Pojawia się głodny, dajesz mu jeść. Nie zastanawiasz się, działasz. Pojawia się potrzeba, realizujesz ją. Jesteś w Rzeczywistości. Takie życie jest bardzo konkretne. Jesteś w harmonii. Wymaga to jednak nieustannej praktyki, bo łatwo jest zatracić właściwy kierunek. Dlatego w Zen kładzie się nacisk na praktykę medytacji. Medytacja to ćwiczenie, które ma na celu uzyskanie i utrzymywanie jasnego, uważnego umysłu. Dzięki medytacji przyzwyczajasz się do tego, by żyć świadomie, harmonijnie, z jasnym umysłem. Z czasem medytacja nie będzie tylko ćwiczeniem w pozycji siedzącej. Zauważasz, że świadomy umysł zaczyna Ci towarzyszyć i wspierać Cię w codziennym życiu. W związkach, w pracy. To mogą być zupełnie zwyczajne sytuacje, w których już funkcjonujesz. Tu nie chodzi o jakieś ideały. Chodzi o przeniesienie świadomego umysłu do Twojego normalnego życia, które już prowadzisz. Objęcie świadomością tych dziedzin życia, które już są obecne w Twoim życiu. Dzięki temu więcej zrozumienia, więcej harmonii, skupienie się na skutecznym rozwiązywaniu problemów.

I jeszcze jedno. Dzięki takiemu świadomemu życiu zaczynasz promieniować szczególną energią. Ludzie świadomi, przytomni są prawdziwym skarbem dla tego świata. Można nawet nie wykonywać żadnej altruistycznej działalności, ale poprzez samo utrzymywanie świadomego, jasnego umysłu oddziaływuje się w sposób pozytywny i konstruktywny na otoczenie. Jest to pokazywanie jak można działać harmonijnie, świadomie, skutecznie. Jest to wyjątkowo cenna inspiracja dla innych ludzi, dla tych, którzy są zagubieni w nieprzytomnych wzorcach. Oczywiście Twoja praca wykonywana świadomie, uważnie ma dużą wartość i produkuje wysokiej jakości usługi i produkty, które są cenne dla klientów.

Czyli tak naprawdę nieważne co robisz, ważne jak robisz. Ważna jest jakość Twego umysłu, Twego funkcjonowania. Po prostu rób, co czujesz, co lubisz, ale rób to ze świadomym umysłem, w pełni. Takie życie daje Ci osobistą, głęboką satysfakcję, jak również bezcenną inspirację dla innych, którzy potrzebują takiego przykładu. I w cichy sposób po prostu dajesz to, co dobre, wysokiej jakości innym ludziom.

Hubert78

Czystość zen – Lemn

Czasem się mnie pytają – czym jest zen?

Za każdym razem mam inną odpowiedź.

Nie wiem jak można określić pustkę.

Nic stałego czy czegoś nieokreślonego nie przypisuje się do stałej definicji.

Być może dlatego najlepiej jest podawać za każdym razem inną odpowiedź.

Zawsze mówię to, co mi pierwsze przychodzi na myśl.

Najpierw to czuję, dopiero później staram się to przetłumaczyć na nasz język.

Słysząc słowo zen rozglądam się w około i w jednej chwili staję się świadomy całego piękna jakiego mogę doświadczyć.

Odczuwam zarazem coś wielkiego, przestrzeń o niezwykłej mocy i spokoju.

Jest to subtelne odczucie, bardzo delikatne i dające mi realną radość.

Teraz pytając się mnie o zen na myśl przychodzi mi jedno – czystość.

Czystość umysłu zen to lśniąca przezroczystością szyba, która doskonale pokazuje rzeczywistość – nie jest wybrudzona myślami.

Rzeczywistości nie sposób opisać – na jedną rzecz jest milion definicji i wszystkie są poprawne a można wymyśleć ich jeszcze nieskończenie wiele więcej.

Dlatego najlepiej nic nie mówić.

To jest właśnie ta czystość, która nie mąci obrazu.

Nie ma definicji, nie ma porównań, nie ma walki i nie ma czego poszukiwać.

Pozostaje tylko wielki spokój i czysty przekaz.

Dbajmy więc o czystość swojego umysłu.

Być sadhaką – Ananda Margii w Polsce – Balendra

Być Ananda Margi w Polsce… nie jest łatwo. Podjąłem drogę wiodącą od niedoskonałości do doskonałości.

W naszym kraju jestem sekciarzem, dziwakiem i nie wiem jak jeszcze postrzega się podobnych mi ludzi.

Jednak z radością kontynuję poruszanie sie po ścieżce jaką wybrałem.

Ostatnio miałem przyjemność być na wykładzie prowadzonym przez mistrza z Bhutanu, J. Ś. Gangteng Tulku Rinpocze odpowiedzialnego za ponad 25 klasztorów. Jest to mistrz buddyjsckiej tradycji Dzogczen.

Człowiek ten zwrócił uwagę na to, że w praktyce medytacyjnej prowadzącej do rozwoju osobowości człowieka, miłości do świata i inncyh żywych istot ważne jest służenie innym. Służba ludzkości jest także częścia praktyki, jest medytacją, utrzymywaniem ideału w umyśle.

Jako Ananda Margi także pragnę służyć ludziom, pomagać odnaleźć drogę tym którzy jej szukają tak jak ja niegdyś.

W dzisiejszym świecie jest wiele różnych rodzajów medytacji. Pamiętam jedną z wypowiedźi mojego Guru odoszącą sie do zagadnienia, która medytacja jest właściwa. Guru odpowiedział jednemu z uczniów, że medytacja, która rozwija w człowieku miłość do Boga, miłość do innych istot, do otaczającego swiata jest medytacją właściwą. Jeśli medytacja nie rozwija w nas tych uczuć należy poszukać innej ścieżki.

Jest to piękna wypowiedź, pełna akceptacji i tolerancji dla innych ścieżek, religii, wyznań, wartości itd..

Jestem zwyczajnym człowiekiem, takim samym jak Wy. Pracuję nad sobą od pewnego czasu, walczę z pokusami i przeciwnościami i ta walka nigdy się nie kończy ale jestem w niej coraz silniejszy i nie sprawia mi takich kłopotów jak na początku. Nie dajcie sobie wmówić, że wam się nie uda, że jesteście zwykli, że nie macie zdolności – przeciwnie, macie wszystko, co potrzeba by zmienić swoje życie, by stać się szczęśliwymi.

Depresyjne nastroje, poczucie braku celu w życiu – to wszystko przeżyłem i wiem że można to zmienić. Dajcie sobie czas, nie poddawajcie się nigdy, bądzcie zawsze walczący i zwyciężający swe słabości.

Mój Guru mówił, że życie to wartki strumień rzeki, a nie mętny staw. Życie – strumień będzie rozmywać wszystkie przeszkody na waszej drodze, ale musicie walczyć, kto przestaje walczyć tego życie staje się mętnym stawem i umiera. Dlatego żyjcie, bądzcie odważni.

 

Jestem zwykłym facetem, prowadzę normalne życie – normalne dla mnie.

Do dziewietnastego roku życia nic nie zdawało się wskazywać, że moje losy potoczą się tak, jak się potoczyły.

W 2002 roku zdałem maturę i nie wiedząc co począć z sobą, jak żyć, nie słysząć żadnego głosu mądrości w sobie, pełen lęku o przyszłość materialną wybrałem się za radą rodziców i siostry na studia prawnicze. Szybko okazało się, że te studia są ciężkie, stresujące i męczą mnie bardzo. Ginęła wszelka radość życia, uczyłem się czegoś co dla mnie było kompletną paranoją, co nie odpowiadało na moje najważniejsze pytania jak żyć, jak być szczęśliwym, gdzie tego szczęścia szukać. Po ciężkim pierwszym semestrze pełen wewnętrznych sprzeczności, bojąc się podjęcia jakiejkolwiek decyzji i nie wiedząc co robić pożyczyłem od kolegi książkę o tematyce psychologicznej a drugą o tematyce filozoficznej, egzystencjalnej – to był Ken wilber i książka „Niepodzielone”. Poczułem nagle, że moja uwaga się wyostrza i że chłonę te książki.które pożyczyłem. Uwierzyłem, że mogę w życiu robić coś, co sprawi mi przyjemność i pomoże innym. Postanowiłem zostawić studia prawnicze i nawet nie dotarłem na sesję letnią. Byłem pełen obaw czy postępuję słusznie, czy nie zmieniam swego życia w koszmar bo przecież po prawie miałem perspektywy, ludzi którzy mogli mi pomóc. Jednak wybrałem swoją drogę i zacząłem dwa nowe kierunki studiów : pierwszy to doradztwo psychospołeczne na Uniwersytecie Szczecińskim a drugi kierunek to pomoc psychologiczna w amerykańsko – rosyjskiej Akademii Intercollage.

Od kiedy byłem mały pamiętam wyraźnie, że bałem się śmierci – to bardzo wyraźne wspomnienie z niewielu wspomnień z mego dzieciństwa. Drugim podobnie mocnym i żywym było wspomnienie filmu o Gautanamie Buddzie i fascynacji duszą i jego naukami. W chwili obejrzenia tego filmu mogłem mieć 13 lat. Postanowiłem wtedy że będę medytował codziennie i próbowałem przez jakiś czas realizować swój zamiar ale wkrótce o nim zapomniałem. Jednak pytanie o Boga i duszę, o to kim jestem nadal żyło w mym umyśle.

Przeznaczenie upomniało się o mnie i dało mi szansę, gdy zrezygnowałem ze studiów prawniczych. Wtedy to przeżyłem wiele trudnych chwil. Począwszy od bezsensu istnienia, poczucia absurdu egzystencji, wołałem niemym krzykiem do Boga o pomoc. Spać nie mogłem, chodziłem smutny i zamyślony. Miłości prawdziwej nie mogłem odnaleźć a w obecnym związku byłem nieszczęśliwy. Nie chciałem ranic dłuzej osoby, która mnie kochała, bałem się rozstania i jeszcze większej samotności ale ostatecznie uwolniłem tą osobę od siebie. O dziwo poczułem się lepiej, wolny.

Przez rok od zakończenia związku a nawet już wcześniej zacząłem praktykować medytację. Z czasem doszła joga, do której brakowało mi siły woli by być systematycznym w ćwiczeniach. Zmieniłem dietę dotychczasową na wegetariańską.

Od momentu gdy zacząłem medytować a pragnienie Boga stawało się we mnie coraz wyraźniejsze i czystsze zaczęły pojawiać się piewsze problemy. Mieszkałem przecież z rodzicami, dla któych czymś dziwnym było medytowanie a dieta wegetariańska była zagrożeniem dla mego zdrowia. Matka szybko uznała, że jestem „w sekcie”. Ojciec wypowiadał sie bardziej stonowanie, a jako że interesował się żywieniem, to niczego złego nie widział w diecie wegetariańskiej chociaż wyznawał pogląd, że powinienem jeść mięso bo jeszcze dorastam. Martwili się o mnie, rozumiem ich uczucia. Ja jednak uparcie i wytrwale podżałem za tym co mi podpowiadało serce i rozum. Medytowałem nadal, jednak brak mi było prawdziwego mistrza duchowego, który nauczyłby mnie prawdziwej medytacji. Starałem się oddać Bogu wszystko, chciałem Go poznać, przestał mnie bawić ten świat. Wreszcie,splotem wielu okoliczności Bóg mnie przyciągnął. Okazało się, że w górach, koło Karpacza jest pewien hindus i uczy medytacji za darmo. Pojechałem w to miejsce i dostałem inicjację w medytacji. Jest to medytacja Ananda Marga, inicjacji udzielił mi aczarja Dada Vanditananda, a Guru który się mną opiekuje i prowadzi mnie na ścieżce duchowego postępu to Shrii Shrii Anandamurti.

Od tego momentu poczułem, że moje życie wpadło na właściwe tory.

Zacząłem wprowadzać zmainy w mym życiu z wielikim entuzjazmem. Zasady moralne, żywieniowe i stałą praktykę medytacyjną. Moje życie zmieniło się diametralnie. Satwało się coraz bardziej harmonijne wewnątrz mnie chociaż to była prawdziwa walka ze swymi słabościami, dawnymi skłonnościami. Na zewnątrz, moje kontakty z otoczenim uległy gwałtownej burzy i radykalnym zmianom. Nie przyciągały mnie dyskoteki, alkohol i robienie wielkich pieniędzy. Moi znajomi naturlanie się oddalali ode mnie. Byłem dla nich „inny”. Mnie to nie przeszkadzało, nawet było na rękę.

Gorzej było w domu. Stałem się obiektem drwin, bo udaję świętego, jestem na pewno w sekcie, uważam się za kogoś lepszego, a naprawdę to jestem lekko stuknięty i odbiło mi. Budząca się we mnie świadomość i bunt wobec takiej kategoryzacji, wobec stosowania w stosunku do mnie szantażów emocjonalnych, wobec pozycjonalnego układu mojej rodziny, gdzie nie liczyła się osobowość, a rola pełniona przez każdego, przypisana była człowiekowi gdy się rodzi, wobec braku poszanowania moich wartości i akceptacji moich wyborów dałem sobie spokój z przekonywaniem rodziców, że robię słusznie. Pozwoliłem im dokonać własnego wyboru. Nie pozostało mi nic innego jak żyć swoim życiem i zaakceptować to, że mogą oni mnie nie rozumieć. Wymagając od nich zrozumienia dla siebie byłbym wielkim egoistą. Postanowiłem że będę żył po swojemu a moi bliscy, gdy będą gotowi zobaczyć, że jestem szczęśliwy może zmienią zdanie.

Po studiach związanych z psychologią byłem świadom mechanizmów dzięki którym niszczymy sobie zycie, dzięki którym boimy się żyć po swojemu więc nie mogłem pozwolić sobie na błędy. Chciałem życ po swojemu. Wiedziałem dokąd zmierzam i nie zamierzałem zmieniać swego kursu.

Dziś nadal jestem prostym człowiekiem, medytuję i staram się pomagać innym ludziom – dalej podążam swoją scieżką.

Może kogoś z Was zainspiruje moja historia, a może ktoś odnajdzie w niej część swoich doświadczeń.

Namaskar!!!

 

P.s. Jeśli kogoś interesuje ścieżka jaką podążam – Ananda Marga („ścieżka błogości”) to moze nauczyć się medytacji od acaryi z Indii, Dady Vanditanandy, oczywiśćie za darmo. Taka tam prosta informacja dla tych co poszukują swojej drogi jak ja niegdyś, może ta okaże się dobra i dla was – www.anandamarga.pl pozdrawiam

List do Ciebie – autor anonimowy

MÓJ DROGI…, KOCHAM CIĘ!!! Kiedy otrzymasz ten list, rozejrzyj się wokół i pocałuj kogoś mówiąc mu: „Kocham Cię!”. Słowami tymi obdarzaj swoich bliskich i znajomych. List ten przyniesie ci szczęście, radość, miłość, sukcesy… wszystko co najlepsze. Przyniesie ci cud za cudem.

MYŚL JEST TWÓRCZA. Możesz więc uczynić wszystko swoimi myślami. W ciągu każdej doby poprzez twój umysł przepływa około 50.000 myśli. Przeciętny człowiek sam wytwarza około 25%, pozostałe dopływają do ciebie drogą telepatii od innych ludzi i z kosmosu. Za każdą myśl, którą wysyłasz, odpowiadasz ty sam. Każda bowiem pozytywna myśl tworzy szczęście, radość, dobro, piękno, sukcesy… Natomiast myśl negatywna przyczynia się do szerzenia zła, destrukcji, wojen…

Popatrz na swoje otoczenie, środowisko – efekt myśli twoich i twoich znajomych. Efekty twojego życia to wypadkowa twoich myśli pozytywnych i negatywnych. Od dnia dzisiejszego masz szansę dołączyć do twórców piękna, dobra, pokoju szczęścia, sukcesów… oczywiście poprzez twoje pozytywne myślenie. Jesteś w stanie zrealizować każde twoje pragnienie. Wystarczy wierzyć w to, że wszystko jest możliwe i wykreować to. Można narysować czy opisać, co chcesz i… głęboko oddychając w pełnym relaksie podziękować Bogu, że to już masz. Powtarzasz to aż do skutku.

Pamiętaj: myśl jest twórcza! Odtąd twoje życie jest jednym cudem za drugim. Tworzysz je sam swoimi pozytywnymi myślami.

Niechaj szczęście, pokój, radość, sukcesy… wszystko co piękne i dobre, Boskie, rozprzestrzenia się w życiu Twoim i twoich bliskich, w naszym kraju, w świecie.

KOCHAM ciebie I CAŁY ŚWIAT. Ty również kochaj siebie i wszystko co cię otacza. Jesteś cudownym darem dla świata i świat jest cudownym darem dla Ciebie. Wszystko co dajesz, wraca do ciebie pomnożone. Bądź więc Bosko hojny i Bosko szczodry. Od tej chwili wszystko co najlepsze należy do Ciebie, bo ty tak chcesz i tworzysz swoimi pozytywnymi myślami. Bądź szczęśliwy – to twoja droga. Zaproś do tej wspaniałej zabawy swoich bliskich i znajomych, wysyłając kopię tego listu tym, którym życzysz jak najlepiej. Niech cuda zdarzają się również w ich życiu. Niech oni również świadomie tworzą swoje życie, swoje szczęście.

Wszystko co nie jest miłością jest wołaniem o pomoc. Niech więc w twoim życiu i otoczenia zawsze towarzyszą Ci:

PRAWDA, PROSTOTA, i MIŁOŚĆ.

