Archiwa autora: Admin

4.10 Przerwanie ciągu problemów

Tylko ego może stworzyć problemy. Robi to odnosząc się do przyszłości, przeszłości i wyobrażeń. Tylko dzięki nim może tworzyć problemy i je potem rozwiązywać. Problem nie może zaistnieć w czystym stanie Tu i Teraz. Jeśli umysł nie ma wyobrażeń, nie tworzy w rzeczywistości problemów. Przestrzeń wszechświata jest cudownym zbiorem ruchu energii. Sama w sobie jest czysta. Kiedy natomiast umysł stworzy iluzje, zacznie oceniać innych ludzi, oceniać sytuacje -stworzy sobie doskonałą bazę do powstawania problemów. Poczym zacznie je wymyślać i rozwiązywać. Takie wzorce działania zostały nabyte w dzieciństwie obserwując dorosły problematyczny świat.

Wyzwoleniem okazuje się jak zawsze świadomość. Ta stabilna obserwacja, niezależna od niczego. Zwróć uwagę na chwilę obecną. Na to co istnieje. Bądź całym sobą tu i teraz. Niech świadomość będzie zakotwiczona w ciele. Obserwuj, bądź delikatnie czujny i świadomy. Obserwuj bez interpretacji to co widzisz, to co słyszysz, to co czujesz. Trwaj w po prostu w tym błogim stanie istnienia.

Wewnętrzna obserwacja jest bezwysiłkowa, to dzieje się samo, wystarczy trochę praktyki. Kiedy umysł przestanie tworzyć wyobrażenia, wszystkie problemy znikają. Choćby nie wiadomo jak realne i prawdziwe były wcześniej, w stanie świadomości ich po prostu nie ma. Nie ma myśli tworzących problem. Rzeczywistość jest morzem istnienia, zbiorem atomów, energii… wszystko jest samo w sobie doskonale czyste. Nie trzeba interpretować tej rzeczywistości. Nie trzeba z niej stwarzać problemów. Obserwuj, więc świadomie swoje pole, zarówno wewnętrzne jak zewnętrzne. Niech życie nie będzie przysłonięte wyobrażeniami. Zamiast tego dostrzeż światło, które wszystko otacza. Ono nie tworzy problemów. Jesteś światłem.

Kiedy przyjdzie Ci zrobić coś natury logicznej, zacznij świadomie używać umysłu. Tak jak narzędzia. Podczas myślenia nadal obserwuj, bądź w środku. Bądź w sobie, nie odlatuj w wyobrażenia. Gdy przestaniesz wykonywać czynność, „odłóż” umysł. Powróć do stanu ciszy i świadomego istnienia. Dzięki takiemu działaniu nie tworzy się problemu. Po prostu jest pewne działanie, które czyni ciało. Rozwiązuje zadanie logiczne. Jest to po prostu działanie. Ego może z działania stworzyć problem, jeśli postawi sobie cel i uwarunkuje się od niego. „Jeśli nie rozwiążę tego zadania, będzie źle”. Powstaje cel i problem do rozwiązania. Ocena rzeczywistości spowodowała problem.

 “Ten, który zna Jaźń, nie ma nic więcej do zrobienia. Od tego momentu, nieskończona moc będzie czyniła dalsze działania, które mogą być konieczne, poprzez niego. Nie ma on także więcej żadnych myśli .” Ramana Maharishi

Tak naprawdę nie ma problemu. Jest czyste działanie ciała przynoszące pewien skutek. Dla rzeczywistości nie jest ważne jaki skutek przyniesie działanie. Ważne jest działanie, chwila teraźniejsza, jakość działania.

Kiedy przyjdzie ochota analizy przyszłości, tak aby móc żyć w zgodzie ze społeczeństwem, zacznij analizować przyszłość. Bądź tylko tego świadom. Niech przyszłość nie pochłonie Cię bez reszty, ponieważ oddalisz się zbytnio od ciała i znów wpadniesz w nieświadomość. Myśl o przyszłości, będąc w teraźniejszości. Wtedy umysł nie będzie tworzył problemów w przyszłości, nie będzie się jej obawiał. Wszystko stanie się swobodne, nie będzie lęku, bo i nie będzie przyszłości. Będzie tylko spekulacja o niej. Będziesz świadomy jej nierealności. Będąc tu i teraz nie dopuszczasz do siebie lęku. Kiedy skończysz analizować przyszłość, proces myślenia sam ustanie, a Ty nadal będziesz świadomy tu i teraz. Odłożysz narzędzie, którym jest umysł. Tylko tyle.

Kiedy zauważysz, że umysł znów wyprowadził Cię poza ciało do wyobrażeń, stań się świadomy ciała. Zauważ, że to co przepływa w ciele, to tylko pewne procesy myślowe. Same w sobie nie są odrębną rzeczywistością. Dopiero kiedy się z nimi utożsamić, przybierają formę realnej dla ciała rzeczywistości. Wróć więc do ciała i do czystej teraźniejszości.

Spróbuj odczuć tą wolność przestrzeni. Czystej przestrzeni bez interpretacji. W takich warunkach ego nie przetrwa. Tam gdzie nie ma problemów, ego nie może istnieć. Tam gdzie nie ma przyszłości i przeszłości, ego nie ma miejsca na zaistnienie. Dlatego im więcej świadomości, tym ego staje się coraz mniej stabilne. Zaczyna się chwiać. Zaczyna się proces jego rozpadu. Zaczyna się proces uwolnienia.

4.9 Codzienna świadomość

Spróbuj być świadomy codziennie. Spróbuj obserwować siebie. Bez oceniania.

Bądź świadkiem jednego dnia z Twojej codzienności. Zacznij od teraz. Działaj normalnie, rób to co masz do zrobienia, ale bądź świadkiem tych zdarzeń. Rób to całkiem intencjonalnie. Niech każdy ruch będzie zawierał piękno świadomości. Spójrz oczyma duszy, bądź obserwatorem patrzącym z wewnętrznego środka. Staraj się być świadomy tego, co robi to ciało. Jak się zachowuje jak reaguje. Wszystko niech będzie jasne. Nie wchodź w myśli, nie podążaj za uczuciami. Spróbuj być cały czas w ciele i w teraźniejszości. Bądź świadomy tego, co się dzieje w Tobie. Jakie energie się pojawiają, jakie uczucia i jakie myśli. Poznaj siebie. Doświadczaj rzeczywistości. Spróbuj, choć jeden dzień. Może się okazać, że przeżyjesz najbardziej wartościowy dzień w Twym życiu. Najbardziej dziwny i zaskakujący. Być może stwierdzisz, że tak mało o sobie wiedziałeś. Być może zaskoczysz sam siebie. Spróbuj być świadkiem wszystkich zdarzeń w rzeczywistości, nawet tych najmniejszych. Być może odkryjesz cudowność tego istnienia. Na początku będzie dość trudno. Umysł ma tendencję do wpadania w nieświadomość. Odlatuje w przyszłość, gania za przeszłością, wchodzi w iluzje i oceny. Strumienie myśli płyną i płyną. „Umysł zachowuje się jak małpa, skacząca z drzewa na drzewo.” Jednak nie zrażaj się. Póki co jest to naturalne. Kiedy sobie przypomnisz, że już nie obserwujesz, że już nie jesteś świadkiem -wróć z powrotem do ciała, do chwili obecnej. Zapewne zobaczysz, ile razy ego „odlatuje”. Może się nawet zdziwisz, jak można tak żyć, będąc prawie cały czas nieobecnym. Wtedy być może zdasz sobie sprawę, że większość cywilizacji tak właśnie żyje. Cały czas nieobecna, nieświadoma.