Poprzez światło – Mellen-Thomas Benedict

Mellen-Thomas BenedictMellen-Thomas Benedict jest artystą, który przeżył śmierć w 1982r. Był martwy przez ponad półtorej godziny, w ciągu której opuścił ciało i udał się w kierunku Światła. Ponieważ ciekawił go Wszechświat, został zabrany w jego odległe rejony, a nawet dalej – w energetyczną Pustkę Nicości poza Wielkim Wybuchem. Komentując jego doświadczenie, Dr. Kenneth Ring powiedział:„Jego historia jest jedną z najbardziej niezwykłych, z jakimi zetknąłem się w trakcie swoich rozległych badań nad doświadczeniami śmierci klinicznej”.

Droga ku śmierci

W 1982 doświadczyłem śmierci spowodowanej nieuleczalnym nowotworem, którego nie można było zoperować, a z kolei jakakolwiek chemioterapia zrobiłaby jedynie ze mnie warzywo. Lekarze dawali mi sześć do ośmiu miesięcy życia. W latach 70-tych interesowałem się informacją, czytając o kryzysie nuklearnym, ekologicznym i innych, stopniowo traciłem nadzieję i ogarniało mnie zniechęcenie. Ponieważ nie miałem podstaw duchowych, zacząłem wierzyć, że natura pomyliła się i że prawdopodobnie byliśmy rakiem na naszej planecie. Nie widziałem rozwiązania żadnego z problemów, które sami stworzyliśmy sobie i naszej planecie. Uważałem wszystkich ludzi za raka i dostałem raka. Właśnie to mnie zabiło. Uważaj, jaki masz pogląd na życie. Może się on odbić na tobie, zwłaszcza jeśli jest negatywny. Mój był bardzo negatywny. To właśnie doprowadziło do mojej śmierci. Wypróbowałem różne rodzaje alternatywnych metod leczenia, ale nic nie poskutkowało.

Tak więc postanowiłem, że to sprawa tylko miedzy mną a Bogiem. Nigdy wcześniej nie stanąłem twarzą twarz z Bogiem, nigdy nie miałem z nim do czynienia. Nie interesowałam się wówczas duchowością, ale wyruszyłem w podróż, by dowiedzieć się jak najwięcej na ten temat oraz na temat alternatywnych metod leczenia. Zacząłem czytać wszystko, co wpadło mi w ręce i zagłębiłem się w to, ponieważ nie chciałem, by spotkała mnie niespodzianka po drugiej stronie. Zacząłem więc czytać o różnych religiach i filozofiach. Wszystkie były bardzo interesujące i dawały nadzieję, że jest coś po drugiej stronie.

Z drugiej strony jako niezależny artysta tworzący witraże, nie miałem żadnego ubezpieczenia zdrowotnego. Oszczędności całego mojego życia wydałem w jednej chwili na badania medyczne. Następnie leczyłem się, nie mając ubezpieczenia. Nie chciałem narażać rodziny na problemy finansowe, zdecydowałem więc, że sam się tym zajmę. Ból nie trwał bez przerwy, ale były chwile, kiedy byłem zamroczony. Doszło do tego, że bałem się jeździć i w końcu wylądowałem w hospicjum. Miałem tam swoją opiekunkę, która była przy mnie w ostatnich chwilach. Obecność tego anioła, zesłanego mi przez Boga, była dla mnie błogosławieństwem. Trwało to około 18 miesięcy. Nie chciałem jednak brać leków przeciwbólowych, bo pragnąłem zachować świadomość na tyle, na ile to było możliwe. Następnie doświadczyłem takiego bólu, że nie istniało nic poza nim, na szczęście ataki trwały tylko po kilka dni.

Światło Boga

Pamiętam, że obudziłem się któregoś ranka w domu około 4:30 i po prostu wiedziałem, że nadszedł koniec. To był dzień, kiedy miałem umrzeć. Zadzwoniłem do kilku przyjaciół, aby się pożegnać. Obudziłem swoją opiekunkę z hospicjum i uprzedziłem ją. Ponieważ przeczytałem, że kiedy się umiera dzieją się różne ciekawe rzeczy, umówiłem się z nią, że po mojej śmierci zostawi moje ciało na sześć godzin. Znowu zasnąłem. Następne, co pamiętam, to początek typowej śmierci klinicznej. Nagle byłem w pełni świadomy i stałem, choć moje ciało spoczywało w łóżku. Otaczała mnie ciemność. Kiedy byłem poza ciałem, wszystko było bardziej wyraźne niż normalnie. Było tak wyraźne, że widziałem każdy pokój w domu, strych, okolice domu, i to, co znajdowało się pod nim.

Zobaczyłem Światło i zwróciłem się ku niemu. Było bardzo podobne do tego, które ludzie opisują w swoich relacjach o śmierci klinicznej. Było takie wspaniałe. Można go dotknąć, można go poczuć. Przyciąga do siebie – chcesz podejść do niego, tak jak podszedłbyś do idealnej matki lub ojca, by Cię przytulili. W miarę jak zbliżałem się do Światła, wiedziałem intuicyjnie, że jeśli wejdę w nie, to umrę. Tak więc zbliżając się, powiedziałem: „Proszę, poczekaj chwilę, moment. Chcę to przemyśleć; chciałbym z Tobą porozmawiać zanim pójdę dalej”.

Ku mojemu zaskoczeniu, całe doświadczenie zatrzymało się w tym punkcie. W rzeczywistości mamy kontrolę nad swoją śmiercią. To nie jest karuzela, której nie można zatrzymać. Moja prośba została spełniona i odbyłem klika rozmów ze Światłem. Światło przybierało różne postacie, np. Jezusa, Buddy, Kriszny, mandali, archetypów i znaków.

Zapytałem Światło: „Co tu się dzieje? Proszę, Światło, wyjaśnij mi, kim jesteś. Chcę wiedzieć, co jest rzeczywiste”.

Nie potrafię przytoczyć dokładnych słów, bo to był rodzaj telepatii. Światło odpowiedziało, przekazując mi informację, że to, co dzieje się, kiedy spotykamy się ze Światłem, zależy od naszych poglądów. Jeśli jesteś Buddystą, Katolikiem lub Muzułmańskim fundamentalistą, to dostajesz to, w co wierzysz. Masz szansę, by przyjrzeć się temu i zbadać to, ale większość ludzi z niej nie korzysta. Gdy objawiło się Światło, uświadomiłem sobie, że w rzeczywistości widzę matrycę Wyższego Ja. Mogę tylko powiedzieć, że przybrało postać matrycy, mandali ludzkich dusz, i ujrzałem, że to, co nazywamy Wyższym Ja, jest matrycą. Jest to również nasze połączenie ze Źródłem; każdy z nas pochodzi bezpośrednio ze Źródła, jest jego bezpośrednim doświadczeniem. Wszyscy mamy Wyższe Ja, coś, co stoi ponad naszą duszą. Objawiło mi się ono w swojej najprawdziwszej formie energetycznej. Mogę to jedynie opisać w taki sposób, że Wyższe Ja przypomina połączenie/przewód. Nie przypominało go z wyglądu, ale jest to bezpośrednie połączenie ze Źródłem, które jest w każdym z nas. Jesteśmy bezpośrednio połączeni ze Źródłem. Tak więc Światło pokazało mi matrycę Wyższego Ja. I uzmysłowiłem sobie wyraźnie, że wszystkie Wyższe Ja są połączone ze sobą w jedno, wszyscy ludzie są jednością, jesteśmy w rzeczywistości jedną istotą, różnymi jej aspektami. Nie chodziło tu o jakąś konkretną religię. Właśnie takie informacje dostałem. I zobaczyłem tę mandalę ludzkich dusz. To była najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem. Wszedłem w nią i całkowicie mnie pochłonęła. To było jakbyś otrzymał całą miłość, jakiej kiedykolwiek pragnąłeś, i to taką miłość, która leczy, uzdrawia i regeneruje.

Kiedy tak prosiłem Światło o wyjaśnienia, zrozumiałem, czym jest matryca Wyższego Ja. Wokół Ziemi istnieje sieć stworzona ze wszystkich połączonych ze sobą Wyższych Ja. To jak wielkie przedsiębiorstwo, kolejny wyższy poziom energii subtelnej otaczającej nas, jeśli można tak powiedzieć. Następnie, po kilku minutach, poprosiłem o dalsze wyjaśnienia. Naprawdę chciałem wiedzieć, o co chodzi we Wszechświecie, i tym razem byłem gotów do podróży.

Powiedziałem: „Jestem gotów, zabierz mnie”.

Wtedy Światło zamieniło się w najpiękniejszą rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem: w mandalę ludzkich dusz na tej planecie. Wcześniej podchodziłem do wszystkiego, co działo się na Ziemi, bardzo negatywnie. Kiedy więc poprosiłem Światło o wyjaśnienia, ujrzałem dzięki tej cudownej mandali, jak piękni wszyscy jesteśmy w swej istocie. Jesteśmy najpiękniejszymi stworzeniami. Ludzka dusza, ludzka matryca, którą wspólnie tworzymy jest absolutnie fantastyczna, elegancka, egzotyczna, jest wszystkim. Nie jestem w stanie wyrazić, jak zmieniło to mój pogląd na istoty ludzkie w tej chwili.

Powiedziałem: „Oh, Boże, nie wiedziałem, jacy jesteśmy piękni”.

Na jakimkolwiek jesteś poziomie, wysokim czy niskim, jakąkolwiek postać przybrałeś, jesteś najpiękniejszym stworzeniem, naprawdę. Zaskoczyło mnie to, że żadna dusza nie była zła.

Zapytałem: „Jak to możliwe?”.

W odpowiedzi usłyszałem, że żadna dusza nie jest z natury zła. Straszne rzeczy, które przydarzają się ludziom, sprawiają, że robią oni złe rzeczy, ale ich dusze nie są złe. Światło powiedziało mi, że to, czego wszyscy szukają, to, co daje im siłę, to miłość. To, co ich niszczy, to brak miłości.

 

Wydawało mi się, że objawieniom pochodzącym od światła nie ma końca i wtedy zapytałem Je: „Czy to znaczy, że ludzkość zostanie zbawiona?”.

Wtedy, jakby w dźwięku trąby pośród deszczu spiralnych świateł, Wielkie Światło przemówiło: „Pamiętaj i nigdy o tym nie zapominaj; sami się zbawiacie, ocalacie i leczycie. Zawsze tak było. Zawsze tak będzie. Zostaliście stworzeni tak, byście mieli tę moc jeszcze zanim powstał świat”.

 

W tej chwili zrozumiałem nawet więcej. Zrozumiałem, że JUŻ ZOSTALIŚMY ZBAWIENI, ocaliliśmy siebie, ponieważ zostaliśmy stworzeni tak, byśmy się sami udoskonalali i „naprawiali”, podobnie jak reszta Boskiego Wszechświata. Podziękowałem Boskiemu Światłu z całego serca. Przyszły mi jedynie na myśl te proste słowa absolutnej wdzięczności: „O drogi Boże, drogi Wszechświecie, droga Wspaniała Jaźni, kocham swoje Życie”. Wydawało się, że Światło wdycha mnie coraz głębiej. To było uczucie, jakby Światło wchłaniało mnie całkowicie. Po dziś dzień nie potrafię opisać Światła Miłości. Wszedłem w inny wymiar, jeszcze głębszy, i stałem się świadomy czegoś więcej, o wiele więcej. Był to potężny strumień Światła, wielki i pełny, głęboko w Sercu Życia.

Zapytałem: „Co to jest?”.

 

Światło odrzekło: „To jest RZEKA ŻYCIA. Wypełnij nią swe serce po brzegi”.

Tak zrobiłem. Wziąłem jeden duży łyk, potem następny. Pić Samo Życie! Byłem w ekstazie.

 

Wtedy Światło powiedziało: „Masz życzenie”.

Wiedziało wszystko o mnie, znało całą moją przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.

 

„Tak!” – wyszeptałem.

 

Chciałem zobaczyć resztę Wszechświata; to, co jest poza układem słonecznym, poza ludzkimi iluzjami. Wtedy Światło powiedziało mi, że mogę dać się ponieść Nurtowi. Tak zrobiłem i Światło przeniosło mnie na koniec tunelu. Poczułem i usłyszałem całą serię bardzo delikatnych uderzeń dźwiękowych*. Co za szybkość!

Pustka Nicości

Nagle zacząłem oddalać się z zawrotną prędkością od Ziemi z nurtem Życia, widząc, jak planeta znika mi z oczu. Układ słoneczny, w całym swym majestacie, śmignął mi przed oczami i zniknął. Poruszając się z prędkością szybszą od prędkości światła, przeleciałem przez środek galaktyki, dowiadując się po drodze nowych rzeczy. Przekonałem się, że ta galaktyka, jak i reszta Wszechświata, tętni ŻYCIEM, różnymi jego odmianami. Widziałem wiele światów. Dobra wiadomość – nie jesteśmy sami we Wszechświecie! Kiedy płynąłem strumieniem świadomości przez środek galaktyki, przekształcił się on w niezwykłą falę energetyczną zbudowaną z fraktali. Mijałem wielkie grupy galaktyk, zawierające w sobie starożytną mądrość. Najpierw myślałem, że dokądś zmierzam, podróżuję. Ale wtedy zrozumiałem, w miarę jak strumień powiększa się i rozszerza, poszerza się również moja świadomość, obejmując wszystko we Wszechświecie! Mijałem wszystko, co zostało stworzone. To był niewyobrażalny cud!

 

Wszystko, co zostało stworzone, zdawało się mijać mnie z zawrotną prędkością i znikać w Świetlnych cętkach. Niemal natychmiast pojawiało się kolejne Światło. Nadchodziło ze wszystkich stron i było tak odmienne; Światło stworzone z czegoś więcej niż wszystkie częstotliwości Wszechświata. Ponownie czułem i słyszałem kilka razy aksamitne uderzenia dźwiękowe. Moja świadomość, czy też istota, rozszerzała się, by połączyć się z całym Wszechświatem Holograficznym, a nawet czymś więcej. Kiedy mijałem drugie Światło, pojawiła się we mnie świadomość, że właśnie przekroczyłem Prawdę. Nie potrafię tego lepiej wyrazić słowami, ale postaram się to wyjaśnić. Kiedy wkroczyłem w strefę drugiego Światła, wyszedłem poza pierwsze Światło. Znalazłem się w głębokim bezruchu, poza wszelką ciszą. Widziałem i postrzegałem WIECZNOŚĆ, poza Nieskończonością.

 

Byłem w Pustce.

 

Byłem w tym, co istniało przed stworzeniem, przed Wielkim Wybuchem. Przekroczyłem początek czasu – Pierwszy Świat – Pierwszą Wibrację. Byłem w Oku Stworzenia. Czułem się, jakbym dotykał twarzy Boga. To nie było doznanie religijne. Po prostu stanowiłem jedność z Najwyższym Życiem i Świadomością.

 

Mówiąc, że widziałem lub postrzegałem wieczność, mam na myśli, że doświadczałem całego stworzenia tworzącego samego siebie. Nie było początku ani końca. To myśl, która poszerza umysł, prawda? Naukowcy uważają, że Wielki Wybuch był pojedynczym wydarzeniem, dzięki któremu powstał Świat. Ja widziałem, że Wielki Wybuch jest tylko jednym z nieskończenie wielu takich samych Wybuchów, poprzez które Wszechświaty stwarzane są nieustannie i jednocześnie. Jedyne obrazy w miarę bliskie naszym kategoriom, które to oddają, to obrazy tworzone za pomocą superkomputerów przy użyciu równań geometrii fraktali.

 

Starożytni wiedzieli o tym. Twierdzili, że Bóg co jakiś czas stwarza nowe Wszechświaty poprzez wydech i de-konstruuje inne poprzez wdech. Te epoki nazywane są Jugami. Współczesna nauka nazywa to Wielkim Wybuchem. Przebywałem w absolutnej, czystej świadomości. Widziałem, obserwowałem wszystkie Wielkie Wybuchy czy też Jugi tworzące i de-konstruujące siebie. Natychmiast wszedłem w nie wszystkie jednocześnie. Ujrzałem, że każda najmniejsza cząsteczka stworzenia posiada moc, by tworzyć. Bardzo trudno to wyjaśnić. Wciąż brak mi słów, by to wyrazić.

 

Dopiero po wielu latach od powrotu znalazłem jakieś słowa, które oddają doświadczenie Pustki. Teraz mogę wam powiedzieć: Pustka to mniej niż nic, a jednak to coś więcej niż wszystko, co istnieje! Pustka jest zerem absolutnym; chaosem, w którym powstają wszystkie możliwości. To jest Absolutna Świadomość; coś o wiele więcej niż nawet Uniwersalna Inteligencja.

 

Gdzie jest ta pustka? Wiem. Ta Pustka jest wewnątrz i na zewnątrz wszystkiego. Ty sam, właśnie teraz, choć żyjesz, zawsze jesteś jednocześnie wewnątrz i na zewnątrz pustki. Nie musisz nigdzie iść ani umierać, by się do niej dostać. Pustka jest próżnią lub nicością istniejącą pomiędzy wszystkim, co posiada formę fizyczną. PRZESTRZEŃ pomiędzy atomami i ich składnikami. Współczesna nauka zaczęła badać tę przestrzeń pomiędzy wszystkim. Nazywają to punktem zerowym (Zero-point). Gdy tylko próbują go zmierzyć, wskaźnikom przyrządów zaczyna brakować skali, innymi słowy – zmierzają ku nieskończoności. Jak na razie nie znają sposobu, by dokładnie zmierzyć nieskończoność. Więcej jest przestrzeni zerowej w twoim ciele i całym Wszechświecie niż czegokolwiek innego!

 

To, co mistycy nazywają Pustką, nie jest nią. Jest tak pełna energii, energii innego rodzaju, która stworzyła wszystko, czym jesteśmy. Od czasu Wielkiego Wybuchu wszystko jest wibracją, począwszy od pierwszego Słowa, które jest pierwszą wibracją. Po biblijnym „Jam Jest” w rzeczywistości jest znak zapytania.„Jam Jest – Czym Jestem?” Tak więc to, co istnieje, jest Bogiem, który poznaje Własną Jaźń w każdy sposób, jaki można sobie wyobrazić, w nieustannym nieskończonym procesie poznawania poprzez każdego z nas. Poprzez każdy włos na twojej głowie, poprzez każdy liść na każdym drzewie, poprzez każdy atom Bóg bada Boską Jaźń, wielkie „Jam Jest”. Ujrzałem, że wszystko, co istnieje, jest Jaźnią, dosłownie, twoją Jaźnią, moją Jaźnią. Wszystko jest wielką Jaźnią. Właśnie dlatego Bóg wie, nawet kiedy opada liść. Jest to możliwe, ponieważ gdziekolwiek jesteś, tam jest centrum Wszechświata. Gdziekolwiek znajduje się jakikolwiek atom, tam jest centrum Wszechświata. Jest w nim Bóg i jest Bóg w Pustce.

 

Kiedy poznawałem Pustkę i wszystkie Jugi, czy też całe stworzenie, istniałem całkowicie poza czasem i przestrzenią w takiej formie, w jakiej my je znamy. W tym stanie poszerzonej świadomości odkryłem, że to, co zostało stworzone, jest Absolutnie Czystą Świadomością lub Bogiem, Doświadczającym Życia takiego, jakim je znamy. Pustka sama w sobie pozbawiona jest doświadczenia. To stan przed-życiem, sprzed pierwszej wibracji. Bóg to coś więcej niż tylko Życie i Śmierć. Dlatego we Wszechświecie można doświadczać czegoś więcej niż tylko Życia i Śmierci!

 

Byłem w Pustce i byłem świadomy wszystkiego, co kiedykolwiek zostało stworzone. To było jakby patrzenie oczyma Boga. Stałem się Bogiem. Nagle nie byłem już sobą. Jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że patrzyłem oczyma Boga. Nagle znałem przyczynę istnienia każdego atomu i widziałem wszystko. Interesujące jest to, że kiedy wszedłem w Pustkę, powróciłem ze zrozumieniem, że Bóg nie istnieje gdzieś tam. Bóg jest tutaj. Właśnie o to chodzi. Ludzie ciągle gdzieś szukają Boga… a Bóg dał nam wszystko, wszystko jest tutaj, właśnie tutaj. I teraz jesteśmy Bogiem, który poprzez nas poznaje Samego Siebie. Ludzie są tak zajęci, próbując stać się Bogiem, że powinni zrozumieć, iż już jesteśmy Bogiem, a Bóg staje się nami. Właśnie o to chodzi w rzeczywistości.

Kiedy pojąłem to, nie miałem już co robić w Pustce i chciałem wrócić do stworzenia lub Jugi. Wydawało się to być naturalną koleją rzeczy. Wówczas nagle powróciłem poprzez drugie Światło lub Wielki Wybuch, słysząc kolejne aksamitne odgłosy uderzeń dźwiękowych. Poruszałem się wraz ze strumieniem świadomości z powrotem poprzez wszystko, co istniało – co to była za przejażdżka! Wielkie skupiska galaktyk przechodziły przeze mnie, a ja doświadczałem jeszcze więcej. Przekroczyłem centrum naszej galaktyki, które jest czarną dziurą. Czarne Dziury to wielkie procesory lub też urządzenia do przetwarzania Wszechświata. Wiecie co jest po drugiej stronie Czarnej Dziury? My; nasza galaktyka, która została przetworzona z innego Wszechświata. W swej całkowitej konfiguracji energetycznej galaktyka wyglądała jak fantastyczne świetlne miasto. Cała energia po tej stronie Wielkiego Wybuchu jest światłem. Każda cząsteczka, atom, gwiazda, planeta, nawet sama świadomość stworzona jest ze światła, posiada częstotliwość i/lub jest cząsteczką. Światło żyje. Wszystko stworzone jest ze światła, nawet kamienie. Tak więc wszystko żyje. Wszystko zostało stworzone ze Światła Boga; wszystko jest bardzo inteligentne.

Światło miłości

Kiedy tak podążałem z nurtem strumienia, zobaczyłem w końcu, jak zbliża się wielka Światłość. Wiedziałem, że to było Pierwsze Światło – Świetlna Matryca Wyższego Ja naszego układu słonecznego. Wtedy cały układ słoneczny pojawił się w Świetle, czemu towarzyszyły aksamitne uderzenia dźwiękowe.

Ujrzałem, że nasz układ słoneczny, w którym żyjemy, jest naszym większym, lokalnym ciałem. To nasze ciało lokalne i jesteśmy o wiele więksi, niż nam się wydaje. Zobaczyłem, że układ słoneczny to nasze ciało. Jestem jego częścią, a Ziemia jest nami, częścią tego czegoś wielkiego, co zostało stworzone, a my jesteśmy częścią tego, co wie, że istnieje. Ale jesteśmy tylko częścią. Nie jesteśmy wszystkim, ale jesteśmy tą częścią, która wie, że istnieje.

Widziałem całą energię, jaką wytwarza nasz układ słoneczny, i jest to niewiarygodny pokaz świetlny! Słyszałem Muzykę Sfer. Nasz układ słoneczny, podobnie jak wszystkie inne ciała niebieskie, wytwarza unikalną matrycę światła, dźwięku oraz energii wibracji. Zaawansowane cywilizacje z innych systemów gwiezdnych umieją dostrzec we Wszechświecie życie, takie jak my je pojmujemy dzięki wibracyjnemu lub energetycznemu odciskowi matrycy. To dziecinna zabawa. Cudowne Dzieci Ziemi (ludzkie istoty) obecnie wytwarzają mnóstwo dźwięku, jak dzieci bawiące się na podwórku Wszechświata.

Bezpośrednio z nurtem strumienia dotarłem do środka Światła. Poczułem, jakby Światło mnie objęło, kiedy znowu wchłonęło mnie ono swym oddechem, po czym nastąpiła seria delikatnych uderzeń dźwiękowych.

Przebywałem w tym wielkim Świetle Miłości, a strumień życia przepływał przeze mnie. Muszę to powtórzyć: to najbardziej pełne miłości Światło, w którym nie ma ni cienia krytyki. To idealny rodzic dla Cudownego Dziecka.

 

„Co teraz?” – zastanawiałem się.

 

Światło wyjaśniło mi, że nie ma śmierci; jesteśmy nieśmiertelnymi istotami. Żyjemy od zawsze! Pojąłem, że jesteśmy częścią naturalnego systemu życia, który sam się odnawia nieustannie. Nigdy mi nie powiedziano, że muszę wrócić. Po prostu wiedziałem, że tak będzie. To było po prostu oczywiste, z tego, co widziałem.

 

Nie wiem jak długo przebywałem ze Światłem z punktu widzenia ziemskiego czasu. Lecz nadszedł moment, kiedy pojąłem, że dostałem odpowiedź na wszystkie swoje pytania i nadszedł czas powrotu. Mówiąc, że po tamtej stronie dostałem odpowiedź na wszystkie swoje pytania, dokładnie to mam na myśli. Dostałem odpowiedź na wszystkie pytania. Każdy człowiek ma inne życie i swój zestaw pytań, na które musi znaleźć odpowiedź. Niektóre pytania są uniwersalne, lecz każdy z nas bada to, co nazywamy Życiem, na swój własny, wyjątkowy sposób. To samo odnosi się do każdej innej formy życia, od gór do każdego listka na każdym drzewie.

Jest to bardzo ważne dla nas wszystkich w tym Wszechświecie, dlatego że wszystko składa się na Wielki Obraz, pełnię Życia. Jesteśmy Bogiem, w dosłownym tego znaczeniu, który bada Swoją Jaźń poprzez nieskończony Taniec Życia. Twoja wyjątkowość wspiera całość Życia.

Powrót na ziemię

Kiedy zacząłem powracać do tego cyklu życia, nigdy nie przyszło mi do głowy, nikt też mi tego nie powiedział, że powrócę do tego samego ciała. To po prostu nie miało znaczenia. Pokładałem całkowitą ufność w Świetle i procesie Życia. Kiedy strumień połączył się z wielkim Światłem poprosiłem o to, bym nigdy nie zapomniał tego, co zostało mi objawione ani odczuć tego, czego nauczyłem się po drugiej stronie.

Odpowiedź brzmiała: „Tak”.

Było to jak pocałunek dla mojej duszy.

Potem Światło zabrało mnie z powrotem w sferę wibracji. Cały proces przebiegł ponownie w odwrotnym kierunku i dowiedziałem się jeszcze więcej. Wróciłem do domu. To była lekcja na temat tego, jak działa reinkarnacja. Dostałem odpowiedź na wszystkie swoje pytania, choćby te najbardziej błahe: „Jak działa to? Jak działa tamto?”. Wiedziałem, że odrodzę się. Ziemia to wielki przetwarzacz energii, z którego indywidualna świadomość ewoluuje w każdego z nas. Po raz pierwszy pomyślałem o sobie jak o człowieku i byłem szczęśliwy, że nim jestem. Z tego, co widziałem, byłbym szczęśliwy, będąc atomem w tym Wszechświecie. Atomem. A być częścią Boga jako człowiek to… najwspanialsze błogosławieństwo. To błogosławieństwo, które przekracza nasze najśmielsze oczekiwania i pojęcie. Dla każdego z nas udział w tym doświadczeniu jako ludzka istota jest cudowny i wspaniały. Każdy z nas, bez względu na to gdzie jesteśmy, czy jesteśmy szczęśliwi czy nie, jest błogosławieństwem dla planety, właśnie tu gdzie jest.

Przeszedłem więc przez proces reinkarnacji, spodziewając się, że odrodzę się gdzieś jako niemowlę. Ale „dostałem nauczkę” w kwestii tego, jak indywidualna tożsamość i świadomość ewoluują. Wróciłem z powrotem do swojego ciała. Byłem bardzo zaskoczony, kiedy otworzyłem oczy. Nie wiem dlaczego, ale to była taka niespodzianka wrócić z powrotem do tego ciała, do mojego pokoju i zobaczyć kogoś, kto wypłakiwał sobie nade mną oczy. To była moja opiekunka z hospicjum. Poddała się półtorej godziny po tym, jak odnalazła mnie martwego. Była pewna, że nie żyję; były wszystkie oznaki śmierci – sztywniałem. Nie wiemy, jak długo byłem martwy, ale wiemy, że minęło półtorej godziny od momentu, kiedy mnie znalazła. Na tyle na ile mogła, uszanowała moje życzenie, by moje ciało zostawić tuż po śmierci na kilka godzin. Mieliśmy specjalny stetoskop i wiele sposobów kontroli podstawowych funkcji życiowych, by stwierdzić, co się działo. Może potwierdzić, że naprawdę byłem martwy. To nie była śmierć kliniczna. Przez co najmniej półtorej godziny doświadczyłem śmierci. Znalazła mnie martwego i zbadała przy pomocy stetoskopu, zbadała ciśnienie i monitorowała serce przez półtorej godziny. Potem przebudziłem się i zobaczyłem światło na zewnątrz. Próbowałem wstać, by podejść do niego, ale wypadłem z łóżka. Wtedy usłyszała głośny „łomot”, wbiegła do pokoju i znalazła mnie na podłodze.

Kiedy doszedłem do siebie, byłem bardzo zaskoczony, a jednocześnie zafascynowany tym, co mi się przytrafiło. Na początku nie pamiętałem nic z podróży, którą odbyłem. Byłem na wpół świadomy i ciągle pytałem: „Czy ja żyję?”. Ten świat był dla mnie bardziej snem niż tamten. W ciągu trzech dni zacząłem powracać do normy, czuć się normalnie, myśleć jaśniej, a mimo to czułem się inaczej niż w ciągu całego mojego życia. Pamięć mojej podróży powróciła później. Nie dostrzegałem zła w żadnej ludzkiej istocie. Wcześniej byłem bardzo krytyczny. Myślałem, że większość ludzi ma nierówno pod sufitem, w rzeczywistości myślałem, że wszyscy mają nierówno pod sufitem poza mną. Ale wszystko to mi się wyjaśniło.

Mniej więcej trzy miesiące później przyjaciel poradził mi, że powinienem przebadać się, więc poszedłem i zrobiłem wszystkie badania. Naprawdę czułem się dobrze, jednak bałem się, że wiadomości mogą być złe. Pamiętam jak lekarz w przychodni popatrzył na wyniki badań robionych przed i po tym wszystkim i powiedział: „Hm, ale teraz tu nic nie ma”.

Powiedziałem: „Naprawdę? To musi być cud”.

Odparł: „Nie, to się zdarza, nazywa się to samoistna remisja”.

Wydawało się, że nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Ale to był cud i ja byłem pod wrażeniem, nawet jeśli nikt inny nie był.

Czego się nauczyłem

Tajemnica życia ma niewiele wspólnego z inteligencją. Wszechświat to wcale nie jest proces intelektualny. Intelekt jest pomocny, jest wspaniały, ale na razie wszystko przetwarzamy wyłącznie za jego pomocą, zamiast za pomocą naszych serc i mądrzejszej części nas samych.

 

Jądro Ziemi jest wielkim transmuterem energii, tak jak to jest przedstawione na obrazkach ziemskiego pola magnetycznego. To nasz cykl, ponowne przyciąganie reinkarnowanych dusz. Znakiem tego, że zaczynasz osiągać ludzki poziom, jest to, że zaczynasz ewoluować w indywidualną świadomość. Zwierzęta mają zbiorowa duszę, reinkarnują w zbiorowej duszy. Jeleń może na zawsze pozostać jeleniem. Ale jeśli urodzisz się jako człowiek, czy to kaleka czy geniusz, oznacza to, że jesteś na ścieżce do rozwoju indywidualnej świadomości. To z kolei tworzy część grupowej świadomości nazywanej ludzkością. Widziałem, że rasy są grupami osobowości. Narody, takie jak Francja, Niemcy, Chiny, każdy ma swoją własną osobowość. Miasta mają swoją własną osobowość, swoje lokalne zbiorowe dusze, które przyciągają pewnych ludzi. Rodziny mają grupowe dusze. Indywidualna tożsamość ewoluuje jak odgałęzienia fraktala; dusza zbiorowa rozwija się poprzez naszą indywidualność. Różne pytania, które ma każdy z nas, są bardzo bardzo ważne. Właśnie w taki sposób Bóg poznaje Swoją Jaźń – poprzez Ciebie. Zadaj swoje pytania, poszukuj. Odnajdziesz swoją Jaźń i odnajdziesz Boga w tej Jaźni, bo to jedyna Jaźń jaka istnieje.

 

Coś więcej, zacząłem dostrzegać, że my wszyscy, ludzie, tworzymy duchową jedność. Jesteśmy częścią tej samej duszy, rozgałęziającej się w formie fraktali w różnych kierunkach, ale wciąż tą samą. Teraz każdego człowieka postrzegam jako swego duchowego przyjaciela, przyjaciela mej duszy, tego, którego zawsze szukałem. Poza tym, najwspanialszym przyjacielem duchowym, którego będziesz miał zawsze, jesteś ty sam. W każdym z nas jest pierwiastek zarówno męski, jak i żeński. Doświadczamy tego w macicy i doświadczamy tego w trakcie reinkarnacji. Jeśli szukasz najlepszego, największego duchowego przyjaciela poza sobą, to być może nigdy go nie znajdziesz, bo go tam nie ma. Tak jak Boga nie ma „tam”. Bóg jest tutaj. Nie szukaj Boga „gdzieś tam”. Boga szukaj tutaj. Szukaj poprzez swoją Jaźń. Znajdź miłość swojego życia… swoją Jaźń. Dzięki temu wszystko pokochasz.

 

Zszedłem do czegoś, co można nazwać Piekłem i było to bardzo zaskakujące doświadczenie. Nie było w nim Szatana czy zła. Moje zejście do Piekła było zejściem w indywidualną ludzką niedolę, ignorancję i ciemność niewiedzy każdego człowieka. Wydawało się to być wiecznością nieszczęścia. Ale każda z tych milionów dusz, które mnie otaczały, zawsze miała gwiazdkę światła. Tyle, że nikt nie zauważał tego. Byli tak pochłonięci swoimi własnymi żalami, traumą i nieszczęściem. Lecz po czasie, który wydawał się być wiecznością, zacząłem wzywać Światło, jak dziecko, które woła rodzica, by mu pomogło. Wtedy Światło otworzyło się, tworząc tunel, który pojawił się tuż przy mnie i odizolował mnie od tego całego bólu i lęku. Właśnie tak wygląda Piekło. Teraz uczymy się, jak chwycić się za ręce i razem wyjść z niego. Wrota Piekieł są teraz otwarte. Połączymy się, chwycimy za ręce i wspólnie wyjdziemy z Piekła. Światło podeszło do mnie i przybrało postać wielkiego, złotego Anioła.

Zapytałem: „Czy jesteś aniołem śmierci?”.

Odpowiedziało mi, że jest moją wyższą duszą, matrycą mojego Wyższego Ja, najdawniejszą częścią mnie. I wtedy zostałem zabrany do Światła.

 

Wkrótce nasza nauka zmierzy ducha. Czyż to nie wspaniałe? Wymyślamy urządzenia, które są czułe na subtelną energię, energię duchową. Fizycy używają akceleratorów, po to by doprowadzać do zderzenia atomów i przekonać się, z czego są zbudowane. Doszli do kwarków i powabów** i całej reszty. Któregoś dnia dojdą do tego, co scala te cząsteczki i nazwą to… Bogiem. Za pomocą akceleratorów nie tylko badają budowę cząsteczek, ale również je tworzą. Dzięki Bogu, większość z nich istnieje zaledwie milisekundy i nanosekundy***. Zaczynamy dopiero pojmować, że również stwarzamy istniejąc. Kiedy zobaczyłem wieczność, wszedłem w sferę, w której istnieje punkt, w którym przekraczamy wszelką wiedzę i zaczynamy tworzyć kolejny fraktal, następny poziom. Poznając, mamy moc by tworzyć. To Sam Bóg, który poprzez nas rozprzestrzenia się.