Jeśli jest świadomość, wszystko jest pełne życia i świeżości. Każdy ruch ma w sobie grację i piękno. Człowiek świadomy jest otoczony ciszą. Wszystko jest pełne przestrzeni. Nie ma chaosu. Każdy gest, każde działanie jest samo w sobie pełnią. Przyrządzając jedzenie, bądź świadomy każdego ruchu dłoni. Obserwuj to, co się wydarza. Kiedy mówisz, obserwuj przestrzeń. Zauważ zachowanie dźwięku i ciała. Świadoma mowa jest wyważona, swobodna i doskonale trafiająca do słuchacza. Wszystko jest pełne i stabilne. Kiedy pracujesz, niech będzie to przepełnione świadomym istnieniem. Zauważ cud, w którym uczestniczysz. Każdy atom ciała jest zorganizowany, obserwuj to. Obserwuj ruch i działanie ciała. Bądź świadomy tej przestrzeni i wszystkiego co się w niej znajduje. Jesteś obserwatorem zdarzeń. Otwiera się przestrzeń doświadczenia. Wokoło jest pełno ciszy i spokoju. Wszelkie zdarzenia, które się pojawiają są ruchem materii i innych energii. Nie wpływają na obserwatora. Wszystko staje się bezpieczne i piękne.

Kiedy człowiek jest pogrążony w swoich programach, działa szybko, chaotycznie. Jest pół świadomy tego co się dzieje. Wszystko jest napięte, szybkie, urywane. Mówi zazwyczaj głośno i emocjonalnie. Utożsamia się z tym i zamyka całkowicie w tym co mówi. Macha rękoma tworząc przestrzeń chaosu. Tak też można.

***

Będąc w grupach ludzi moje ciało na ogół milczy. Nie ma nic do powiedzenia. Najczęściej ludzie opowiadają o swoich „niesamowitych przeżyciach”. Przeskakują z tematu na temat, dyskutują, emocjonują się, zwracają na siebie uwagę. Cały czas są myślami gdzie indziej. Najbardziej aktywny w grupie mówi, opowiada, wszyscy słuchają. Lider jest w iluzji i prowadzi tam resztę. Przykładowo może to być historia swojego jakże fascynującego życia. Ego lubi być podziwiane. Każdy słuchacz podąża za wyobrażeniami lidera i jego historią życia. Wszyscy słuchają z otwartymi ustami. Totalne utożsamienie się z wyobrażeniami.

Przez całe spotkanie moje ciało nie powiedziało prawie ani słowa. Obserwowało przestrzeń, w której to wszystko się dzieje. I jak na ironię, zostałem oceniony przez grupę jako osoba, która ma swój własny, iluzoryczny świat. A rozmowa o rzeczach „prawdziwych” nadal trwała.

***

Gdy ciało przyzwyczai się do stanu świadomości, stanie się on normalnym stanem istnienia. Nie będzie już chaotycznego działania i roztrzęsionej rzeczywistości. Wszystko stanie się jasne i proste. Świadomość będzie trwała w stanie teraźniejszości. Będziesz świadomym istnieniem Każdy skutek i poprzedzająca go przyczyna będzie uświadomiona i zrozumiała. Być może zauważysz, dlaczego Twoje życie jest takie, a nie inne. Wtenczas będziesz w stanie je zmienić.

Ludzie są większość czasu nieobecni. Robią coś, rozmawiają, śmieją się… ale są nieobecni. Tak naprawdę są gdzie indziej. Cały czas śpią, nie są świadomi. Myślami krążą wszędzie, tylko nie ma świadomości w ciele. Ich wyuczone programy i reakcje przejęły kontrolę. Egotyczny i chaotyczny umysł przejął kontrolę. Bardzo…. rozwinięte społeczeństwo.

4.8 Zakotwiczenie świadomości

“Nie poprzez myśli pozbędziesz się ego: tylko poprzez doświadczenie.” Ramana Maharishi

Myśli cały czas płyną, a umysł jest w nich zatracony. To jedna z przyczyn cierpienia.. Tam gdzie jest świadomość, jest i energia. Gdy świadomość zatraci się w tworzeniu uczuć, będą one miały wiele energii. Jeśli świadomość zatraci się w myślach, nieustanny potok myśli będzie silny energetycznie.

Zazwyczaj umysł skacze od rzeczy do rzeczy. Myśli o różnych tematach plączą się w głowie. Każda myśl przynosi skojarzenie do nowej, poczym świadomość tam podąża. Cały ruch świadomości odbywa się wraz z ruchem myśli. Świadomość utożsamia się całkowicie z myślami. Człowiek nie jest stabilny, tylko podąża świadomością za wszelkimi wymysłami. Kiedy świadomość zakotwiczy się w ciele, zacznie obserwować -stanie nieruchomo. Wtenczas nie podąża za płynącymi myślami. Zamiast tego obserwuje je ze stabilnego punktu ciała. Świadomość obserwuje, jak myśli przepływają przez pole ciała. Jednak jest nad nimi.

Spójrz, te strumienie myśli -to całe twe ego. To pewien nietrwały i uwarunkowany proces. Jest on powtarzany w kółko i w kółko, ponieważ świadomość nie potrafi go dostrzec z zewnątrz. Nie potrafi widzieć procesu myślowego z boku. Podąża cały czas za nim. Ten proces stwarza największą iluzję człowieka. Kiedy sobie to uświadomisz i poczujesz, ego zacznie się chwiać. Zacznie być niestabilne, zacznie się rozpadać. Nie jest to groźne, jest to wyzwalające. Może poczujesz nagle dziwną wolność. Uświadomisz sobie, że to wszystko jest dziecinnie proste, łatwe i wręcz niepoważne. Wszystko jest wymysłem, a Ty jesteś wolny i stabilny. Twoja świadomość jest w ciele i może obserwować cały wszechświat, niezależnie od niczego i nikogo. Może uchwycisz ten moment niezależności i staniesz się wolny od myśli. Świadomość ma wyzwalającą moc. Warto wznieść się nią ponad iluzje ego. Wtenczas przychodzi jasność i wolność.

Jednak to tylko wstęp do rozpoczęcia całego procesu wyzwolenia. Nadal w ciele są zaległe emocje, przyzwyczajenia, lęki. Podświadomość ich na razie nie ujawnia, jednak one nadal tam są. Jednak kiedy pojawią się w życiu sytuacje wyzwalające stare emocje, nie musisz się już bać. Jeśli tak się stanie, zacznij być ich świadomy i obserwuj. Ta stabilność obserwacji pozwoli Ci zachować niezależność od wymysłów umysłu.. Znów będziesz „tu i teraz”, świadomy i spokojny.

Pozwól uczuciom wyjść na światło świadomości. Pozwól im się pojawić i obserwuj. Zobacz je. Uświadom sobie, że one są w Tobie i podobnie jak myśli przechodzą tylko przez ciało z powodu starych uwarunkowań. Te uczucia są tylko wyuczoną reakcją na bodźce zewnętrzne. Mogą pojawić się wspomnienia, kiedy to pierwszy raz pojawił się dany wzorzec. Nie zatapiaj się we wspomnieniach, bądź świadom, że to są wspomnienia. Nie stawaj się nimi, tylko je zauważ, że są tworzone w ciele. Niech świadomość będzie stabilna w obserwacji. Niech trwa w teraźniejszości ciała. Każdy ruch jest „zewnętrzny” i nie trzeba za nim podążać. Wystarczy go obserwować. Wtedy ujrzysz całość programu lękowego.