 

Od czasu powrotu doświadczam Światła spontanicznie i nauczyłem się, jak dostać się w tę przestrzeń niemal w każdej chwili podczas medytacji. Każdy z Was może zrobić to samo. Nie musicie umierać, by to osiągnąć. To jest w zasięgu waszych możliwości, macie do tego wszystko, co potrzeba. Ciało to najwspanialsza istota Świetlna, jaka istnieje. Ciało to Wszechświat niewiarygodnego Światła. Duch nie popycha nas do tego, by nasze ciało rozpuściło się. To nie tak. Przestań próbować stać się Bogiem; Bóg staje się Tobą. Tutaj.

 

Umysł jest jak dziecko, które biega po Wszechświecie, stawiając żądania i uważając, że to ono stworzyło Wszechświat. Lecz zapytaj umysłu: „Co wspólnego z tym ma twoja matka?”. To kolejny poziom duchowej świadomości. Oh! Moja matka! Nagle rezygnujesz z ego, ponieważ nie jesteś jedyną dusza we Wszechświecie.

 

Jedno z pytań, które zadałem Bogu, brzmiało: „Czym jest Niebo?”. Zostałem oprowadzony po wszystkich niebach, jakie zostały stworzone: Nirwana, Kraina Wiecznych Łowów oraz wszystkich innych. Zwiedziłem je. To są myślokształty, które sami stworzyliśmy. W rzeczywistości nie idziemy do nieba; jesteśmy przetwarzani. Lecz cokolwiek stworzyliśmy, zostawiamy w tym cząstkę siebie. To jest prawdziwe, ale to nie jest całość duszy.

 

Zobaczyłem Niebo chrześcijan. Wyobrażamy sobie, że to piękne miejsce, w którym stoimy przed tronem Boga, oddając mu cześć po wsze czasy. Sprawdziłem. To nudy! Tylko to mamy robić? To dziecinne. Nie chcę nikogo obrażać. Niektóre Nieba są bardzo interesujące, a niektóre bardzo nudne. Według mnie starożytne nieba są bardziej interesujące, np. indiańska Kraina Wiecznych Łowów. Egipcjanie mają fantastyczne nieba. Nieba ciągną się i ciągną. Jest ich wiele. W każdym z nich jest fraktal, który jest twoją indywidualną interpretacją, chyba że jesteś częścią zbiorowej duszy, która wierzy tylko w Boga danej religii. Ale nawet wtedy każdy jest nieco inny. To ta część ciebie, którą tam zostawiasz. W Śmierci chodzi o Życie, a nie o Niebo.

 

Zapytałem Boga: „Jaka jest najlepsza religia na Ziemi? Która jest właściwa?”.

A Bóg odpowiedział z wielką miłością: „Dla mnie to nie ma znaczenia”.

To była niewiarygodna łaska. Oznaczało to, że to my jesteśmy istotami, dla których to ma znaczenie. Najwyższy Bóg wszystkich gwiazd mówi nam: „Nieważne jakiego jesteś wyznania”. Religie pojawiają się i znikają, zmieniają się. Buddyzm nie istniał od zawsze, katolicyzm tak samo, i we wszystkich wkrótce będzie więcej światła. Obecnie więcej światła dociera do wszystkich systemów. W duchowości nastąpi reformacja, równie dramatyczna jak Reformacja Protestancka. Wiele osób będzie walczyć z tego powodu, jedna religia przeciwko innej, a każdy będzie wierzył, że racja jest po jego stronie. Wszyscy myślą, że posiadają na własność Boga, religie i filozofie, zwłaszcza religie, ponieważ tworzą one wielkie organizacje skupione wokół filozofii. Kiedy Bóg powiedział: „Dla mnie to nie ma znaczenia”, natychmiast pojąłem, że to dla nas ma mieć znaczenie. To ważne, ponieważ to my jesteśmy istotami, którym zależy. Dla nas to ma znaczenie i dlatego jest ważne. Najwyższy Bóg nie dba o to, czy jesteś Protestantem, Buddystą lub kimkolwiek innym. Chciałbym, żeby wyznawcy wszystkich religii to zrozumieli i żyli obok siebie. To nie jest koniec żadnej religii, ale rozmawiamy o tym samym Bogu. Żyj i daj żyć innym. Każdy ma swój własny pogląd, który składa się na wielki obraz, wszystko jest ważne.

 

Zanim znalazłem się po drugiej stronie, miałem wiele obaw dotyczących toksycznych odpadów, pocisków nuklearnych, eksplozji demograficznej, wyrębu lasów tropikalnych. Kiedy wróciłem, pokochałem każdy z tych problemów. Kocham odpady toksyczne. Kocham grzyba nuklearnego; to najświętsza mandala, którą stworzyliśmy w postaci archetypu. Ona właśnie, bardziej niż jakakolwiek filozofia czy religia na świecie, zjednoczyła nas nagle, wznosząc na nowy poziom świadomości. Wiedząc, że możemy wysadzić planetę pięćdziesiąt lub pięćset razy, pojmujemy w końcu, że być może wszyscy jesteśmy tu teraz razem. Przez jakiś czas musieli odpalać bomby, by nam to uświadomić. Wtedy zaczęliśmy mówić: „już tego nie potrzebujemy”. Teraz żyjemy w świecie bezpieczniejszym niż kiedykolwiek wcześniej, a będzie jeszcze bezpieczniejszy. Powróciłem więc z miłością dla odpadów toksycznych, ponieważ one nas zjednoczyły. To takie ważne kwestie. Jak powiedziałby Peter Russel: te problemy przybrały „rozmiar duszy”. Czy mamy odpowiedź na miarę duszy? TAK!

 

Wyrąb lasów tropikalnych wkrótce zmniejszy się i za pięćdziesiąt lat będzie tyle drzew, ile od dawna już nie było na naszej planecie. Jeśli interesuje cię ekologia, zajmij się nią; jesteś częścią systemu, który staje się świadomy. Zaangażuj się w to tak mocno, jak tylko możesz, ale nie bądź przygnębiony. To część czegoś większego. Ziemia przechodzi proces oswajania samej siebie. Nigdy już nie będzie tak dzika jak niegdyś. Będą jednak wspaniałe, dzikie, niedostępne miejsca, w których natura przetrwa w swej pierwotnej postaci. Ogrodnictwo i rezerwaty będą ważne w przyszłości. Liczba ludności zbliża się do optymalnego poziomu energetycznego, by wywołać zmianę w świadomości. Ta zmiana zmieni politykę, pieniądze, energię.

 

Co dzieje się, kiedy śnimy? Jesteśmy wielowymiarowymi istotami. Mamy dostęp do innych wymiarów poprzez świadomy sen. W rzeczywistości ten Wszechświat jest snem Boga. Jedną z rzeczy, o których się przekonałem, było to, że jesteśmy punkcikiem na planecie, która jest punkcikiem w galaktyce, która też jest punkcikiem. Istnieją wielkie systemy, a my jesteśmy czymś w rodzaju przeciętnego systemu. Ale istoty ludzkie już stały się legendą w całym kosmosie świadomości. Niewielka, chaotyczna istota ludzka z Ziemi/Gaji stała się legendarna. Jedną z rzeczy, dzięki którym przeszliśmy do legendy, są sny. Jesteśmy Legendarnymi Śniącymi. W rzeczywistości cały kosmos poszukuje sensu życia, znaczenia wszystkiego. A to właśnie ta niewielka istota, która śni, znalazła najlepszą odpowiedź. Wyśniliśmy ją. Sny są więc ważne.

 

Po śmierci i po powrocie, naprawdę szanuję życie i śmierć. Być może dzięki eksperymentom na DNA otwarliśmy wrota do wielkiej tajemnicy. Wkrótce już będziemy mogli żyć w jednym ciele tak długo, jak tylko zapragniemy. Po około 150 latach dusza intuicyjnie wyczuje, że czas na zmianę kanału. Życie wieczne w jednym ciele nie jest tak twórcze jak reinkarnacja, jak transfer energetyczny w tym fantastycznym wirze energii, w którym jesteśmy. Ujrzymy mądrość życia i śmierci i spodoba nam się to. Żyjemy od zawsze, tak jak teraz. Ciało, w którym obecnie jesteście, żyje od zawsze. Pochodzi od wiecznego strumienia życia, powraca do Wielkiego Wybuchu i poza niego. To ciało daje życie następnemu życiu, w gęstej i subtelnej energii.

To ciało istnieje już od zawsze.

* W fizyce uderzenia dźwiękowe to zjawisko, które pojawia się przy przekraczaniu prędkości dźwięku.

** Rodzaj cząstek elementarnych.

*** nanosekunda – 1 ns = 0,000000001s; milisekunda – 1ms = 0,001s.

Mellen-Thomas Benedict

tłumaczenie: INDYGO, astraldynamics.pl

Kody zniewolenia – Krzysztof Myśl

Zakodowane jest nasze życie,
tkwimy w niemocy żelaznym uchwycie,
zakodowane jest nasze ciało,
przez lata życia, by wciąż cierpiało.
Gdy się rodzimy, jesteśmy niewinni,
robimy to, cośmy powinni,
bawimy się i radości doświadczamy,
pamięć miłości jeszcze w sobie mamy.
Lecz czas szybko mija i świadomość życia
pakuje nam kody w niewinność z ukrycia.
Zapominamy, że z nieba przyszliśmy.
że niebo na Ziemi tworzyć mieliśmy.
Słuchamy tego, co nam inni każą,
nieświadomi, że z posługą obce kody włażą.
Zaczynamy chorować, bo się z tym nie zgadzamy,
lecz do dziecięcej miłości już nikły dostęp mamy.
Idziemy do szkoły i znów nas kodują,
w strachu i służalstwie każdego wychowują.
Ksiądz na religii straszy Bogiem każącym,
koduje szatanem w kościół wątpiącym.
Przyjmujemy kody, żeśmy grzeszni od urodzenia,
że tylko przez kościół świat na lepszy się zmienia.
Brniemy w tym kłamstwie, szukając na zewnątrz Boga,
bo nas zakodowano, że to jedyna do nieba droga.
Rodzice nasi, korzystając z naszej miłości,
zmuszają nas do powielania swoich błędów młodości.
Niby nas kochają, lecz ciągle kody dają,
chyba już nie wierzą, że nad sobą władzę mają.
I dalej brniemy w życia ślepym zaułku,
przyjmując komunię świętą w kościółku.
Od tego momentu Boga, swego przyjaciela,
zjadać będziemy w kościele co niedziela,
będziemy pić jego krew dla jego chwały,
kodując się dalej, jaki człowiek mały.
Idziemy przez życie z coraz większym kodów bagażem,
pakując podarki niemocy od ludzi z większym stażem.
W szkole się uczymy wszystkiego, tylko nie miłości,
kodując się na innych w uczuciach uległości.
I wtedy co niektórzy budzą sie z letargu,
nie chcą uczestniczyć w życiu dusz przetargu,
znajdują prawdę w sobie, z Bogiem rozmawiają,
budząc strach w innych, że wpływ na życie mają,
są izolowani w życiu społeczeństwa
za odbieranie kościołowi władzy palmy pierszeństwa,
że się ośmielili iść inną drogą, jak kościół każe,
i zamiast cielce miłość i prawdę wnoszą na ołtarze.
Ci, co Boga w swoim sercu do tej pory nie odkryli,
do końca się zamkną i pod dyktando władzy będą żyli.
Sakrament bierzmowania wetrze się w ich Boskie ciało,
żeby służyli hierarchii, gdyż kościołowi jest wciąż mało.
I tak docieramy do wieku mocy dojrzewania,
tłumi się pod strachem energię naszego wzrastania.
Nikt nam nie tłumaczy, jak wielką mocą dysponujemy,
gdyż nieświadomi dobrymi niewolnikami systemu zostaniemy.
Kształcić się będziemy przez lata w wielkim stresie,
nie zdając sobie sprawy, że wiedza jest w nas, a nauczyciele w lesie.
Kończąc naukę, zasilamy szeregi bezrobotnych armii,
licząc na to, że władza i kościół nasze ciała nakarmi.
Gdy już tak tkwimy w niewoli i chorzy z uzależnienia,
nasze dusze wołają o pobudkę ze snu niemocy spełnienia.
I niektórym się udaje zerwać kody nieświadomości,
zdobywając Boską wiedzę napełniając się uczuciem miłości,
zasilając szeregi ludzi pragnących wolności,
doprowadzając tym system do uczucia wściekłości.
Lecz większość niestety we śnie swym zostaje,
licząc wciąż na to, że przy bogatym i głodny się naje.
Większość też ludzi sakrament małżeński przyjmując,
kochaną osobę wiąże, fałszywą miłością kodując.
I rodzą się dzieci Boże w biedzie i braku miłości,
byle było ich więcej, to kod kościoła dla swej chciwości.
Kościół i władza obdzierają nas z ostatniego tchnienia,
zabierając nam godność i możliwość samostanowienia.
Ci, co szczęście mają, pracować będą w pocie czoła,
kodując się na ciężkie życie, smutek rozsiewając dookoła.
Smutki i żale nasze zatopione w oparach alkocholu
wprowadzać będą zakłócenia i kody niemocy w ziemskim polu.
Bogaci jeszcze bardziej bogacić się będą,
nie wiedząc, że tacy do wnętrza klucza nie zdobędą.
Z każdym oddechem materialnego uzależnienia,
będą patrzyli w swą duszę z pozycji własnego cienia.
Jednak i z nich co niektóry ze snu się obudzi
i zapał do gromadzenia w swym sercu ostudzi.
Gdy pojmą, że bogactwo i władza żądzą światem iluzji,
zdejmą kody niewiedzy, budząc świat miłości, energii fuzji,
i będą pionierami, głosząc prawdę w społeczeństwie,
że życie bogate na zewnątrz jest fałszem w bezpieczeństwie,
że świątynią Boga jest nie budynek kościelny,
że ci, co tak myślą, w niewiedzy służą mocom piekielnym,
że Bóg umiłował tylko jednego przedstawiciela,
tego, co w nas żyje i jego nauki w życie wciela.
Lecz takich osób jest i będzie bardzo niewiele,
będą szykanowani i opuszczą ich przyjaciele,
fałszywi zresztą, drżąc ze strachu o egzystencję,
oddadzą swą wolności prawdę w pazerne władzy ręce.
I większość z nich będzie, nie mogąc z kodami sobie dać rady,
szukać na zewnątrz pomocy korzystając z lekarza porady.
Dożywając kwiecia wieku, wieku swego przekwitania,
dusze bardzo wielu ludzi zanucą pieśń rozstania,
pieśń rozpaczy dla ciała, dla duszy westchnienia,
że znowu w tym wcieleniu mało było zrozumienia,
co jest w życiu ważne, po co tu żyliśmy,
za jaką prawdą w świecie ciągle goniliśmy.
Niektórzy odeszli, lecz inni pozostają,
dalszą szansę nauki od swej duszy dostają.
I znowu tylko garstka z nich oprzytomnieje,
że życie to nie starość, co jak metal rdzewieje,
że ważna jest miłość do wszelkiego stworzenia,
by u schyłku życia mieć poczucie zjednoczenia,
że każda istota, co z miłości się tworzy,
nasze serca na wszechświat jedności otworzy.
Uczyć też będą ci szanowni ludzie,
że żyjąc dla pieniędzy żyje się w ułudzie,
że goli tu przyszliśmy i goli odejdziemy,
że tylko w miłości swe spełnienie znajdziemy.
Lecz i oni, gdy odejdą, już na to wpływu nie będą mieli,
złożą ich kości na cmentarzu grobie, choćby tego nie chcieli.
Ostatni kod przyjmą od swego martwego ciała,
że gdy zapłacą za pogrzeb, w niebie ich czeka chwała.
I skończyć w zasadzie tę smutną opowieść można by było,
żeby nie myśl, że bez pieniędzy i władzy lepiej by się żyło.
Bo cóż nam dają te wszystkie kody władzy i kontroli,
niszczą nasze ciała i psychikę trzymają w niewoli,
wyciskują uczucia nienawiści, pogardy i strachu,
gdyż są zła mistrzami iluzji w swym piekielnym fachu.
A gdyby tak spojrzeć na życie nasze z dobrej strony
i mieć wszystkie stworzenia i miłość przed złem do obrony,
żyć chwilą obecną, widzieć w każdym swe odbicie Boskie,
być Bogiem za życia i prowadzić życie beztroskie,
wierzyć w swą moc, o której Chystus opowiadał,
być taki jak on, by każdy świadectwo prawdzie dawał.
Nie będzie morału z tej długiej o życiu opowieści,
scenariusz niech każdy napisze sam, a życie jego prawdę obwieści.

źródło: magazyn Nexus 2/2003 (32)
http://www.nexus.media.pl

Krzysztof Myśl

Myśl, przyjemność i ból – Jiddu Krishnamurti

Dla większości z nas wolność jest ideą a nie rzeczywistością. Gdy mówimy o wolności, chcemy być zewnętrznie wolni by robić to, co lubimy, podróżować, wolni w wyrażaniu siebie na różne sposoby, wolni we własnym sposobie myślenia. Zewnętrzne wyrażanie wolności wydaje się być niezwykle ważne, zwłaszcza w krajach, w których panuje tyrania czy dyktatura – natomiast w tych, gdzie zewnętrzna wolność jest możliwa ludzie poszukują coraz więcej i więcej przyjemności, więcej i więcej rzeczy w swym posiadaniu.

Jeżeli mamy dogłębnie zbadać, co oznacza wolność i być całkowicie i absolutnie wewnętrznie wolni – co zewnętrznie wyraża się w społeczeństwie, w związkach – musimy, wydaje mi się, spytać czy ludzki umysł, silnie uwarunkowany, taki, jakim jest, może się w ogóle w pełni uwolnić. Czy zawsze musi żyć i działać wewnątrz ograniczeń własnego uwarunkowania powodując, że wolność wcale nie ma możliwości zaistnienia? Okazuje się, że ten umysł, rozumiejący werbalnie, że nie ma tu, na tej ziemi wolności wewnątrz ani na zewnątrz, zaczyna wynajdować ją w innym świecie, przyszłe wyzwolenie, raj i temu podobne.

Odłóżcie na bok wszelkie teoretyczne, ideologiczne koncepcje wolności, abyśmy mogli zbadać, czy nasze umysły, wasze i mój, w ogóle mogą być prawdziwie wolne, wolne od zależności, od strachu, obaw, i od niezliczonych problemów, zarówno uświadomionych, jak i tych w głębszych warstwach nieświadomości. Czy może nastąpić całkowita psychologiczna wolność, ażeby umysł ludzki był w stanie dotrzeć do czegoś, co nie powstało z czasu, nie zostało zebrane przez myśl, a ponadto nie jest ucieczką od faktycznych realiów codziennej egzystencji?

Dopóki nie jest on wewnętrznie, psychologicznie w pełni wolny nie można zobaczyć, co jest prawdą, ani czy istnieje rzeczywistość nie stworzona przez strach, nie ukształtowana przez społeczeństwo bądź kulturę, w jakich żyjemy, a jednocześnie nie będąca ucieczką od codziennej monotonii z jej nudą, samotnością, rozpaczą i obawą. By sprawdzić, czy rzeczywiście istnieje taka wolność trzeba uświadomić sobie swe własne uwarunkowania, problemy, monotonną płytkość, pustkę, niespełnienie w życiu, a przede wszystkim uświadomić sobie strach. Trzeba być świadomym siebie nie introspektywnie ani analitycznie, ale w chwili obecnej, takim, jakim się jest, i dostrzec, czy można pozostać zupełnie wolnym od wszystkich tych spraw, jakie zdają się pętać umysł.

Aby badać, jak zmierzamy to zrobić, wolność musi być obecna nie na końcu, lecz już od początku. Jeśli nie jest się wolnym nie można badać. By patrzeć dogłębnie musi zaistnieć nie tylko wolność, ale również dyscyplina konieczna podczas obserwacji – wolność i dyscyplina towarzyszą sobie (to nie tak, że trzeba być zdyscyplinowanym aby stać się wolnym). Używamy tu słowa ‘dyscyplina’ nie w przyjętym, tradycyjnym sensie, gdzie oznacza podporządkować się, naśladować, przyjąć narzucony wzór, ale raczej w pierwotnym znaczeniu tego słowa, czyli ‘poznawać’. Poznanie i wolność towarzyszą sobie, wolność przynosząca swą własną dyscyplinę – bynajmniej nie tę wymuszoną przez umysł celem uzyskania określonego rezultatu. Te dwie rzeczy są zasadnicze: wolność i akt poznania. Nie można poznawać siebie, gdy nie jest się wolnym, wolnym na tyle by obserwować, nie zgodnie z jakimś wzorcem, regułą czy pojęciem, lecz obserwować siebie w chwili obecnej takim, jakim się jest. Ta obserwacja, ta percepcja, to postrzeganie wprowadza swą własną dyscyplinę i poznanie, w których nieobecne jest podporządkowanie, naśladownictwo ani jakakolwiek kontrola – a w tym przejawia się wielkie piękno.

Nasze umysły są uwarunkowane – to fakt oczywisty – uwarunkowane przez określoną kulturę bądź społeczeństwo, poddane wpływom przeróżnych wrażeń, czynników ekonomicznych, klimatycznych, edukacyjnych, napięć i nacisków w związkach, wymagań religii i tak dalej. Nasze umysły są wyszkolone by akceptować strach i, o ile możemy, uciekać od niego, nigdy nie będąc w stanie rozwiązać, zupełnie i kompletnie, całej jego natury i struktury. Tak więc nasze pierwsze pytanie brzmi: czy umysł, tak mocno obciążony, może rozwiązać całkowicie nie tylko swe własne warunkowanie, ale też strach? Bo to strach powoduje, że akceptujemy uwarunkowania.

Nie wysłuchuj jedynie wielu słów i idei – które właściwie nie mają żadnej wartości – ale poprzez akt słuchania, obserwacji swoich własnych stanów umysłu, zarówno werbalnie, jak i niewerbalnie, po prostu zbadaj, czy umysł potrafi być wolny – nie akceptując strachu, nie uciekając, nie mówiąc „Muszę rozwinąć w sobie odwagę, odporność”, ale naprawdę będąc w pełni świadom lęku, w jakiego sidła wpadłeś. Jeśli nie jest się wolnym od zależności od strachu, to nie widzi się czysto i dogłębnie. I oczywiście tam, gdzie jest strach, nie ma miłości.

Czy zatem umysł może naprawdę być wolny od strachu? Wydaje mi się to – dla każdej osoby podchodzącej zupełnie poważnie – jednym z najbardziej pierwszorzędnych i zasadniczych pytań, które muszą paść i na które trzeba znaleźć odpowiedź. Istnieje strach fizyczny i psychologiczny. Fizyczny lęk przed bólem oraz psychologiczny strach powstający z pamięci bólu w przeszłości i obawy przed powtórzeniem go w przyszłości; jak również strach przed starością, śmiercią, poczucie zagrożeń fizycznych, niepewność jutra, lęk przed niemożliwością osiągnięcia sukcesu, nieumiejętnością dokonania czegoś – poczucie bycia nikim w tym raczej nieprzyjemnym świecie, strach przed zgubą, lęki samotności, braku miłości i tak dalej – strach uświadomiony i nieświadomy. Czy umysł może się uwolnić, całkowicie, od tego wszystkiego? Jeśli stwierdza, że nie może, to się ograniczył, wypaczył i jest niezdolny do percepcji, do zrozumienia, niezdolny by pozostać zupełnie spokojnym, cichym – jak gdyby znajdował się w ciemności szukając światła a nigdy go nie znajdując i tworząc w zamian ‘światło’ słów, koncepcji, teorii.

Jak umysł, tak mocno obciążony strachem, z całym swoim uwarunkowaniem, ma się od tego uwolnić? A może musimy zaakceptować lęk jako rzecz nieuniknioną w życiu? – i wielu z nas akceptuje, znosi go. Co powinniśmy zrobić? Jak mamy ja, istota ludzka, wy jako istoty ludzkie uwolnić się od tego strachu? – nie jakiegoś szczególnego lęku, ale w ogóle od całej natury i struktury strachu?

Czym jest strach? (Nie akceptuj, o ile mogę zasugerować, słów mówcy: nie jest on żadnym autorytetem, nie jest nauczycielem, nie jest guru – bo, gdyby był nauczycielem, ty byłbyś naśladowcą, a gdy jesteś naśladowcą niszczysz zarówno siebie jak i nauczyciela.) Próbujemy odkryć, jak wygląda prawda naszego pytania o strach, na tyle kompletnie aby umysł już nigdy nie żywił obaw, w efekcie czego uwolnił się od wszelkiej zależności od innych, wewnętrznie, psychologicznie. Piękno wolności polega na tym, że nie pozostaje po tobie ślad. Orzeł, w swym locie, nie zostawia śladu – w przeciwieństwie do naukowca. Aby wejrzeć w pytanie o wolność potrzebna jest nie tylko naukowa obserwacja, lecz także lot orła, po którym nie zostaje ślad – jedno i drugie jest wymagane, musi być obecne zarówno werbalne wyjaśnienie jak i niewerbalna percepcja – ponieważ opis nigdy nie jest rzeczywistością, którą opisuje, wyjaśnienie nigdy nie jest tym, co objaśnia, słowo nigdy nie jest rzeczą.

Jeżeli wszystko to jest całkiem jasne, możemy iść dalej, możemy odkryć sami dla siebie – nie poprzez mówcę, nie przez jego słowa, nie przez jego idee albo myśli – czy umysł może być zupełnie wolny od strachu.

Pierwsza część to nie wstęp – jeśli nie wysłuchałeś jej dokładnie lub nie zrozumiałeś, nie możesz przejść do dalszej.

Aby badać potrzebna jest wolność patrzenia, potrzebna jest wolność od uprzedzeń, od koncepcji, ideałów umożliwiająca obserwację na bieżąco, dla siebie samego, czym jest strach. Czy, kiedy obserwujesz z bliska, bardzo dokładnie, strach jest w ogóle obecny? Właśnie: możesz przyjrzeć się z bliska, bardzo, bardzo dokładnie, czym jest strach tylko, gdy ‘obserwator’ jest ‘obserwowanym’. Zamierzamy się tym zająć. Więc czym jest strach? Jak się pojawia? Można pojąć naturalne lęki, takie, jak zagrożenie fizyczne, na które pojawia się natychmiastowa odpowiedź; są dość łatwe do zrozumienia, nie musimy się za bardzo nimi zajmować. Ale mówimy o strachu psychologicznym – jak powstają te psychologiczne lęki? Jakie jest ich pochodzenie? – oto problem. Istnieje strach przed czymś, co zdarzyło się wczoraj, strach przed czymś, co może nastąpić dziś jeszcze bądź jutro. Istnieje lęk przed tym, co znamy i przed tym, czego nie znamy, a co oznacza dzień jutrzejszy. Można samemu bardzo wyraźnie zobaczyć, że strach przychodzi poprzez strukturę myśli – poprzez myślenie o tym, co wydarzyło się wczoraj a budzi obawy, lub przez myślenie o przyszłości – zgadza się? Myśl rodzi strach – czy nie tak? Proszę, bądźmy zupełnie pewni – nie akceptujcie słów mówcy, bądźcie absolutnie pewni na własny użytek – tego, czy to myśl jest źródłem strachu. Myślenie o bólu, psychologicznym bólu, który zaistniał jakiś czas temu oraz pragnienie by się nie powtórzył, pragnienie zapomnienia o tej sprawie, myślenie o tym wszystkim rodzi strach. Jeśli nie widzimy tego bardzo wyraźnie nie będziemy w stanie pójść dalej. Myśl, myślenie o jakimś zdarzeniu, doświadczeniu, stanie zdenerwowania, zagrożenia, smutku czy bólu wywołuje strach. A myśl, wypracowawszy pewne psychologiczne poczucie bezpieczeństwa, nie chce, żeby było ono zakłócane – każde zakłócenie jest groźne i stąd bierze się strach.

Myśl jest odpowiedzialna za strach i tak samo też – za przyjemność. Przeżyłeś szczęśliwe zdarzenie – myśl zastanawia się nad nim i chce utrwalić, a gdy to niemożliwe pojawia się opór, gniew, rozpacz i strach. Tak więc myśl jest odpowiedzialna i za strach i za przyjemność – zgoda? To nie werbalna konkluzja, to nie recepta na uniknięcie strachu. Tak się dzieje, że, gdzie jest przyjemność, tam też ból i strach utrwalony przez myśl; przyjemność towarzyszy bólowi, te dwie rzeczy są nierozdzielne, a myśl odpowiada za obie. Gdyby nie było jutra, następnej chwili, o której można myśleć w kategoriach czy to strachu czy przyjemności, nie istniałyby one. Możemy stąd kontynuować? Czy to rzeczywistość? – nie idea, ale rzecz, którą sam odkryłeś, i która, dlatego właśnie, jest prawdziwa, więc możesz powiedzieć „Odkryłem, że myśl rodzi i przyjemność i strach”? Przeżyłeś rozkosz seksualną, później odtwarzasz ją w wyobraźni, w wymyślonych obrazach, i właśnie myślenie o niej daje siłę przyjemności, która jest teraz obecna w wyobraźni, a kiedy zostaje udaremniona pojawia się ból, obawa, strach, zazdrość, irytacja, gniew, brutalność. Nie mówimy bynajmniej, że nie należy zaznawać przyjemności.

Błogość nie jest przyjemnością, ekstaza nie została wywołana przez myśl, to rzecz całkowicie inna. Możesz przejść do błogości lub ekstazy dopiero, gdy rozumiesz naturę myśli – jaka rodzi i przyjemność i strach.

A zatem powstaje pytanie: czy można zatrzymać myśl? Skoro rodzi ona strach i przyjemność – bo, gdzie jest przyjemność, tam musi być ból, to zupełnie oczywiste – zadajemy sobie pytanie: czy myśl może dobiec kresu? – co nie oznacza końca percepcji piękna, radości z piękna. To tak, jakbyśmy widzieli piękno obłoku czy drzewa i cieszyli się nim zupełnie, całkowicie, w pełni. Lecz, kiedy myśl pragnie przeżyć jutro to samo doświadczenie, taki sam zachwyt, jak wczoraj, gdy widziała ten obłok, to drzewo, tamten kwiat, tę piękną twarz, wtedy wywołuje niezadowolenie, ból, strach i przyjemność.

Tak więc czy myśl może dobiec kresu? A może jest to zupełnie nieprawidłowo postawione pytanie? Pytanie jest błędne, ponieważ chcemy doświadczyć ekstazy, błogości, jaka nie jest przyjemnością. Mamy nadzieję, że, poprzez ustanie myśli, dotrzemy do czegoś, co jest nieograniczone, co nie jest produktem przyjemności i strachu. Jakie miejsce w życiu zajmuje myśl? – nie: jak zatrzymać myśl? Jaki jest związek myśli z działaniem i bezczynnością? Jaki związek ma myśl z działaniem tam, gdzie jest ono konieczne? Dlaczego, gdy obecna jest pełna radość z piękna, myśl w ogóle się pojawia? – przecież, gdyby się nie pojawiła, nie zostałaby przeniesiona w dzień jutrzejszy. Chcę odkryć dlaczego – gdy obecna jest pełna radość z piękna góry, urodziwej twarzy, tafli wody – przychodzi myśl, wykrzywia to i mówi „Muszę znów mieć tę przyjemność jutro”? Muszę odkryć jak myśl przejawia się w działaniu i dowiedzieć się czy musi się wtrącać, kiedy w ogóle nie ma potrzeby myślenia. Widzę wspaniałe drzewo bez jednego liścia na tle nieba, jest ono niezwykle piękne i to wystarczy – koniec. Dlaczego przychodzi myśl i mówi „Muszę przeżyć ten sam zachwyt jutro”? I widzę też, że myśl musi przejawić się w działaniu. Zręczność w działaniu to również zręczność w myśleniu. Jaki jest zatem rzeczywisty związek między myślą i działaniem? Nasze działania opierają się na koncepcjach, na ideach. Mam ideę bądź koncepcję tego, co powinno być zrobione, a to, co zostaje zrobione jest przybliżeniem tej koncepcji, idei, tego ideału. Istnieje więc podział na działanie i koncepcję, ideał, ‘to, co być powinno’ – w tym podziale tkwi konflikt. Zapytuję siebie „Jak myśl przejawia się w działaniu?” Jeżeli następuje podział między działaniem i ideą, to działanie jest niepełne. Czy istnieje takie działanie, w którym myśl widzi coś w jednej chwili i bezzwłocznie reaguje, więc nieobecna jest idea, ideologia oddzielonej reakcji? Czy istnieje takie działanie, w którym samo widzenie jest działaniem – w którym samo myślenie jest działaniem? Widzę, że myśl rodzi strach i przyjemność, widzę, że gdzie jest przyjemność, tam jest ból i w efekcie opór przeciw niemu. Widzę to bardzo wyraźnie, widzenie tego jest bezzwłocznym działaniem, w widzeniu tego uczestniczy myśl, logika i bardzo jasne rozumowanie, ponadto widzenie tego jest natychmiastowe i działanie jest natychmiastowe – dlatego się od tego uwalniam.

Czy rozumiemy się nawzajem? Powoli, to rzeczywiście trudne. Proszę, nie mówcie zbyt łatwo ‘tak’. Jeśli mówisz ‘tak’, to, kiedy opuścisz tę salę, musisz być wolny od strachu. Twoje ‘tak’ to jedynie potwierdzenie, że zrozumiałeś werbalnie, intelektualnie – co nic w ogóle nie znaczy. Dziś wy i ja rozpatrujemy tutaj pytanie o strach i, gdy opuścisz salę, musi nastąpić całkowita wolność od niego. To oznacza, że będziesz wolną ludzką istotą, inną ludzką istotą, zupełnie przekształconą – nie jutro, ale teraz. Widzisz bardzo wyraźnie, że myśl rodzi strach i przyjemność, widzisz, że wszelkie wartości są oparte na strachu i przyjemności – moralne, etyczne, społeczne, religijne, duchowe. Jeżeli dostrzeżesz w tym prawdę – a, aby dostrzec w tym prawdę, musisz być niezwykle uważny, logicznie, zdrowo, rozsądnie obserwując każde poruszenie myśli – wtedy sama percepcja jest działaniem pełnym i dlatego, kiedy wyjdziesz, nie będziesz nim związany – w przeciwnym razie zapytasz „Jak mam być wolny od strachu od jutra?”

Myśl musi przejawić się w działaniu. Gdy masz pójść do domu, musisz pomyśleć, tak samo aby złapać autobus, pociąg, pójść do pracy, myśl działa wtedy efektywnie, obiektywnie, nie osobiście, nie emocjonalnie, ta myśl jest niezbędna. Lecz, kiedy przenosi ona doświadczenie, jakiego doznałeś, przenosi je poprzez pamięć w przyszłość, takie działanie jest niepełne, stąd rodzaj oporu i cała reszta.

Chyba możemy przejść do następnego pytania. Postawmy je w ten sposób: czym jest źródło myśli i kim jest myślący? Można zobaczyć, że myśl jest odpowiedzią wiedzy, doświadczenia zgromadzonego w pamięci, z której pojawia się reakcja na każde wyzwanie – jeżeli słyszysz pytanie, gdzie mieszkasz, pojawia się natychmiastowa odpowiedź. Pamięć, doświadczenie, wiedza są źródłem, to stąd pochodzi myśl. Tak więc nie jest ona nigdy nowa, jest zawsze przedawniona, nigdy nie może być wolna, bo związana jest z przeszłością i dlatego też nie może dostrzec nic nowego. Gdy rozumiem to, bardzo jasno, umysł się ucisza. Życie to ruch, nieustanny, wzajemnie powiązany ruch, a myśl, próbując go ująć w kategoriach przeszłości, jako pamięć, obawia się życia.