Obserwuj te reakcje, bądź ich świadom, a może się stać coś cudownego -nagle wydadzą się absurdalne, dziecinne, niepoważne, nieprawdziwe i znikną. Po tym pojawi się uwolnienie, lekkość i radość. To jest prosta transformacja i bardzo efektywna. Ta przemiana może być błyskawiczna i zaskoczyć samego Ciebie. Bądź tylko świadomy tych uczuć.

Jest to moment, w którym stare niepotrzebne rzeczy zostają „spalone w ogniu świadomości”.

Możesz spróbować także intencjonalnie wywołać wspomnienia. Nie utożsamiając się z nimi, będziesz wiedział, że są one pewnym wyuczonym sposobem reakcji, na czynniki zewnętrzne. Dlatego kiedy wywołasz obraz przykrego wydarzenia, w Twym ciele pojawi się przykre uczucie. Teraz możesz je obserwować i uświadomić sobie, dlaczego one się pojawiło. Uświadomić sobie i uwolnić się od niego. To nie jest aż takie proste, jeśli mamy do czynienia z silnymi emocjami i uwarunkowaniami. Wtedy podświadomość próbuje przejąć kontrolę i utożsamia się z uczuciem. Jednak utrzymanie świetlistej świadomości to kwestia praktyki. Po pewnym czasie będziesz mógł zachować świadomość nawet przy konfrontacji z najcięższymi wspomnieniami.

4.7 Świadome tworzenie

Nawet swoje myśli o przeszłości czy przeszłości twórz z pełną świadomością. Twórz je bardzo uważnie i pewnie, z pełną energią. Niech tworzenie myśli odbywa się w głowie. Niech będzie intencjonalne. Bądź tego świadom. Niech umysł tworzy myśli będąc cały czas w teraźniejszości i w ciele. Świadomość procesu myślenia (nie zagubienie się w nim) przeniesie Cię natychmiast w stan „Tu i Teraz”. Będzie świadomość swego ciała i przechodzących przez nie myśli.

Nie można być świadomym w innym czasie. Po prostu bądź świadom teraźniejszego procesu myślowego. Wiedz, że właśnie używasz umysłu. Bądź świadom przelatujących przez umysł myśli. Nie ma w tym nic trudnego, choć na początku może się wydać trochę nieswojo. Jednak po pewnym czasie ciało przyzwyczai się, by utrzymywać świadomość w teraźniejszości.

W większości momentów umysł podąża za myślami. Zaczyna wyobrażać sobie, że jest w przeszłości lub przeszłości. Umysł stwarza iluzję dla ciała, a ciało reaguje tak, jakby była ona prawdziwa. Wyobrażenia sprawiają, ze ciało działa jakby tam naprawdę było. Przykładowo można pomyśleć o jutrzejszym egzaminie, ciało od razu może wejść w stan napięcia. Ponieważ dla ciała nie ma przyszłości, a myśl o egzaminie jest już teraz. Dlatego reakcja jest w teraźniejszości. Tak działa większość stresu, który jest wynikiem lęku przed rzeczami w przyszłości. Warto sobie uświadomić, że tych rzeczy nie ma. Po prostu nie istnieją. Teraźniejszość jest czysta. Kiedy umysł pomyśli o trudności i utożsami się z tym, wytworzy w teraźniejszości wyobrażenie. Da tym samym polecenie ciału -> „Uwaga!”. Ciało zareaguje samo, według wcześniej wyuczonego wzorca. W tym wypadku będzie to napięcie. Warto zaobserwować ten proces.

Jeśli będziesz przez dłuższą chwilę świadomy, zauważysz, że myśli łączą się w grupy. Podobne przyciągają podobne. Wszystko jest powiązane pewnymi skojarzeniami. Jest to pewnego rodzaju samonapędzające się koło. Myśl powoduje odczucie w ciele, odczucie w ciele powoduje myśl. Właściwie nie da się tego zatrzymać, jeśli się z tym potokiem myśli utożsamiamy. Dopiero, kiedy przychodzi świadomość, przerywa ona ciągły chaos. Kiedy widać, że wszystko jest wymysłem, ciało staje się bezpieczne. Otrzymuje komunikat „już w porządku”, wtenczas nie tworzy w sobie uczuć, te z kolei nie powodują skojarzeń myśli. Powstaje wewnętrzna przestrzeń ciszy.

Jeśli tworzysz myśli o przyszłości, bądź świadomy. Twórz je świadomie w teraźniejszości. Jeśli tworzysz myśli o przeszłości, twórz je świadomie, trwając w tym momencie i w tej przestrzeni. Bądź teraźniejszym ciałem, które myśli. Nie zatracaj się w myślach samych w sobie. Jeśli obserwujesz myśl, nie utożsamiasz się z nią.

Również tworząc iluzje, oceny i wyobrażenia, bądź świadomy, że je tworzysz. Często ego tworzy najróżniejsze wyobrażenia i przyjmuje je jako prawdę ostateczną. Wymyśli sobie obraz świata i widzi, że jest on jedyny możliwy. Dlatego utożsamia się z nim i trwa w świecie iluzji. Warto uświadomić sobie, że to tylko wytwór umysłu.

Twórz te wyobrażenia świadomie. Jeśli stworzysz je będąc w pełni uważny, wydadzą się ona małe i nic nieznaczące -to tylko myśli, struktury energetyczne. Kiedy tworzysz świadomie, nie utożsamiasz się ze swoim tworem. Świadomość ciągle jest w ciele i w teraźniejszości. W głowie można tworzyć różne rzeczy, jednak jeśli się robi to świadomie, nie zatraca się w nich.

Przykładowo patrząc na osobę umysł ocenia -„ale ona jest lepsza, jak jej się powodzi, jak ja jej zazdroszczę.” Umysł leci w stronę tej osoby, wyobraża sobie ją jako szczęśliwą, bogatą, a siebie jako nieszczęśnika. Te myśli są tworzone w głowie, niech będą więc tworzone świadomie Po prostu je obserwuj i intencjonalnie je twórz. Słuchaj wyraźnie, posmakuj swych myśli. Twórz odpowiednie formy energetyczne w swojej głowie, które nazywasz myślami. Twórz je dokładnie i w pełni świadomie. „Ta… osoba… jest … lepsza…, jak… ja… jej… zazdroszczę…”-Zauważysz, że jeśli się nie utożsamiasz z myślami, tylko tworzysz je świadomie, nie mają one w ogóle mocy. Ciało się już się tak nimi nie przejmuje. Są one tylko wymysłem. Zaczynasz wychodzić na wolność.

Wszystko, co tworzysz w swoim polu ciała, twórz świadomie. Jeśli już zdarzyło się tak, że nieświadoma myśl przedostała się niezauważona i wytworzyła reakcje w ciele -twórz świadomie tą reakcję. Jeśli myśl powodująca złość pojawiła się w umyśle, a świadomość się z nią utożsamiła, powstanie w ciele energia złości. Kiedy ją zauważysz obserwuj. Działaj tak, jakbyś tworzył ją intencjonalnie. Twórz tą energię świadomie. Niech będzie ona w ciele z Twojej woli. Nic więcej nie musisz robić. Nie musisz skakać, krzyczeć, walić, płakać -wystarczy świadomie obserwować tą energię w ciele, widząc, że jest ona tylko Twoim wytworem. Jeśli oczywiście wybierzesz, że chcesz płakać, szaleć i krzyczeć – rób to świadomie. Takie działanie przyniesie wyzwolenie spod uzależnień, uwarunkowań i utożsamiania się z myślami.

4.6 Śmierć ego – upadające cele

Ego nie chce umrzeć. Jedyną i ostatnią rzeczą, jaką chce ego to zniknąć. Myśli, że śmierć jest czymś bardzo złym. Bierze się to z pierwotnego instynktu chronienia życia i jest całkiem naturalne. Gdyby nie ten instynkt żadne życie by nie przetrwało. To jest normalny program działania, którym życie jest chronione. Ciało chroni swoje istnienie, aby nie ulegało za szybkim zmianom wibracji. Tak samo ego chroni swoją sztuczną tożsamość przed śmiercią. Cała kwestia w tym, że ego narzuca na cały proces śmierci swoje iluzje, dlatego tak się boi i traktuje śmierć jako coś najbardziej strasznego.

Kiedy umierają wyobrażenia, człowiek czuje, że dzieje się coś strasznego. Jakby walił się cały świat. I faktycznie światopogląd się zmienia. Nic już nie jest takie jak przedtem. Taka sytuacja dzieje się w momencie, kiedy ktoś podważa nasz aktualny światopogląd i mówi, że jest nieprawdziwy. Ego najpierw się broni, nie chce przyznać, że wszystko było iluzją -przecież ma taką wspaniałą historię życia. Takie wielkie „JA”, być nie może, że to jest iluzją. Poczucie własnej wartości jest w tej chwili naruszane.

Kiedy przykładowo ktoś powie, że całe Twoje wcześniejsze życie było bez obiektywnej wartości, to powstać może oburzenie, a nawet smutek. Dotyczy to szczególnie osób o silnym ego, popartym wieloma rzeczami. Przykładowo osoby o dużym statusie społecznym czy mające wysokie mniemanie o sobie i swoich zdolnościach. Najbardziej boli to jednak te osoby, które podświadomie czują się gorsze, które nadal walczą z tym, by być wystarczająco dobrym -znaleźć swoje miejsce. Informacja o tym, że cała przeszłość obiektywnie nic nie znaczy może wprowadzić w depresję. Ego sądzi, że całe życie jest zmarnowane. Powstaje ból i smutek. Oczywiście są to uczucia uwarunkowane.

Faktem jest, że wszystkie cele, które sobie postawiłeś są wymyślone. Wszystko, co dokonałeś w życiu, wszystko, czego dokonasz – jest tylko subiektywnym celem, który w odniesieniu do czystości istnienia jest nieważny. Wszystkie cele są wymyślone. Jeśli nie przez Ciebie to przez innych. W rzeczywistości nie ma obiektywnych celów życia czy misji do spełnienia. Dlatego cokolwiek robiłeś, robiłeś właściwie dla własnego ego – dla własnych wyobrażeń. Nie jest to nic negatywnego. Po prostu działasz jako świadomość w nieograniczonym wszechświecie i możesz działać jak tyko chcesz. Nikt Ci nic nie narzuca. Jesteś totalnie wolnym. Możesz to zaakceptować lub nie.

Wiele osób poświęca swoje życie innym ludziom, różnym ideom, bogom, czy różnym innym wyobrażeniom. Są to wymyślone egotyczne cele. Jeśli akceptują oni całkowicie swój wybór, są dokładnie na swoim miejscu. Wszystko jest w porządku spełniają się. Jeśli natomiast czują różne podświadome opory, zwątpienia, smutek w tle, to oznacza, ze nie akceptują w pełni tego, co robią. Warto więc się zastanowić, czy tego nie zmienić. Jesteś wolny, wszechświat Cię niczym nie ogranicza (z wyjątkiem prawa przyczyny i skutku, które nie jest ograniczeniem, a możliwością).

Każdy cel jest iluzją. Każde samookreślenie się względem innych jest wymysłem. Nie istnieje w obiektywnej rzeczywistości. Nie jesteś lepszy ani gorszy. Po prostu jesteś. Całkowicie wolny i niezależny. Twoja rzeczywistość jest całkowicie subiektywna i możesz z nią robić, co tylko chcesz. Możesz zmieniać swój punkt widzenia dowolnie. Jeśli Ci to pomoże, pomyśl sobie, że jesteś już doskonały, piękny, cudowny, najlepszy… to chwilowo pomoże. Ego poczuje się dowartościowane. Jednak będą to tylko oceny umysłu, od których nadal będziesz uzależniony. Chodzi o to, by wyjść ponad oceny innych. Wyjść ponad ego. Ponad sztucznymi ocenami nie ma gorszych i lepszych. Wszystko jest jedyne w swoim rodzaju i można powiedzieć, ze jest doskonałe. Wszystko jest przejawem boskości natury. Nieważne się już staje, co robiłeś, czego nie zrobiłeś. Nie musisz już siebie oceniać, ponieważ historia Twojego życia jest wymysłem i informacją dla ego. Kiedy nie ma ego, nie ma historii życia. Jest tylko moment teraźniejszości i wspaniałość doświadczania.

Uświadamiając sobie naturę ego, przychodzi moment, w którym człowiek już ego nie potrzebuje. Widzi, że nie jest to realne, oddziela od reszty, stawia warunki i tworzy iluzje. W momencie zrozumienia całej tej sytuacji, ego po prostu znika. Jest to też naturalny proces. Oświetlona światłem świadomości iluzja rozpływa się. Jest to kolejny etap rozwoju. Tak jak małe dziecko w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że potwór w szafie, którego się bało przecież nie istnieje. Staje się na tyle dorosłe, że przestaje w to wierzyć. Potwór już nigdy nie powróci. Sprawa zostaje zrozumiana i przekroczona.

Tu wystarczy dostrzec mechanizmy ego. Nie walczyć i nie próbować usunąć go na siłę. Siła jest domeną ego. Siła jest potrzebna do kontroli. Wszędzie gdzie pojawia się kontrola, musi być i siła. Próbując robić coś na siłę, próbujesz kontrolować rzeczywistość (siebie, świat). Jedyne, co z tego wyjdzie, to jeszcze głębsze uwikłanie się w egotyczną iluzję.

Dlatego nie warto walczyć czy się wysilać.

Pojawia się jednak lepsza możliwość – świadomość.

Świadomość jest czymś naturalnym, co jest w stanie wyzwolić spod więzów egotycznego umysłu. Świadomość obserwuje i doświadcza. Ona to jest ponad ego i ponad myślami. Wszystko co jest, jest w jej polu. Dlatego też, aby wyjść ponad ego, warto uświadomić sobie jego struktury. Zaobserwować i doświadczyć własnego ego „z góry”, jako czegoś, co istnieje w polu ciała. Kiedy się obserwuje myśli, jest się ich świadomym, nie zatraca się w nich. Świadomość nie podąża za myślami, nie utożsamia się z nimi, tylko obserwuje je w przestrzeni ciała.. Jest ponad nimi, dlatego może je dostrzec. To cała tajemnica. Nie utożsamiać się z myślami i wyobrażeniami, ale być świadomym procesu życia. Być świadomym tego, co dzieje się w ciele. Nie jesteś swoimi myślami.