Widząc to wszystko, widząc, że wolność jest konieczna aby badać – a, aby badać dogłębnie, potrzebna jest dyscyplina poznania, nie tłumienia i naśladowania – widząc, jak umysł został uwarunkowany przez społeczeństwo, przez przeszłość, widząc, że każda wypływająca z niego myśl jest przedawniona i dlatego nie potrafi zrozumieć nic nowego, umysł ucisza się zupełnie – nie kontrolowany, nie kształtowany by milczeć. Nie ma żadnego sposobu ani metody – bez znaczenia, czy to zen z Japonii, czy jakiś system z Indii – aby uciszyć umysł, to najgłupsza rzecz: dyscyplinować go, żeby się uciszył. Teraz, gdy widzisz to wszystko – widzisz faktycznie, nie jako kolejną teorię – działanie następuje poprzez tę percepcję, samo postrzeganie jest działaniem uwalniającym od strachu. A więc, w razie pojawienia się strachu, następuje natychmiastowa percepcja i jego zanik.

Czym jest miłość? Dla większości z nas jest to przyjemność i, w jej wyniku, strach – oto, co nazywamy miłością. Jeśli rozumiemy strach i przyjemność, czym wtedy jest miłość? I ‘kto’ próbuje odpowiedzieć na to pytanie? – mówca, ksiądz, książka? Czy za pośrednictwem czegoś z zewnątrz dowiemy się, że działamy w sposób doskonały? A może, w efekcie sprawdzania, obserwacji, nieanalitycznego przyglądania się całej strukturze i naturze przyjemności, strachu, bólu, odkrywamy, że ‘obserwator’, ‘ten, kto myśli’ to element myślenia? Gdyby nie powstała myśl nie byłoby ‘tego, kto myśli’, te dwie rzeczy są nierozdzielne; myślący jest myślą. To odkrycie niesie ze sobą piękno i subtelność. A gdzie jest w tym momencie umysł, który zaczynał badać nasze pytanie o strach? – rozumiecie? W jakim znajduje się stanie teraz, po przebrnięciu przez to wszystko? Czy tym samym, co wcześniej, zanim tu dotarł? Zobaczył te sprawy z bardzo bliska, zobaczył naturę tego, co nazywamy myślą, strachem i przyjemnością, zobaczył wszystko – jaki jest jego rzeczywisty stan teraz? Oczywiście na to pytanie nie potrafi odpowiedzieć nikt oprócz ciebie – jeżeli faktycznie w to wniknąłeś, zobaczysz, że nastąpiła zupełna przemiana.

Słuchacz: (Niesłyszalne)

Krishnamurti: Oto jedna z najłatwiejszych rzeczy: zadać pytanie. Prawdopodobnie niektórzy z nas zastanawiali się jak ono zabrzmi jeszcze w czasie, kiedy mówca nie skończył. Jesteśmy zainteresowani naszymi pytaniami bardziej niż słuchaniem. Musimy zapytywać o samych siebie, nie tylko tutaj, ale zawsze. Sformułowanie ‘właściwego’ pytania jest daleko ważniejsze niż otrzymanie odpowiedzi. Rozwiązanie problemu leży w jego zrozumieniu – odpowiedź nie znajduje się na zewnątrz, poza problemem, jest w nim samym. Spraw nie można zobaczyć bardzo wyraźnie koncentrując się na odpowiedzi, na rozwiązaniu. Wielu z nas tak bardzo pragnie rozwiązać problem bez wejrzenia w niego – a, aby w niego wejrzeć, potrzeba energii, żywotności, pasji, nie opieszałości i lenistwa, jakie ma w sobie większość z nas – że raczej wolelibyśmy, ażeby ktoś inny go rozwiązał. Nie istnieje nikt, kto rozwiąże którykolwiek z naszych problemów, czy to politycznych bądź religijnych czy też psychologicznych. Trzeba mieć dużo witalności, pasji i żywotności by patrzeć i obserwować problem, a wtedy, podczas obserwacji, jest tam odpowiedź, zupełnie jasna.

Co nie oznacza, że nie macie pytać, przeciwnie musicie to robić, musicie wątpić we wszystko, co od kogokolwiek, włączając mówcę, słyszycie.

Słuchacz: Czy istnieje niebezpieczeństwo w samoobserwacji podczas zgłębiania problemów osobistych?

Krishnamurti: Dlaczego miałoby nie istnieć? Niebezpieczeństwo jest obecne podczas przechodzenia przez ulicę. Czy chciał Pan powiedzieć, że nie mamy patrzeć, bo to niebezpieczne? Pamiętam, jak kiedyś – o ile mogę przywołać pewne zdarzenie – bardzo bogaty człowiek przybył by spotkać się z nami. Powiedział „Traktuję zagadnienie bardzo, bardzo poważnie, jestem zainteresowany tym, o czym Pan mówi i chcę rozwiązać wszystkie moje ‘znów i znów’, zna Pan te nonsensy, które ludzie powtarzają.” Odpowiedziałem „Dobrze, proszę Pana, wejdźmy w to” i rozmawialiśmy. Przychodził kilkakrotnie a po dwóch tygodniach przybył ze słowami „Mam straszne sny, przerażające sny, wydaje mi się, jak gdyby wszystko wokół znikało, różne rzeczy odchodziły.” Potem dodał „To chyba rezultat moich badań nad sobą, widzę w tym niebezpieczeństwo” i już więcej się nie pokazał.

Wszyscy pragniemy bezpieczeństwa, wszyscy chcemy czuć się pewnie w naszym małym pięknym świecie, świecie ‘dobrze zaprowadzonego porządku’, jaki jest nieporządkiem, świecie naszych specyficznych związków, do zakłócenia których chcielibyśmy nie dopuścić – związku pomiędzy żoną i mężem, w którego ciasnych więzach trzymają się nawzajem, w którym obecne są cierpienie, podejrzliwość, strach, w którym pojawia się zagrożenie, zazdrość, gniew, dominacja.

Istnieje sposób patrzenia w głąb siebie bez strachu, bez zagrożenia – należy patrzeć bez jakiejkolwiek krytyki, bez żadnego osądu, po prostu patrzeć, nie interpretować, nie sądzić, nie oceniać. Aby tak działać umysł musi mieć w sobie pragnienie poznania podczas obserwacji tego, co faktycznie jest. Jakie niebezpieczeństwo tkwi w ‘tym, co jest’? Istoty ludzkie są okrutne, oto faktycznie ‘to, co jest’, a zagrożenie, jakie wnoszą w ten świat jest efektem ich okrucieństwa, oto rezultat strachu. Cóż jest niebezpiecznego w obserwacji rzeczywistości i próbach zupełnego wykorzenienia strachu? – to, że możemy stworzyć inne społeczeństwo, inne wartości? Jest wiele piękna w obserwacji, w widzeniu rzeczy takimi, jakimi są – co nie oznacza odrzucania ani pragnienia by coś zrobić z ‘tym, co jest’ – zupełna percepcja ‘tego, co jest’ wywołuje swą własną przemianę. Trzeba tylko znać sztukę ‘patrzenia’, a nie jest ona nigdy introspektywną ani analityczną sztuką, lecz po prostu obserwacją bez żadnego wybierania.

Słuchacz: Czy nie istnieje strach spontaniczny?

Krishnamurti: Czy nazwałby Pan go strachem? Gdy masz przed sobą pożar, gdy widzisz przepaść, czy to strach powoduje, że się cofasz? Czy, kiedy spotykasz dzikie zwierzę, węża, wycofanie się oznacza strach? – a może inteligencję? Ta inteligencja może być efektem uwarunkowania, bo uwarunkowano cię na niebezpieczeństwo napotkania przepaści, przecież gdyby tak nie było mógłbyś w nią wpaść, co oznaczałoby koniec. Twoja inteligencja każe ci zachować ostrożność – czy oznacza ona strach? Lecz czy to inteligencja działa, kiedy dzielimy się na narody, na grupy wyznaniowe? – czy, gdy dokonujemy podziału pomiędzy tobą i mną, nami i nimi, obecna jest inteligencja? Czy to, co powoduje takie działanie i powstanie tego podziału, co przynosi zagrożenie, co dzieli ludzi, co wywołuje wojnę, jest efektem pracy inteligencji czy strachu? Jest tam strach, nie inteligencja. Innymi słowy podzieliliśmy siebie na kawałki: pewna część nas działa, gdy trzeba, inteligentnie, na przykład omijając przepaść czy unikając przejeżdżającego obok autobusu, ale nie jesteśmy wystarczająco inteligentni by zobaczyć niebezpieczeństwa nacjonalizmu, niebezpieczeństwa podziałów między ludźmi. Tak więc część nas – bardzo mała cząstka – jest inteligentna a reszta nie. Tam, gdzie występuje fragmentacja, musi pojawić się konflikt, musi być obecne cierpienie – istotą konfliktu jest właśnie podział, sprzeczność wewnątrz nas. Tej sprzeczności nie da się zintegrować. To jedna z naszych osobliwych manii, że próbujemy na powrót się scalić. Właściwie nie wiem, co to znaczy. Kim jest osoba, która zamierza połączyć dwie rozdzielone, sprzeczne natury? Czyż scalający sam nie jest elementem podziału? Ale gdy widzisz całość tego, kiedy sobie pozwolisz na percepcję bez żadnego wybierania – nie ma podziału.

Słuchacz: Czy istnieje różnica między prawidłową myślą i prawidłowym działaniem?

Krishnamurti: Kiedy używa Pan słowa ‘prawidłowy’ odnośnie myśli i działania, wtedy ‘prawidłowe’ działanie staje się ‘nieprawidłowym’ – zgoda? Używając słowa ‘prawidłowy’ ma się już ideę tego, co prawidłowe. Gdy masz ideę tego, co ‘prawidłowe’, jest to ‘nieprawidłowe’, ponieważ ‘prawidłowe’ opiera się na twych uprzedzeniach, na uwarunkowaniach, strachu, na twojej kulturze, na społeczeństwie, na twych specyficznych nawykach, obawach, zasadach religii i tak dalej. Masz swój model, wzorzec działania: ten właśnie wzorzec jest sam w sobie nieprawidłowy, niemoralny. Moralność społeczeństwa jest niemoralna. Zgadza się Pan z tym? Jeśli tak, to odrzucił Pan społeczną moralność, która oznacza chciwość, zazdrość, ambicję, nacjonalizm, kult podziałów klasowych i całą resztę. Ale czy faktycznie Pan to zrobił i teraz potwierdza mówiąc ‘tak’? Moralność społeczna jest niemoralna – czy rzeczywiście to ma Pan na myśli? – a może to tylko masa słów? Proszę Pana, być naprawdę moralnym, prawym to jedna z najbardziej niezwykłych rzeczy w życiu, i taka moralność w żaden sposób nie ma nic wspólnego ze społecznymi zachowaniami określonymi przez warunki zewnętrzne. Trzeba być wolnym aby być rzeczywiście prawym, a nie jesteś wolny jeżeli poddajesz się społecznej moralności z jej chciwością, zazdrością, współzawodnictwem, uwielbieniem sukcesu – zna Pan wszystkie te sprawy przedstawiane przez kościół i społeczeństwo jako wzór moralności.

Słuchacz: Czy musimy czekać, aż to nastąpi, czy istnieje jakiś rodzaj dyscypliny, której możemy użyć?

Krishnamurti: Czy potrzebujemy dyscypliny aby sobie zdać sprawę, że prawdziwe widzenie jest działaniem? Potrzebujemy?

Słuchacz: Co powiedziałby Pan o spokojnym umyśle – czy to wynik dyscypliny? A może nie?

Krishnamurti: Proszę spojrzeć: żołnierz na placu apelowym, bardzo spokojny, plecy wyprostowane, broń dokładnie we właściwym miejscu, został wyszkolony, szkolono go dzień po dniu, dzień po dniu, wszelka wolność została w nim zniszczona. Jest bardzo spokojny, ale czy to spokój? Albo kiedy dziecko jest zaabsorbowane zabawką, czy to spokój? – usuńmy zabawkę i chłopiec stanie się tym, kim jest. A więc czy dyscyplina (proszę to dobrze zrozumieć, raz na zawsze, to przecież proste), czy dyscyplina zaprowadzi spokój? Może spowodować otępienie, stan stagnacji, lecz czy powoduje spokój w sensie pełnej aktywności a jednak ciszy?

Słuchacz: Co chce Pan, byśmy zrobili my, ludzie tu, na tym świecie?

Krishnamurti: Zupełnie po prostu, proszę Pana: nie chcę niczego. To po pierwsze. Po drugie: żyjcie, żyjcie na tym świecie. Jest on tak cudownie piękny. To nasz świat, nasza ziemia przeznaczona by na niej żyć, ale my nie żyjemy, jesteśmy ograniczeni, jesteśmy podzieleni, jesteśmy zaniepokojeni, jesteśmy wystraszonymi ludzkimi istotami, i dlatego nie żyjemy, nie wchodzimy w związki, jesteśmy odizolowani i zrozpaczeni. Nie wiemy, co to znaczy żyć w ekstatycznym, błogim sensie. Twierdzę, że żyć w ten sposób można tylko kiedy się wie jak pozostać wolnym od wszelkich głupstw codziennego życia. Wolność od nich jest możliwa jedynie gdy staniesz się uważny w swoich związkach, nie tylko z istotami ludzkimi, lecz również z ideami, z naturą, ze wszystkim. W takim związku odkrywasz, kim jesteś, widzisz swój strach, niepokój, rozpacz, samotność, swój kompletny brak miłości. Jesteś wypełniony teoriami, słowami, wiedzą o tym, co powiedzieli inni ludzie, o sobie nie wiesz nic i dlatego nie wiesz jak żyć.

Słuchacz: Jak wyjaśni Pan w kategoriach ludzkiego mózgu różne poziomy świadomości? Mózg wydaje się być sprawą fizyczną, umysł zaś nie. Poza tym umysł zdaje się posiadać część świadomą i nieświadomą. Jak możemy widzieć z jakąkolwiek jasnością, gdy weźmie się pod uwagę wszystkie te różne koncepcje?

 

Krishnamurti: Jaka jest różnica pomiędzy umysłem i mózgiem, czy o to Panu chodzi? Nasz fizyczny mózg będący wynikiem przeszłości, rezultatem ewolucji, wielu tysięcy dni wczorajszych, z wszelkimi wspomnieniami oraz wiedzą i doświadczeniem, czy ten mózg nie jest częścią całego umysłu? – umysłu, w którym zawiera się zarówno świadomy jak i nieświadomy poziom. Fizyczny tak samo jak niefizyczny, psychologiczny, czy wszystko to nie stanowi jednej całości? – czy to nie my podzieliliśmy ją na świadomość i nieświadomość, na mózg i nie-mózg. Czy nie możemy patrzeć na wszystkie te rzeczy jak na niepodzielną całość?

Czy nieświadomość tak bardzo różni się od świadomości? A może nie jest częścią całości, chociaż ją oddzieliliśmy? W tym miejscu pojawia się pytanie: w jaki sposób świadomy umysł ma uświadomić sobie nieświadomość? Czy pozytywna, praktyczna część – rzecz, która funkcjonuje przez cały dzień – jest w stanie obserwować nieświadomość?

Nie wiem, czy mamy czas aby to zgłębić. Nie jesteście zmęczeni? Panowie, proszę, nie traktujcie naszego spotkania jak rozrywkę, przyjemny pobyt w ciepłym pomieszczeniu, słuchanie czyjegoś głosu. Zajmujemy się bardzo poważnymi sprawami i, jeżeli pracowaliście jak należało, musieliście się zmęczyć. Mózg nie potrafi przyjąć naraz więcej niż pewną określoną porcję a wejście w zagadnienie nieświadomego i świadomego wymaga obserwacji bardzo bystrym, jasnym umysłem. Bardzo wątpię, abyście po półtorej godziny byli do tego zdolni. Więc może, jeśli się zgodzicie, podejmiemy ten temat później?

Czy możliwe jest poznanie siebie? – Marcin Kotasiński

Czy uważasz Czytelniku, że możesz osiągnąć poznanie siebie, które będzie zupełne i adekwatne do doświadczenia i do twoich oczekiwań?

Ogólnie, nauka twierdzi, że nie jest to możliwe. Choć nie ma na to dowodów! Takie zagadnienie, o tyle ile się orientuję, nie jest nawet poważnie rozważane w nauce. Ale można tu zapytać, co robi filozofia i psychologia, jeśli nie ‘poznanie siebie’, poznanie filozofującego człowieka, psyche. Albo znamy „Poznaj siebie!” pochodzące, choćby od Sokratesa czy św. Augustyna. Mamy także… wskazówki? Świadectwa(?), poznania siebie pochodzące z dalekiego wschodu, a nawet z bliskiego. Budda miał poznać siebie, jego nauki mają stanowić wskazówkę kierującą na poznanie siebie, a nie tylko Budda świadczy o mądrości buddyzmu. Sporo „buddów” jest w tej religii, choć stoją w cieniu pierwszego. Ta cała rzesza Oświeconych z Indii, z rozmaitych odłamów religijnych, tradycji mistycznych. Trudno wymieniać joginów z imion, choć wielu można znaleźć, o których opowieści w drodze do nas z dalekiego wschodu „zmutowały”, mówią o jarmarcznych sztuczkach joginów-fakirów, czyniących coś nadzwyczajnego ze sobą dzięki poznaniu, że mogą. Ale gdy zaglądamy w ich nauki to, na przykład jogę zaczynamy traktować serio. Filozofia choć nie tak jak nasza konsekwentna w wyjaśnianiu twierdzeń, jednak wzbudza zdziwienie wiedzą, która tłumaczy Jedność i transcendencję. A Jezus? Czy można taki dwu tysiącletni „numer z krzyżem” zrobić nie znając, ile zrobić się potrafi?