Świadomość siebie i świata jest możliwa tylko w chwili obecnej. Nie jest możliwe być świadomym w przyszłości, czy przeszłości. Istnieje tylko chwila obecna – teraźniejszość. Nie da się zrobić żadnej rzeczy w przeszłości, nie da się działać w przyszłości. Jedynie w teraźniejszości działanie jest możliwe. Jedynie w teraźniejszości świadomość może zaistnieć. Ważna jest także przestrzeń. Jeśli świadomość jest gdzieś daleko, w wyobrażeniach, również zatraca się w myślach. Dlatego ważne jest bycie w ciele. Obserwacja całego pola ciała.

Pierwszą rzeczą, jaką warto zrobić, jest nauczyć się przebywać w chwili obecnej i własnym ciele. Na początku postarać się przebywać „tu i teraz” jak najczęściej. Bądź świadom tej właśnie chwili. Teraz, kiedy to czytasz. Ten moment jest momentem życia. To ciało jest miejscem życia. Zwróć uwagę na swój oddech. Poczuj ciało, bądź w ciele. Wejdź w ten moment, wejdź głęboko w rzeczywistość. Nie istnieje żadna inna chwila. Jeśli uchwycisz ten moment, może się zdarzyć, że odkryjesz coś niesamowitego. To może być przeżycie mistyczne. Nawiążesz prawdziwy kontakt z rzeczywistością. Możliwe, że nigdy wcześniej nie doświadczyłeś. Tym bardziej urzeknie Cię piękno tej rzeczywistości. Gdy tylko zauważysz, że umysł wybiega w przyszłość lub błądzi w przeszłości -zacznij być tego świadom, obserwuj. Uświadom sobie swoje ciało i umysł, który tworzy myśli. Doświadcz tworzenia tych myśli.

Wszelkie ważne do tej pory cele narzucone przez innych staną się tylko formą energetyczną -iluzją umysłu. Wszelkie misje, nakazy, zakazy, powinności -wszystko to stanie się przezroczyste i nietrwałe jak mgła. Twoje imię, nazwisko, pozycja społeczna, historia życia ciała, wszystko to jest wyobrażeniem unoszącym się w polu mentalnym. Wyobrażenie to jest narzucone na całą Twoją istotę, dzięki czemu Twoja rzeczywistość wygląda tak, a nie inaczej. Wszystkie określenia Twojego istnienia są wymysłem. Jesteś częścią wszechświata. Nagle nie ma już nic do spełnienia. Cokolwiek pomyślisz, będzie to ruchem myśli. Możesz myśleć cokolwiek, możesz tworzyć jakiekolwiek cele, jakiekolwiek misje. Nie ma to obiektywnego znaczenia. Istniejesz i doświadczasz cudowności stworzenia. Gdy to zauważysz, zaczniesz wychodzić na wolność.

Po takim wyjściu człowiek może stać się całkowicie niezależny. Nie jest już ważne czy spełnia swoje cele czy nie. Nie jest ważne czy się udaje czy nie. Wszystko staje się boskością. Wychodzi się ponad ego. W stanie wolności dopiero zaczyna się życie. Może się okazać, że zaczniesz robić to, co zawsze chciałeś robić. Podążysz za naturalnością Tego ciała. Znajdziesz się dokładnie na miejscu. Nie będzie już postawionych celów i oczekiwań. Będzie czysta radość z teraźniejszego działania. Do tego cały system ego nie jest potrzebny. Świadome tworzenie iluzji.

Życie Buddy – Villemo

Budda był młodym księciem o nazwisku Siddharta Gautama, żyjącym około 2500 lat temu na obszarze granicznym pomiędzy Indiami a Nepalem. Nigdy nie doświadczył cierpienia, ale gdy zauważył cierpienie innych ludzi spowodowane starością, chorobami i śmiercią porzucił luksusowe życie na dworze i udał się na duchowe poszukiwania – postanowił znaleźć przyczynę cierpienia, po czym uwolnić od niego ludzi. Przez sześć lat pobierał nauki u duchowych nauczycieli ówczesnej wysokorozwiniętej kultury Indii i praktykował nawet skrajną ascezę.

Poznajmy życie kolejnego Mistrza Duchowego…

Słowo Budda jest naprawdę tytułem, a nie imieniem własnym. Oznacza ono„ten, który się przebudził” – przebudził się, by ujrzeć, czym jest rzeczywistość. Słowo budda należy pisać z małej litery, gdy chodzi ogólnie o jakiegoś buddę (bądź o stan buddy = oświecenie) i z wielkiej, gdy piszemy o kimś konkretnym (np. o Buddzie Siakjamunim). Po raz pierwszy nadano ten tytuł człowiekowi urodzonemu 2500 lat temu w Nepalu jako Siddhartha Gautama. Współcześni historycy uznają rok 480 p.n.e. w przybliżeniu za datę jego urodzin.

Na południowym podgórzu Himalajów, wzdłuż rzeki Rohini zamieszkiwał ród Siakjów. Siddhartha urodził się w rodzinie panującej w niewielkim królestwie na pograniczu indyjsko-nepalskim. Królowa miała na imię Maja. Ojciec jej był władcą sąsiedniej prowincji tego samego rodu Siakjów i wujem jej męża. Przez lat dwadzieścia byli oni bezdzietni. Pewnej nocy Królowa miała dziwny sen. Widziała białego słonia, który przez prawy jej bok wszedł do łona. I stała się Królowa brzemienną. Król i lud z nadzieją oczekiwali narodzin królewskiego dziecięcia. Królowa, aby rodzić, według zwyczaju wracała do swych rodziców. W czasie drogi zatrzymała się, aby odpocząć w ogrodzie Lumbini. Świeciło piękne, wiosenne słońce. Wszędzie wokół niej kwitły drzewa Asioka. W zachwycie wyciągnęła Królowa prawą rękę, aby ułamać gałązkę. Kiedy to uczyniła, narodził się Książę. Wszyscy wyrażali szczerą radość z chwały Królowej i książęcego dziecięcia. Niebo i ziemia weseliły się. Pamiętny ten dzień był ósmym dniem kwietnia.

Radość Króla była ogromna. Dziecko nazwał Siddhartha, co znaczy „Spełnienie Wszystkich Marzeń”.

Niezbyt daleko w górach żył pustelnik nazywany Asita. Zobaczył on blask dookoła zamku. Biorąc to za dobry znak, przyszedł do pałacu. Kiedy pokazano mu dziecko, przepowiedział jego przyszłość mówiąc: „Kiedy ten Książę dorośnie i nie opuści pałacu, wtedy zostanie wielkim królem i podbije cały świat. Ale jeśli porzuci on pałace i poświęci swe życie religii, wówczas stanie się Buddą, Wybawcą świata”.

Kiedy Książę Siddhartha skończył siedem lat, zaczęto go uczyć sztuki rządzenia i wojowania; lecz myśli jego zwracały się ku innym sprawom. Zdarzyło się, że pewnego wiosennego dnia Książę wyszedł z zamku razem z ojcem. Gdy przyglądali się rolnikowi orzącemu pole, Książę spostrzegł ptaka, który spadając z wysokości, porwał małego robaka wydobytego pługiem rolnika. Usiadł Książę w cieniu drzewa i zamyślił się. Po chwili wyszeptał: „To straszne! Czy wszystko, co żyje, musi się wzajemnie zabijać?”.