Świadectw jest aż nadto, ale wciąż odbiera im się wiarygodność. A jeśli już nie można tym szczegółowym, to w ogóle twierdzi się, że poznać się nie sposób. Choć nie wiadomo dlaczego. Można dalej naciskać, pytać, co mówił, na przykład Schopenhauer pod wpływem buddyzmu, o Wyzwoleniu. Albo ten nietzscheański Nadczłowiek, Wyzwolony, ten, który przekracza ludzi zniewolonych? Nietzsche nad nim się tak egzaltował i może od pędu ku temu zwariował. Poza tym czy fenomenologia nie uzyskuje przypadkiem poznania siebie? Psychoanaliza? Psychologia głębi? Każda inna nauka czy czegoś nie mówi o człowieku? Czy to wszystko, co w ogóle robimy, czy nie jest to przypadkiem poznanie siebie?

Jest taki bezpośredni argument na tę niejasną naukową tezę o braku samopoznania, brzmi on: Czy ten, kto nie poznał jeszcze siebie, może mówić, że nie sposób tego uczynić? Przecież nie poznał. Jest w drodze…, a dowodu odwrotnego też nie ma. Tylko sceptycyzm, to przecież za mało, aby zatrzymać nas, cywilizację w biegu, rzekłbym ku samopoznaniu, bo tak to postrzegam.

Co mamy za?

Kiedy spoglądamy w lustro dokonujemy aktu poznawczego, coś o sobie poznajemy. Poznajemy czy to, co widzimy jest tym, w czym na pewno dobrze się czujemy i czy wygląda dobrze. Poznajemy czy to „o nas”, w nas ukryte, pozwala się na chwilę, trochę do światła wydobyć i porównać z odbiciem w lustrze. Aby przez identyfikację i odkrycie nieuświadomionego podobieństwa uznać, że to, co w lustrze jest ładne, budzi dobre samopoczucie, że to Prawda i Dobro. Albo odwrotnie wymaga zmiany, dalszego poszukiwania siebie. W czym? W tym prostym banale, jakim jest odzież, uczesanie itp., to, co oglądamy w lustrze.

Dzieje się to także ze strony doświadczenia, gdy starając się uczynić coś, nie udaje się to. Dowiadujemy się, że coś z naszą wiedzą o nas i doświadczeniu jest nie tak. Dowiadujemy się, że nasze przeświadczenie o tym, iż wie się, jak coś uczynić, i że ma się odpowiednią wiedzę do tego upada. Poznajemy siebie, choć raczej niezbyt przyjemnie. Można tu użyć jaskrawego przykładu, powtarzającego się nieustępliwie przez każde pokolenie. Młodzież szuka styczności z tym, co dorośli zakazują, eksperymentuje, aby przesadzając poznać, że ‘nie chce takiego siebie’, wyrasta zdrowy człowiek, staje się dorosły i zakazuje, bo posiadł już daną wiedzę o sobie.

Poznajemy także siebie dzięki pośrednictwu innych ludzi, gdy ci mówią nam coś o nas lub radzą coś lepszego, wskazując tym, że wiedzą, o nas, od nas coś więcej i wiedzą lepiej, co dla nas dobre. Jakby mówili, że jest jakaś ogólna wiedza o człowieku, Prawda i Dobro odpowiednie dla każdego, ‘poznanie siebie’ na ileś już jasne i wiadome.

Poznajemy także siebie w „czystych” aktach refleksji, gdy się nad sobą namyślamy w oderwaniu od doświadczenia. Czy to refleksja nad życiem, pewnym szeregiem ostatnich doświadczeń i własnym samopoczuciem w nich, nad tym czy takie coś jest chciane. Są też refleksje bardzie wyabstrahowane, niektóre potężne, podnoszące umysł człowieka na wyższy poziom. Spostrzega się pewną syntezę wiedzy, powtarzających się zdarzeń, różnych i oderwanych od siebie na własny temat i świata, gdzie dotyka się czegoś bardzo ogólnego o sobie, wyabstrahowanego jak nigdy dotąd. Albo te „czyste” oderwane refleksje nad samą świadomością, która sam siebie w nich postrzega, to poznanie skierowane na poznającego, refleksje nad samym sobą, umysłem.

W każdym z tych przypadków coś o sobie poznajemy, zbieramy „ziarnko do ziarnka”. Dzięki temu „zbieractwu” wiemy o sobie w późniejszym i nawet aktualnym wieku więcej. Wiemy wciąż lepiej, co sprawia nam przyjemność, czego szukamy, czego unikamy. Zbierając o sobie wiedzę wiemy wciąż więcej o tym, do czego jesteśmy zdolni, co potrafimy. Zdobywana wiedza pozwala nam dokonywać coraz lepszych i trafniejszych wyborów, w których unikamy tego, czego nie chcemy, a co poznaliśmy jako takie wcześniej. Potrafimy w ten sposób osiągnąć coś lepiej i przyjemniej niż za pierwszym razem, kiedy się jeszcze „potykaliśmy”. Poznaliśmy tu, zatem to o sobie, że nie lubimy się potykać i to, że potrafimy lepiej.

Zbierając „ziarnka” o sobie i w procesie życia budując opinię o sobie, i będąc przy tym obiektywnymi, starając się nie okłamywać samych siebie. Nawet świadomie odszukując w sobie sytuacje, treści, w których siebie okłamujemy… tak poznajemy siebie.

Nie ma tu argumentu na to, że nie możemy poznać siebie w wyższy sposób, w jakiś skończony, wypełniony. Natomiast wciąż zdarzające się jednorazowe ‘poznania siebie’, te przykładowe, świadczą o tym, że poruszamy się do przodu, ku lepiej i więcej. To argument na to, że można. Zapytać tu można, czy jesteśmy skończeni czy nieskończeni? Bo czy poznając siebie, możemy wypełnić ten proces, czy rozciągnąć go w nieskończoność. A jeśliby się okazało, że jesteśmy nieskończeni w tym naszym duchowym, bo mentalnym, nie materialnym życiu jako podmiot. Czy pomimo nieskończoności możliwe są w niej jakościowe skoki? To wypełnienie właśnie, które i tak rozwija się w nieskończoność.

Przecież gdyby się dobrze zorientować, czego się szuka i chce, i zorientować się, co się potrafi, i uczynić to tak, ażeby mało zaskakiwało. Byłoby to świadectwem osiągnięcia pewnej zupełności. To było by już poznanie siebie, orientować się, co do swoich pragnień w każdej sytuacji i zdolności do ich realizacji.

Nie można twierdzić, że nie można poznać siebie. Może w stanie przed nie można twierdzić, że jest on pewny. Ale pewne jest to, że siebie poznajemy, jesteśmy wszyscy jednocześnie we własnych procesach poznania siebie i uczestniczymy w jednym globalnym dotyczącym nas wszystkich.
Czytelniku jeśli zainteresowany jesteś poznaniem siebie, zapraszam na swoją stronę internetową Poznanie:
https://sites.google.com/site/samoswiadomosc

Znajdziesz na niej szereg artykułów o tej tematyce, także informacje na temat książki mojego autorstwa „Rozwój duchowy a samoświadomość”, która opisuje metodę na to jak poznawać siebie efektywnie, zapraszam.

Marcin Kotasiński

Poziom przyczynowy – K.Wilber

Wspomniałeś, że subtelne lub archetypowe Formy powstają prosto z Pustki, z poziomu przyczynowego, który jest następnym stopniem, fulkrum-9.

 

Kiedy w trakcie szczególnego rodzaju medytacji podążasz za obserwującym Self, za Świadkiem, do jego źródła w czystej Pustce, wówczas w świadomości nie powstają żadne obiekty. Jest to odrębny, możliwy do zidentyfikowania stan świadomości – mianowicie nieprzejawione pochłonięcie lub ustanie, znane pod różnymi nazwami, jako nirwikalpa samadhi, dżniana samadhi, ayin, wergezzen, nirodh, klasyczna nirwana.

Jest to stan przyczynowy, odrębny stan, który często porównywany jest do głębokiego snu wolnego od marzeń sennych, z tą różnicą, że stan ten nie jest zwykłą próżnią, lecz raczej całkowitą pełnią. Tak też jest doświadczany – jako bez reszty zatopiony w pełni Istnienia, tak pełny, że żadna manifestacja nie może go objąć. Ponieważ nigdy nie można ujrzeć go jako obiektu, to czyste Self jest czystą Pustką.

 

Wszystko to jest bardzo abstrakcyjne. Czy mógłbyś ująć to konkretniej?

 

Jesteś siebie świadomy w tej chwili, prawda?

 

Tak sądzę.

 

Jeśli więc powiem: Kim jesteś? zaczniesz opisywać siebie – jesteś ojcem, matką, mężem, żoną, przyjacielem; jesteś prawnikiem, urzędnikiem, nauczycielem, kierownikiem. Masz swoje upodobania i uprzedzenia, wolisz takie jedzenie, masz skłonność do takich impulsów i pragnień itd.

 

Tak, wymieniłbym wszystkie rzeczy, które wiem o sobie.

 

Wymieniłbyś „rzeczy, które wiesz o sobie”.

 

Tak.

 

Wszystkie rzeczy, które wiesz o sobie, są obiektami w twojej świadomości. Są to obrazy lub idee, koncepcje, pragnienia, uczucia, które przesuwają się przed twoją świadomością, czy nie tak? Wszystkie są obiektami w twojej świadomości.

 

Tak.

 

Wszystkie te obiekty w twojej świadomości nie są obserwującym Self. Wszystkie rzeczy, które wiesz o sobie, nie są prawdziwym Self. One nie są Widzem; są jedynie czymś, co można zobaczyć. Wszystkie obiekty, które opisujesz, kiedy „opisujesz siebie”, w istocie wcale nie są twoim prawdziwym Self! To tylko kolejne obiekty i nie ma znaczenia, czy zewnętrzne, czy wewnętrzne; one nie są prawdziwym Widzącym te obiekty, nie są prawdziwym Self. Kiedy więc opisujesz siebie, wymieniając wszystkie te obiekty, ostatecznie podajesz listę błędnych utożsamień, listę kłamstw, listę dokładnie tego, czym ostatecznie nie jesteś.

Kim więc jest prawdziwy Widz? Kim lub czym jest to obserwujące Self?

Ramana Maharshi nazywał tego Świadka Ja-Ja, ponieważ ono jest świadome indywidualnego ja czyli self, ale samo nie może być zobaczone. Więc czym jest to Ja-Ja, przyczynowy Świadek, czyste obserwujące Self?

To głęboko wewnętrzne Self postrzega świat zewnętrzny i jednocześnie postrzega wszystkie twoje wewnętrzne myśli. Ten Widz widzi ego, widzi ciało i widzi świat natury. Wszystko to przesuwa się „przed” Widzem. Ale samego Widza nie można zobaczyć. Jeśli coś widzisz, są to tylko kolejne obiekty. Te obiekty są właśnie tym, czym Widz, czym Świadek nie jest.

Pytasz więc dalej: Kim jestem? Kim lub czym jest ten Widz, którego nie można zobaczyć? Po prostu „cofasz się” w swoją świadomość i przestajesz utożsamiać się z jakimkolwiek obiektem, który widzisz lub możesz zobaczyć.

Self lub Widz lub Świadek nie jest żadną określoną myślą – mogę zobaczyć tę myśl jako obiekt. Widz nie jest żadnym określonym doznaniem – jestem świadomy tego jako obiektu. Obserwujące Self nie jest ciałem, nie jest umysłem, nie jest ego – mogę ujrzeć to wszystko jako obiekty. Co patrzy na wszystkie te obiekty? Co w twoim imieniu patrzy teraz na wszystkie te obiekty – patrzy na naturę i jej widoki, patrzy na ciało i jego doznania, patrzy na umysł i jego myśli? Co patrzy na to wszystko?

Próbuj poczuć siebie właśnie teraz – wzbudź silne doznanie bycia sobą – i zauważ, że self jest tylko kolejnym obiektem w świadomości. Ono nie jest nawet prawdziwym podmiotem, prawdziwym self, lecz tylko kolejnym obiektem w świadomości. Małe self i jego myśli przesuwają się przed tobą jak obłoki płynące po niebie. Czym jesteś prawdziwy ty, który obserwujesz to wszystko? Który obserwujesz swoje małe obiektywne self? Kim lub czym to jest?

Kiedy powrócisz do tej czystej Subiektywności, do tego czystego Widza, nie ujrzysz go jako obiektu – nie możesz ujrzeć go w ten sposób, ponieważ nie jest obiektem! Nie jest czymś, co możesz ujrzeć. Raczej, gdy cicho spoczywasz w tej obserwującej świadomości – patrząc jak umysł, ciało i natura przepływają – możesz spostrzec, że w istocie doznajesz uczucia wolności, wyzwolenia, nieprzywiązania do żadnego z obiektów, które spokojnie obserwujesz. Nie widzisz niczego, jedynie spoczywasz w tej bezkresnej wolności.

Przed tobą przepływają obłoki, przepływają twoje myśli, przepływają cielesne doznania, a ty nie jesteś żadną z tych rzeczy. Jesteś bezkresną przestrzenią wolności, w której wszystkie te obiekty pojawiają się i znikają. Jesteś wolną przestrzenią, otwartością, Pustką, bezkresną przestronnością, w której wszystkie te obiekty pojawiają się i znikają. Obłoki pojawiają się i znikają, odczucia pojawiają się i znikają, myśli pojawiają się i znikają – a ty nie jesteś żadną z tych rzeczy; jesteś tym bezkresnym uczuciem wolności, bezkresną Pustką, tą bezkresną otwartością, poprzez którą manifestacja pojawia się, pozostaje na chwilkę i znika.

Zaczynasz więc zauważać, że „Widz” w tobie, obserwujący wszystkie te obiekty, sam jest jedynie bezkresną Pustką. Nie jest rzeczą, obiektem ani czymś, co możesz zobaczyć czy uchwycić. Jest raczej uczuciem bezkresnej Wolności, ponieważ sam nie jest czymś, co wchodzi w ten obiektywny świat czasu, obiektów, stresu i napięcia. Czysty Świadek jest czystą Pustką, w której wszystkie indywidualne podmioty i przedmioty pojawiają się, trwają przez chwilkę i znikają.

A więc czysty Świadek nie jest czymś, co można zobaczyć! Próba ujrzenia Świadka lub poznania go, tak jak poznaje się obiekty, jedynie wzmaga chwytanie, szukanie i lgnięcie w czasie. Świadka nie ma tam, w strumieniu; on jest bezkresną przestrzenią Wolności, w której strumień powstaje. Nie możesz więc go chwycić i powiedzieć: Aha, widzę go! Przeciwnie, to jest Widz, a nie coś, co można zobaczyć. Gdy spoczywasz w Obserwacji, czujesz jedynie bezkresną Pustkę, bezkresną Wolność, bezkresną Przestrzeń – przejrzystą otwartość lub przestronność, w której pojawiają się te wszystkie małe podmioty i przedmioty. Można wyraźnie ujrzeć podmioty i przedmioty, ale nie można ujrzeć Świadka. Świadek jest całkowitym wyzwoleniem od nich, całkowitą Wolnością, która nie jest schwytana w ich zamieszanie, pragnienia, lęki i nadzieje.

Nasz prawdziwy problem polega na utożsamianiu się z małymi indywidualnymi podmiotami i przedmiotami. Utożsamiamy Widza z nic nie znaczącymi małymi rzeczami, które można zobaczyć. To jest początek zniewolenia. W rzeczywistości jesteśmy bezkresną przestrzenią Wolności, ale utożsamiamy się ze zniewolonymi i ograniczonymi rzeczami i podmiotami, które można ujrzeć, które cierpią i które nie są tym, czym my jesteśmy.

Patandżali podał klasyczną definicję zniewolenia jako „utożsamienie Widza z instrumentami widzenia” – z małymi podmiotami i przedmiotami, zamiast z otwartą przestrzenią lub przestronnością czy Pustką, w której one wszystkie powstają.

Kiedy spoczywamy w czystym Świadku, nie widzimy go jako obiektu. Wszystko, co możesz zobaczyć, nie jest nim. Przeciwnie, on jest nieobecnością wszelkich podmiotów i przedmiotów, jest uwolnieniem od wszystkiego. Gdy spoczywamy w czystym Świadku, „doświadczamy” tej podstawowej nieobecności lub Pustki nie jako obiektu, ale jako bezkresnej przestrzeni Wolności i Wyzwolenia od ograniczeń utożsamiania się z nic nie znaczącymi małymi podmiotami i przedmiotami, które wchodzą w strumień czasu i są zanużone w tym potoku udręki.

Kiedy zatem spoczywasz w czystym Widzu, czystym Świadku, jesteś niewidzialny. Nie można cię zobaczyć. Nie można zobaczyć żadnej części ciebie, ponieważ nie jesteś obiektem. Można zobaczyć twoje ciało, można zobaczyć twój umysł, można zobaczyć naturę, ale ty nie jesteś żadną z tych rzeczy. Jesteś czystym źródłem świadomości, a nie czymś, co powstaje w świadomości. Więc trwasz jako świadomość.

Rzeczy powstają w świadomości, pozostają przez chwilę i znikają, przychodzą i odchodzą. Powstają w przestrzeni, poruszają się w czasie. Ale czysty Świadek nie przychodzi i nie odchodzi. Nie powstaje w przestrzeni, nie porusza się w czasie. Jest taki jaki jest; jest zawsze obecny i niezmienny. Nie jest obiektem, więc nigdy nie wchodzi w strumień czasu, przestrzeni, narodzin, śmierci. Wszystko to są doznania, obiekty – wszystkie przychodzą i odchodzą. Ale ty nie przychodzisz i nie odchodzisz; nie wchodzisz w strumień; jesteś świadomy tego wszystkiego i dlatego nie jesteś w to wszystko schwytany. Świadek jest świadomy przestrzeni i czasu – i dlatego sam jest wolny od przestrzeni i od czasu. Nie ma w nim czasu i przestrzeni – jest najczystszą Pustką, poprzez którą płyną czas i przestrzeń.