On, który utracił matkę tak wcześnie, był wstrząśnięty tragedią owych małych istot. Ta rana w jego duszy powiększała się z biegiem lat. Jak rośnie z wiekiem blizna na młodym drzewku — tak przekonanie o cierpieniu, które niesie życie ludzkie, przenikało coraz bardziej myśli Księcia. Gdy Książę ukończył dziewiętnaście lat, Król ożenił go z Gopą. Jako ślubny prezent otrzymali: trzy pałace: zimowy, letni, i na porę deszczową, drogocenne łoża i stroje z najcieńszego jedwabiu. Przez dziesięć lat Książę Siddhartha żył w pałacach: Wiosny, Jesieni i Pory Deszczowej, otoczony muzyką, tańcami i zabawą. A jednak często pogrążał się w zadumie, zastanawiał się nad sensem ludzkiego życia. Wówczas uporczywie wracała myśl o cierpieniu:

„Cóż znaczą zbytki pałacu, zdrowe ciało i radosna młodość” — myślał Książę.„Pewnego dnia może złamać choroba, przyjdzie starość. Nie ma ucieczki przed śmiercią. Wszyscy rozumni ludzie powinni odrzucić radość z młodości i zdrowia, radość życia.

Walczący o przetrwanie człowiek poszukuje prawdziwej wartości. Może to czynić właściwie lub niewłaściwie. Jeśli przekonawszy się, że choroba, starość i śmierć są nieuniknione, nadal poszukuje wśród rzeczy pustych

i przemijających — idzie złą drogą.

Właściwie postępuje, kto, znając istotę choroby, starości i śmierci, zwraca się ku temu, co jest ponad ludzkie cierpienia. Mam wrażenie, że prowadząc dworskie życie pełne uciech, idę złą drogą”.

Tak zmagał się Książę ze swymi myślami do czasu, gdy przyszedł na świat Rahula, jego jedyne dziecko. Siddhartha miał wtedy około 29 lat, i poznał cztery rzeczy, które miały zadecydować o jego losie. Pewnego dnia podczas przejażdżki po królewskim parku, ujrzał nagle zgrzybiałego, niedołężnego starca i dowiedział się, że starość jest przeznaczona wszystkim. Drugą rzeczą była choroba – ciężko chory człowiek, pokryty wrzodami, trzecią – śmierć – zwłoki niesione wśród lamentu żałobników. Czwarta – asceza – niosła ze sobą nadzieję i pocieszenie. Siddhatrha ujrzał wędrownego pobożnego żebraka, noszącego prostą szatę. Jego obraz sprawił, że Książę zrozumiał swe przeznaczenie i postanowił uciec z pałacu by udać się na wędrówkę. Pewnej nocy kazał osiodłać swojego konia i odjechał.

Gdy postanowił odsunąć się od świeckiego życia, uczynił cztery wielkie ślubowania. Przysiągł ratować wszystkich ludzi, wyrzec się wszelkich ziemskich pragnień, poznać wszystkie nauki oraz osiągnąć doskonałe Oświecenie. Te śluby były przejawem miłości i miłosierdzia, które stanowią o naturze Buddy.

Najpierw odwiedził pustelnika Bhagawę i zapoznał się z praktykami ascezy. Potem skierował się do Arady Kalamy i Udraki Ramaputry, aby nauczyć się ich sposobów osiągania nirwany przez medytację. Ćwicząc przez jakiś czas, doszedł do przekonania, że nie mógłby w ten sposób osiągnąć Oświecenia. Wreszcie dotarł Książę do państwa Magadha i zatrzymał się w lesie Uruwilwa, nad brzegiem rzeki Nairandżana, przepływającej opodal zamku Gaja. Prowadził tam życie ascety. Ćwiczenia jego były niezwykle intensywne. Mobilizował się myślą, że „żaden asceta w przeszłości, teraz ani w przyszłości nie był, ani nigdy nie będzie tak gorliwy jak ja”. Mimo to Książę nie mógł osiągnąć celu. Po 6 latach surowej ascezy, m.in. staniu bez ruchu na deszczu i żarze słońca, ćwiczeniach zatrzymywania oddechu. Znowu wyruszył w podróż i pewnego wieczór dotarł do miasteczka nazywanego Gaya, gdzie w cieniu rozłożystego drzewa usiadł w tradycyjnej pozycji lotosu. Na początku kontrolował swoje ciało przy pomocy myśli, jednak bardzo szybko zmienił technikę. Rozpoczął nadzwyczajną ascezę, jadł tylko jedno ziarenko ryżu dziennie. Wkrótce ręce i nogi Gautamy stały się podobne do sękatych gałęzi, jego kręgosłup do nierówno zaplecionego warkocza, a klatka piersiowa do prążkowanej skorupy kraba. Jedynie oczu błyszczały w jego wychudłej twarzy, podobne do gwiazd odbijających się wgłębi prawie wyschniętej studni. Pozostawał w całkowitym bezruchu, nie poruszał się ani wtedy, gdy słońce mocno prażyło, ani wtedy, gdy przechodził gwałtowny wiatr lub deszcz. Nawet nie drgnął, gdy kąsały go komary. Wraz z upływem dni coraz mniej przypominał ludzką istotę. Chłopcy i dziewczęta z wioski, którzy przychodzili paść bydło, kosić trawę czy zbierać drewno w lesie, uważali go za demona.

Przyszedł jednak czas, gdy Shakyamuni zatrzymał się na tej zgubnej drodze, w którą rzucił się z miłości do ludzi. Zrozumiał w końcu, że nie jest to droga prowadząca do oświecenia, kładącego kres narodzinom, starości i śmierci. Oto, więc po raz kolejny znalazł się sam, w stanie całkowitego wyczerpania. Cały jego organizm wymagał wzmocnienia i nie był na to innego lekarstwa niż przerwanie postu. W tym momencie pojawiła się dziewczyna o imieniu Saudjata, która od początku interesowała się niezwykłym przybyszem. Ze świeżego ryżu i mleka przygotowała mu wspaniały posiłek. Później Gautama wykąpał się w rzece, zgolił włosy i brodę. Wrócił pod drzewo i zrobiwszy sobie z trawy małą poduszkę, dzięki której mógł wygodnie siedzieć, rozpoczął praktykę. Zgorszeni towarzysze w ascezie opuścili go. Legenda mówi też, że któregoś dnia Budda usłyszał, jak muzyk poucza swojego ucznia: „jeśli napniesz strunę zbyt mocno – pęknie, jeśli za słabo – nie wyda żadnego dźwięku”. Wówczas pojął, że zbyt skrajnie ascetyczne techniki medytacyjne nie prowadzą do celu i zaczął normalnie odżywiać się i dbać o swoje zdrowie. Jego towarzysze uznali wówczas, że mistrz zdradził drogę, w którą wierzyli.

Książę został zupełnie sam. Był jeszcze osłabiony, lecz

z narażeniem życia rozpoczął jeden jeszcze okres medytacji, mówiąc sobie: „Nie opuszczę tego miejsca, zanim nie odnajdę drogi do Oświecenia — choćby moja krew wyschła, ciało rozpadło się, a kości obróciły się w proch”.

Oświecenie

Siddhartha usiadł pod drzewem Bodhi, w miejscu obecnie zwanym Bodh Gaja i stwierdził, że będzie tam siedział tak długo, aż nie rozwiąże zagadki cierpienia. Medytował przez 49 dni, w czasie których nawiedził go duch Mara – szatan religii buddyjskiej. Kusił Siddharthę, pokazując mu swoje piękne córki, Pożądanie, Rozkosz i Namiętność, obiecywał władzę nad światem, a gdy to nie wystarczyło, straszył spiskami, które jakoby wtrąciły żonę Siddharthy do więzienia. Na koniec zaś zesłał zastępy demonów, które napastowały medytującego burzą i huraganami. W ciągu ostatnich trzech dni medytowania Siddhartha Gautama poznał wszystkie swoje wcielenia, poznał tajemnicę smutku, zrozumiał, że świat jest pełen cierpienia i dowiedział się, co ma uczynić człowiek, aby nad cierpieniem zatriumfować (cztery szlachetne prawdy). Osiągnął stan pełnego oświecenia. Było to anuttara samjak sambodhi – najwyższe pełne samooświecenie, wyzwolenie od cierpienia i zrozumienie jego przyczyn. Książę stał się Buddą ósmego dnia grudnia; miał wtedy trzydzieści pięć lat.

Po osiągnięciu tego stanu siedział kolejne 7 tygodni pod drzewem Bodhi medytując nad tym, co zrobić po osiągnięciu oświecenia.

Od tego momentu zwano go Buddą – przebudzonym.

Przez jakiś czas zastanawiał się czy powinien głosić światu swą mądrość, ale wtedy zstąpił do niego Brahma i rozwiał jego wątpliwości. Budda odszedł, więc od drzewa i udał się do Jeleniego Parku, gdzie spotkał swoich pięciu dawnych towarzyszy – ascetów. Wygłosił do nich swoje pierwsze legendarne kazanie, puścił w ruch Koło Prawa.

Od tego czasu był znany pod różnymi imionami. Nazywali go Buddą, Doskonale Oświeconym, Tathagatą; inni mówili o nim: Siakjamuni „Mędrzec z rodu Siakjów”. Jeszcze inni nazywali go Czczonym przez Cały Świat.

W ciągu dalszych 45 lat swego życia Budda nauczał podróżując z jednej miejscowości do drugiej i dając rady związane z konkretnymi sytuacjami życiowymi. Dopiero po jego śmierci w wieku 80 lat jego nauki zostały spisane i uporządkowane. Ten zbiór nosi nazwę „dharma” – w sanskrycie znaczy to „Jakimi rzeczy są” – i zawiera 84.000 nauk. Jednak o samych naukach Buddy w następnej części.

Najpierw poszedł do Mrigadawa w Benares, gdzie przebywało pięciu żebraków — towarzyszy sześciu lat jego ascetycznego życia. Początkowo nie chcieli go przyjąć, lecz przekonał ich i uwierzyli mu, zostając pierwszymi jego naśladowcami. Następnie skierował się do zamku Radżagriha — gdzie pozyskał sobie króla Bimbisarę, który był jego starym przyjacielem Stamtąd wyruszył na wędrówki po kraju, w czasie których nauczał, jak pójść drogą życia, którą odkrył; utrzymywał się z jałmużny. Ludzie przyjmowali go, bo spragniony szuka wody, a głodny pożywienia. Przyłączyło się do niego dwóch wielkich uczniów: Siariputra i Maudgaljajana z dwustu swoimi uczniami.

Kiedy Budda miał osiemdziesiąt lat i wybrał się z Radżagrihy do Srawasti, zachorował w Wajsiali i przepowiedział, że za trzy miesiące osiągnie Nirwanę. Jednak poszedł dalej i dotarł do Pawa, gdzie rozchorował się bardzo ciężko po spożyciu posiłku ofiarowanego mu przez kowala imieniem Czunda. Nie bacząc na wielki ból i osłabienie, doszedł powoli do lasu na skraju miasta Kusinagara.

Tam, leżąc między dwoma wielkimi drzewami Sala, nauczał swoich wyznawców aż do ostatniej swojej chwili. Budda skierował do uczniów swe ostatnie słowa:

„Uczyńcie z siebie światło. Polegajcie na sobie, na nikogo nie liczcie. Moje nauki niech będą światłem dla was. Polegajcie na nich i nie ufajcie żadnym innym naukom.”

Zakończywszy swe dzieło jako największy z nauczycieli świata i najlepszy z ludzi, osiągnął stan doskonałego spokoju.

Przyjaciele pod kierunkiem Anandy, ulubionego ucznia, spalili ciało Buddy w Kusinagarze.

Siedmiu władców sąsiednich krajów domagało się części prochów Buddy, na równi z Królem Kusinagary. Początkowo król Adżatasatru nie chciał się zgodzić na podział i spór mógł przerodzić się w wojnę. Za radą mędrca imieniem Drona prochy rozdzielono jednak między osiem wielkich państw, unikając w ten sposób zatargu. Popioły stosu pogrzebowego oraz gliniane naczynie, w którym przechowywano szczątki, przekazano dwóm innym władcom, aby były otoczone podobną czcią. Prochy Buddy i jego szczątki złożono w wielkich wieżach, które wybudowano ku jego czci.

Budda nie uważał się za Boga i sami buddyści też go nigdy za takiego nie uważali. Był człowiekiem, który osiągnął Oświecenie, czyli zgłębił znaczenie życia w całej jego pełni.

Trzy aspekty Ciała Buddy
Nie próbuj rozpoznać Buddy na podstawie jego postaci lub atrybutów, gdyż ani postać, ani atrybuty nie są prawdziwym Buddą. Prawdziwy Budda — to samo Oświecenie, zaś właściwą drogą do poznania Buddy jest osiągnięcie Oświecenia.

Jeśli ktoś, spostrzegając wspaniałe cechy Buddy, myśli, że zna Buddę — ulega złudzeniu nieświadomego oka, gdyż Budda nie może być zamknięty w jakimś kształcie ani dostrzeżony ludzkim wzrokiem. Podobnie niemożliwym jest rozpoznanie Buddy na podstawie doskonałego opisu jego cech, bowiem atrybutów Buddy nie można opisać językiem ludzi.

Jeśli ktoś wyraźnie postać Buddy lub jasno dostrzega Jego cechy i nie ogranicza swych wyobrażeń do tej formy i tych cech — oznacza to, że jest zdolny ujrzeć i rozpoznać Buddę.

Osoba Buddy — to samo Oświecenie. Nie mając kształtu ani materialnej postaci, był zawsze i będzie trwać wiecznie. Nie jest ziemskim ciałem, które musi odżywiać się pokarmem. Jest odwieczną istotą, której ciałem jest Mądrość. Budda nie doświadcza, więc lęku ani choroby. Jest wieczny i niezmienny.

Budda, więc nie zniknie — jak długo będzie trwało Oświecenie. Oświecenie jest jak światło Mądrości, które otwiera ludziom oczy na nowe życie i sprawia, że rodzą się w świecie Buddy.

Ci, którzy to rozumieją, stają się dziećmi Buddy: przestrzegają Jego Dharmy, szanują Jego nauki oraz przekazują je potomnym. Nie ma nic cudowniejszego niż potęga Buddy.

Ciało Buddy ma trojaką naturę. Ma ona aspekt Istoty, czyli Dharmakaji, aspekt Możliwości, czyli Sambhogakaji oraz aspekt Przejawiania, czyliNirmanakaji.

Dharmakaja jest substancją Dharm. Oznacza to, że jest treścią samej Prawdy. W tym aspekcie Budda nie ma kształtu ani barwy. Ponieważ nie ma kształtu ani barwy, nie przybywa i nie oddala się w przestrzeni. Podobnie jak błękitne niebo, obejmuje wszystko, a ponieważ jest wszystkim, niczego w nim nie brak.

W tym aspekcie osoba Buddy wypełnia każdy zakątek wszechświata; dociera wszędzie i trwa wiecznie, niezależnie od tego, czy ludzie wierzą w Jego istnienie czy wątpią.