Czysty Widz jest wcześniejszy od życia i śmierci, wcześniejszy od czasu i zamętu, wcześniejszy od przestrzeni i ruchu, wcześniejszy od manifestacji – wcześniejszy nawet od Wielkiego Wybuchu. Nie znaczy to, że czyste Self istniało w czasie przed Wielkim Wybuchem, lecz że istnieje przed czasem. Ono po prostu nigdy nie weszło w strumień. Jest świadome czasu i dlatego jest wolne od czasu – jest całkowicie bezczasowe. A ponieważ jest bezczasowe, jest wieczne – co nie oznaczna nieskończonego czasu, lecz całkowitą wolność od czasu.

Nigdy się nie urodziło, nigdy nie umrze. Nigdy nie wchodzi w tymczasowy strumień. Ta bezkresna Wolność jest wielkim Niezrodzonym, o którym Budda powiedział: „Istnieje niezrodzone, niezrobione, niestworzone. Gdyby nie było tego niezrodzonego, niezrobionego, niestworzonego, nie byłoby wyzwolenia ze zrodzonego, zrobionego, stworzonego”. Spoczywanie w bezkresnej przestrzeni Wolności jest spoczywaniem w wielkim Niezrodzonym, w bezkresnej Pustce.

A ponieważ jest Niezrodzone, jest też Nieśmiertelne. Nie zostało stworzone razem z twoim ciałem, nie zniknie razem z twoim ciałem. Nie jest tym, co żyje po śmierci twojego ciała, lecz raczej tym, co nigdy nie wchodzi w strumień czasu. Nie żyje po śmierci twojego ciała, żyje przed twoim ciałem, zawsze. Nie żyje wiecznie w czasie, jest po prostu wcześniejsze od samego strumienia czasu.

Przestrzeń, czas, obiekty – wszystko to po prostu przepływa. Ty jesteś Świadkiem, czystym Widzem, który sam jest czystą Pustką, czystą Wolnością, czystą Otwartością, wielką Pustką, przez którą cały ten pochód przechodzi, nigdy cię nie dotykając, nigdy nie kusząc, nigdy nie raniąc, nigdy nie pocieszając.

Ponieważ jest ta bezkresna Pustka, to wielkie Niezrodzone, możesz naprawdę osiągnąć wyzwolenie ze zrodzonego i stworzonego, z cierpienia przestrzeni, czasu i obiektów, z wrodzonego tym fragmentom mechanizmu terroru, z łez padołu zwanego samsarą.

 

Gdy o tym mówisz, potrafię doznać tego na chwilę.

 

Większość ludzi potrafi dość szybko nawiązać kontakt ze Świadkiem. Czym innym jest jednak życie tą Wolnością.

 

Jaki jest związek Świadka z poziomem przyczynowym nieprzejawionym?

 

Świadek sam jest poziomem przyczynowym nieprzejawionym. Sam jest czystą Pustką. Jeśli w ramach jogicznej praktyki rzeczywiście intensywnie zagłębiasz się w źródło, w czystą Subiektywność Widza, wówczas wszystkie przedmioty i podmioty po prostu przestaną się pojawiać. Będzie to nirwikalpa lub ustanie – prawdziwy jogiczny stan, odrębny stan (w istocie jest to faza stopienia fulkrum-9). Jest to czysty bezforemny mistycyzm – wszystkie obiekty, nawet Bóg jako postrzegana forma, nikną w ustaniu. W ten sposób mistycyzm bóstwa ustępuje mistycyzmowi bezforemnemu.

Ponieważ żadne potencjalne obiekty jeszcze nie powstały, jest to całkowicie nieprzejawiony stan czystej Pustki. W tym stanie w istocie „widzisz” nieskończone nic, co jedynie oznacza, że jest to zbyt pełne, aby mogło zostać zawarte w jakimś obiekcie, podmiocie, widoku czy dźwięku. Jest to czysta świadomość wcześniejsza od wszelkiej manifestacji – wcześniejsza od podmiotów i obiektów, wcześniejsza od zjawisk, wcześniejsza od holonów, wcześniejsza od rzeczy, wcześniejsza od wszystkiego. Nie ma w niej czasu, przestrzeni ani obiektów. Dlatego jest całkowicie i nieskończenie wolna od ograniczeń przestrzeni, czasu i obiektów – i całkowicie wolna od udręki właściwej tym fragmentom.

Niekoniecznie trzeba poszukiwać Świadka w ten szczególny, jogiczny sposób. Można się jednak nim posłużyć, gdyż rzeczywiście odsłania nieprzejawione źródło samego Widza. Właśnie dlatego wiele tradycji, jak buddyzm jogaczary, po prostu zrównuje Pustkę i Świadomość. Nie musimy wchodzić we wszystkie techniczne szczegóły i argumenty, ale przedstawiłem ogólny sens – sam Świadek, sama czysta Świadomość nie jest rzeczą, procesem, cechą, bytem – ostatecznie nie można jej określić – ostatecznie jest czystą Pustką.

 

Dlaczego ten poziom zwany jest „przyczynowym”?

Ponieważ jest podporą, przyczyną, twórczą podstawą wszystkich niższych wymiarów. Pamiętaj, że, mówiąc słowami Whiteheada, „ostateczną metafizyczną zasadą jest kreatywne podążanie w novum”. Kreatywność jest częścią podstawowego podłoża wszechświata. Jakoś, w jakiś sposób, cudownie, pojawiają się nowe holony. Ja mówię, że z Pustki, ale ty możesz nazywać to twórcze podłoże, jak chcesz. Niektórzy chcieliby nazwać je Bogiem lub Boginią, Tao, Brahmanem, Keter, Rigpą, Dharmakają, Maat lub Li. Ludzie o bardziej naukowym nastawieniu wolą mówić po prostu o zdolności wszechświata do „przekraczania samego siebie”, jak to określił Jantsch. Świetnie. Nie ma znaczenia. Chodzi o to, że coś się pojawia. Zdumiewające! Jakbyś tego nie nazwał, jest to zdumiewające.

Pustka, kreatywność, holony – dokładnie tutaj rozpoczęliśmy naszą opowieść w rozdziale pierwszym. Holony powstają jako podmiot i przedmiot, zarówno w pojedynczych jak i mnogich formach – to znaczy w czterech ćwiartkach – i podążają zgodnie z dwudziestoma zasadami. Jest to po prostu wzorzec, który ukazuje pojawiająca się manifestacja. Ten wzorzec to potencjał Pustki, potencjał Dharmakaji, potencjał Boga. Z tym wzorcem dwudziestu zasad wyruszamy w ewolucyjną podróż holonów powracających do swego źródła.

Wzorzec ten ucieleśnia twórczy pęd do większej głębi, szerszej świadomości, dalszego rozwoju. Ów rozwój ostatecznie prowadzi do swej własnej nieskończonej podstawy w czystej Pustce. Ale Pustka nie jest czymś, co się pojawiło. Jest wcześniejszą od czasu twórczą podstawą, która jest zawsze obecna, ale w końcu staje się przezroczysta dla samej siebie w tych holonach, które budzą się do Pustki, do Ducha, do nie mającej podstawy Podstawy.

Ta sama Pustka jako Świadomość, była zawsze obecna jako wewnętrzna głębia każdego holonu, głębia, która odrzuca coraz więcej swych niższych form, aż odrzuci wszystkie formy – jej głębia sięga nieskończoności, jej czas sięga wieczności, jej wewnętrzna przestrzeń jest całą przestrzenią, jej działanie jest samą Boskością: podstawą, ścieżką i owocem Pustki.

Fragment książki K.Wilbera pt. „Krótka historia wszystkiego”

Jaki jest cel i sens życia? – Marcin Kotasiński

Brak znajomości odpowiedzi na to pytanie powoduje, że ludzie nie wiedzą po co żyją. Nieoczywistość lub jak uważam wielka oczywistość tego, jaki jest cel życia sprawia, że ten wielki i oczywisty cel jest jakby niewidziany. On przerasta każdego człowieka tak, że ten nie widzi go. Podobnie jak niebieskie niebo, które codzienne zawieszone jest nad nami, a jest jakby przez nas mijane, mało zauważane w swojej władzy jaką ma nad ziemią.

Z powodu tej wielkiej oczywistości, właściwie abstrakcyjności celu i sensu dobieramy sobie cele doraźne takie, których widzimy granice, które można obejrzeć niejako w środku jak i zobaczyć gdzie one kończą się to, że coś jest poza nimi. To właśnie łatwa do zauważenia różnica pomiędzy celem wielkim, a celami doraźnymi, choć nie jedyna i nie najważniejsza.

Obieranie sobie celów jest po coś. Łatwo odpowiedzieć na pytanie: „po co”? W obieranych celach widzimy możliwość zrealizowania siebie. Uważamy, że osiągając dany cel będziemy lepsi od tych samych „siebie” sprzed tego celu. I to jest prawdą. Kiedy osiągamy te nasze ludzkie drobiazgi jak i te duże, których realizacja wymagała lat, to odnajdujemy lepszy stan siebie, doskonalszy, jakościowo wyższy.

Ale wybór celów doraźnych niesie ze sobą brak realizacji, choć mają one do realizacji i spełnienia „siebie” doprowadzić. Oto kiedy pragniemy dom, samochód, szkołę, pracę, to przed realizacją czujemy, że to jest wielkie, że „to jest coś dla mnie”. Widzimy przed – wielkość siebie, jaką osiągniemy wraz z realizacją tego celu. Ale sytuacja zmienia się kiedy do realizacji udaje się doprowadzić. Przed – czuje się tak, jakby się szło do samospełnienia, ale po – kiedy te pierwsze i najsilniejsze emocje opadają, to okazuje się, że to tylko jeszcze jedna górka, na którą udało się wejść, a za nią stoją następne, następne cele do realizacji. I tak w kółko, aż do momentu kiedy okazuje się, kiedy dochodzi do głosu myśl, że „to po nic”.

Każdy ze zrealizowanych celów nie doprowadził do takiego spełnienia, aby móc powiedzieć, że osiągnęło się coś trwałego, co zmienia zupełnie życie tak, że nie chce się już dalszych celów, bo ten jeden jest najwyższym. Wszystkie te doraźne cele życiowe są ulotne, po ich realizacji nie posiada się czegoś trwałego, co na pewno wystarcza na resztę życia, a nawet przekroczy to życie. I co posiadane ma w sobie potencjał rozwiązania wszystkiego, co trudne nadarza się w życiu. Można bowiem powiedzieć, że takim dużym celem jest posiadać wielkie pieniądze, ale nawet to jest złudne, bo jeśliby ich wystarczył na całe życie, to i tak w trakcie ma się jeszcze mnóstwo innych celów. Chce się na przykład mieć władzę przy pomocy tych pieniędzy, a tu już czekają trudności, bo takich, co mają pieniądze i chcą tej władzy jest już wielu i wszyscy się do niej pchają.

Nadto takie pieniądze nie rozwiązują trudności międzyludzkich, bo nadal inni są podobnie niezrozumiali jak wtedy, kiedy się tych pieniędzy nie ma. Zawsze wyrażają własną wolę, która nie musi iść w parze z moją wolą i coś z tym trzeba począć. Trzeba posiadać sposób na to, aby wskazać to, co wspólne, co w jednym kierunku gromadzi rozbiegane ludzkie wole.

Ta myśl, która następuje po realizacji różnych celów, po których pojawiają się nowe cele może w napływie pesymizmu powiedzieć, że życie jest po nic, że jest po to, aby płodzić i innym dawać życie – bez celu. Po co im je dawać, po nic?

Naprawdę po to są te wszystkie doraźne cele, aby człowiek mógł się przekonać, że to żadne cele, że one sensu życiu nie dają. No może mały dają taki, że wskazują na ten cel większy, ten abstrakcyjny, bo przez ich realizację życie czyni się lepszym, choć głównie materialnie, a ta obraca zrealizowane cele w nic, bo są nietrwałe. Czyli te cele doraźne wskazują, że cel i sens niesie ze sobą lepszość. Jednocześnie są po to, aby przemierzając ich szereg człowiek doszedł do tej myśli, że są one po nic, bo wciąż wyłaniają się nowe i żaden z nich nie potrafi doprowadzić do tej poszukiwanej samorealizacji. Bo one realizują jedynie cząstkę i tylko doraźne, dopóki emocje nie opadną i dopóki nie zestarzeją się zrealizowane cele, nie budząc już zachwytu, choć wspomnienie pozostaje. Ale co komu po takim wspomnieniu, jeśli ono już nie jest aktualne.

Jaki zatem ma być ten cel główny, który nadaje ciągły i trwały sens życiu? Ten, który ma realizować tego, który go realizuje, człowieka. Musi on być prawdziwy, to na pewno, bo fałszywy cel do gniewu może doprowadzić, jak fatamorgana. Ale taką iluzją są przecież cele doraźne, kiedy okazuje się, że starzeją się, tracą użyteczność i w miejsce początkowych dobrych emocji wprowadzają zamęt, bo psują się, traci się dobry grunt pod nogami. Choć ta doraźna fatamorgana przez jakiś czas była realna, można było używać i czerpać lepszą jakość życia z tych celów. Złudą – kiedy okazuje się gdy zanika. Zatem doraźne cele prawdziwe są tylko okresowo, a takie wcale nie są prawdziwe, bo co począć z tym, co pojawia się po tym, jak znikają.

Ten najwyższy cel tak jak i wszystkie ma także inną właściwość, jest dobry, odpowiada ludzkiej wrażliwości. Kiedy realizujemy upragniony cel, to jakby siebie kochamy, siebie kochamy w tym lepszym stanie, który stworzyliśmy, to wyraża radość i rozbudzone emocje. Zatem cechą, którą posiada ten najwyższy cel i sens życia musi być radość, Szczęście i Miłość. Podobnie jak celem jest ukochać jakiegoś człowieka, jakby ktoś z bliskiej rodziny stał się „synem marnotrawnym” i pewnego dnia wraca przyznając, że nas chce i pragnie, że się mylił. Wtedy to kochanie jeszcze wyraźniej widać. Pewnie dlatego wyraźnie, bo kochać przedmiot, to infantylne. Racja, ale mając doraźny cel – przedmiot my siebie w nim kochamy, kochamy swoją radość i Szczęście, które on w nas wywołuje swoim posiadaniem, tym, że go wreszcie mamy. Ale wiadomo, przedmiot traci swoje walory, a my szczęśliwe emocje.

Zatem ten główny cel i sens życia musi być prawdziwy, musi rozbudzać Miłość i musi dawać Szczęście. I aby się nie zużywał, aby był trwały, to musi być abstrakcyjny, bo wszystko, co materialne, konkretne i nas otacza, to przemija. Takie cechy posiada właśnie Prawda i Miłość – i Szczęście, które posiada się wtedy, gdy ma się pierwsze. To jest ten cel i sens ludzkiego życia. Wydaje się on, ten najwyższy Ideał, że jest bardzo niekonkretny. Ale tak nie jest. Mieć Prawdę, to znaczy starać się o nią, najpierw w sobie, z siebie dawać ją innym i to wyłącznie, bo jak się pojawia skaza fałszu, kłamstwa, to psuje dobry humor, który długo wzrasta kiedy się daje Prawdę. Wtedy jakby trzeba się oczyścić, pozbyć winy, którą nadało się sobie fałszem. Dlatego Prawdy trzeba trzymać się trwale.

Miłość jest wtedy, kiedy się Prawdę daje odpowiednio do własnej i innych wrażliwości, bo wtedy, kiedy innym dajemy Prawdę odpowiednio, tak jak potrafią ją przyjąć, pojąć, to oni ją rozumieją i wyrażają radość, Miłość do nas tych, którzy ją dali. Aby tak robić trzeba cenić własną wrażliwość, aby patrząc w swoją, znać wrażliwość innych, wtedy łatwo delikatnie dawać Prawdę.

Łącznie kiedy posiada się Prawdę i Miłość, to ma się Szczęście, ma się Pełnię, widzi się sens życia, bo Prawda i Miłość to sens, droga, która wszędzie się otwiera, zawsze jest prawdziwa i zgodna z wrażliwością. To jest ten wielki, ogromny, oczywisty i abstrakcyjny cel i sens życia – zawsze realizować Prawdę i Miłość. Czy wtedy potrzeba Ci czegoś więcej? Nie wiem, albo – nie i tak.

Można powiedzieć, że potrzeba tego, co do życia potrzeba, czego chce się jeszcze jak ciepły dom, posiłek i co tam jeszcze. Owszem, ale w dobrych proporcjach takich, które nie rozbudzają umysłu i zmysłów wołaniem o więcej, bo wtedy właśnie ten wielki, gigantyczny cel życia – Prawdę i Miłość zastępuje się celami doraźnymi, które znowu prowadzą do myśli, że są po nic.

Kiedy zachowane są w dobrych proporcjach, w takich kiedy bierze się tyle, ile naprawdę potrzeba, to one przejawiają się jako Prawda dla życia i Miłość to, co potrzebne, aby dobrze czuć się, aby zachować wrażliwość do siebie i innych, i się nie męczyć. Bo te podstawowe „rzeczy”, to jedne z wielu sposobów jak przejawia się ten wielki abstrakt – Ideał, cel i sens życia, o którym się marzy i realizuje na co dzień. Bóg, to Prawda i Miłość, dlatego Jego świat zawsze istnieje, Jemu droga zawsze się otwiera, bo robi tylko to, co słuszne i potrzebne.
Na mojej stronie „Poznanie” znajdziesz wiele innych ciekawych artykułów, zapraszam: https://sites.google.com/site/samoswiadomosc

Marcin Kotasiński