Sambhogakaja oznacza, że natura Buddy, nie mający kształtu duch stanowiący połączenie Miłosierdzia i Mądrości, przejawia się za pośrednictwem symboli — narodzin i śmierci, symboli czynienia ślubów, ćwiczeń oraz objawienia Jego świętego imienia, aby doprowadzić wszystkich ludzi do wybawienia.

Zatem Miłosierdzie jest Istotą Jego ciała i w tym duchu Budda używa wszelkich środków, aby wyzwolić wszystkich, którzy są do tego przygotowani. Podobnie jak ogień, który — raz rozniecony — nie zagaśnie dopóki jest paliwo, tak Miłosierdzie Buddy nie ustanie aż do wyczerpania ziemskich namiętności. I jak wiatr, który zwiewa pył, Miłosierdzie Buddy zwiewa proch ludzkiego cierpienia.

Nirmanakaja oznacza, że Budda Możliwości udzielił ludziom pomocy, ukazując się światu w cielesnej postaci. Stosownie do ludzkich charakterów i możliwości zrozumienia przedstawił aspekty narodzin, wyrzeczenia się tego świata i osiągnięcia Oświecenia. Budda w tej postaci posługuje się wszelkimi środkami, również chorobą i śmiercią, by wskazać ludziom drogę.

Postacią Buddy jest zasadniczo Dharmakaja. Jako że różne są natury ludzkie, Budda ukazuje się w rozmaitej formie. Mimo że forma ta jest dostosowana do pragnień, uczynków i zdolności człowieka, Budda jest zawsze prawdą Dharmy.

Chociaż ciało Buddy jest trojakie, Jego duch oraz cel jest jeden: wybawienie wszystkich ludzi.

Źródła:

Na podstawie źródeł opracowała Villemo

 

 

Jezus Chrystus – doskonała osobowość

Jedną z największych radości mojego życia była możliwość poznania, poprzez Księgę Urantii, fascynującej postaci Jezusa. Ten Bóg-człowiek, którego jako dziecko poznałam poprzez skostniałe dogmaty instytucji religijnych, był tak obcy i tak daleki. Wielokrotnie czytając Biblię usiłowałam zobaczyć tę, tak ludzką jak i nadludzką istotę, w życiu codziennym, idącego w kurzu dróg Galilei, to znowu siedzącego w łodzi na Jeziorze Galilejskim. Zawsze coś uciekało, coś było trudno uchwytne, czegoś brakowało. Pozostawało wrażenie, że ma się w ręku opis niekompletny, że gdzieś w końcu powinien znajdować się pełen i wyczerpujący opis tak nauczania jak i postaci Jezusa. Nie chcę tutaj nawet sugerować, że opis poniższy, seria cytatów z Księgi Urantii, jest tą właśnie poszukiwaną prawdą. To kwestia przekonań osobistych. Zanim książka ukaże się w całości, warto zapoznać się z tymi kilkoma wybranymi cytatami, przedstawionymi poniżej.

Małgorzata Jaworska

 

Str. 1101,1102,1103 „Niewyczerpana życzliwość Jezusa poruszała serca ludzkie, lecz nieugięta siła jego charakteru zadziwiała jego wyznawców. Był naprawdę szczery; nie było w nim nic z hipokryty. Był wolny od sztuczności; był zawsze pokrzepiająco autentyczny. Nigdy nie poniżał się do udawania, nigdy nie uciekał się do zawstydzania. Żył prawdą, dokładnie tak jak jej nauczał. On był prawdą. Zmuszony był głosić swojemu pokoleniu zbawczą prawdę, nawet kiedy taka szczerość czasami sprawiała ból. Był bezwarunkowo lojalny wobec wszelkiej prawdy.

Poza tym Mistrz był tak racjonalny, tak przystępny. Był wyjątkowo praktyczny w całej swojej działalności, podczas gdy wszystkie jego plany charakteryzowały się uświęconym zdrowym rozsądkiem. Był tak bardzo pozbawiony wszelkich dziwacznych, niekonsekwentnych i ekscentrycznych tendencji. Nigdy nie był kapryśny, grymaśny czy histeryczny. W całym jego nauczaniu i we wszystkim co zrobił, zawsze była wyrafinowana roztropność połączona z nadzwyczajnym poczuciem stosowności – co wypada a co nie.

Syn Człowieczy zawsze posiadał zrównoważoną osobowość. Nawet jego wrogowie zachowywali odpowiedni szacunek wobec niego; obawiali się nawet jego obecności. Jezus był nieustraszony. Był przepełniony boskim entuzjazmem, lecz nigdy nie bywał fanatyczny. Był ożywiony emocjonalnie lecz nigdy nie był niestateczny. Był obdarzony wyobraźnią lecz zawsze praktyczny. Otwarcie stawiał czoła realnościom życia, lecz nigdy nie bywał nudny czy prozaiczny. Był odważny lecz nigdy nierozważny; rozważny lecz nigdy nie tchórzliwy. Był wyrozumiały ale nie sentymentalny; unikalny ale nie ekscentryczny. Był pobożny lecz nie świętoszkowaty. A był tak bardzo zrównoważony gdyż był doskonale zintegrowany.

Oryginalność Jezusa była niezmożona. Nie był związany tradycją czy ograniczony zniewoleniem zawężonej konwencjonalności. Mówił z niezachwianą pewnością i nauczał z absolutnym autorytetem. Lecz jego wspaniała oryginalność nie przeszkadzała mu w dostrzeganiu klejnotów prawdy w naukach jego poprzedników oraz jemu współczesnych. A najbardziej oryginalną jego nauką było położenie nacisku na miłość i miłosierdzie w miejsce strachu i ofiar.

Jezus odznaczał się wyjątkowo śmiałymi poglądami. Napominał swych wyznawców aby głosili ewangelię wszystkim narodom. Był wolny od zaściankowości. Jego wyrozumiałe serce obejmowało całą ludzkość, nawet wszechświat. Jego zaproszenie zawsze brzmiało: „Ktokolwiek zechce, pozwólcie mu przyjść”.

Prawdziwie powiedziano o Jezusie, że „ufał Bogu”. Jako człowiek pomiędzy ludźmi, ufał najwznioślej Ojcu w niebie. Ufał swemu Ojcu jak małe dziecko ufa swemu ziemskiemu rodzicowi. Jego wiara była doskonała, jednak nigdy nie zarozumiała. Bez znaczenia jak okrutna mogła się wydawać natura, czy jak obojętny byłby jej stosunek wobec dobra człowieka na ziemi, Jezus nigdy nie zachwiał się w swojej wierze. Był odporny na rozczarowania i nieczuły na prześladowania. Był niewzruszony wobec oczywistego niepowodzenia.

Kochał ludzi jak braci, zauważając jednocześnie jak różnią się oni w zdolnościach wrodzonych czy cechach nabytych. „Chodził, czyniąc dobrze”.

Jezus był człowiekiem niezwykle radosnym, lecz nie był ślepym, bezmyślnym optymistą. Ciągle napominał: „Nie upadajcie na duchu”. Mógł zachowywać postawę tak pewną ze względu na swe niezachwiane zaufanie pokładane w Bogu i niewzruszoną ufność w człowieka. Zawsze był wrażliwy i taktowny w stosunku do wszystkich ludzi, gdyż kochał ich i wierzył w nich. Mimo to zawsze był wierny swoim przekonaniom i imponująco niezmienny w swym oddaniu dla czynienia woli jego Ojca.

Mistrz zawsze był szczodry. Ciągle powtarzał, że „bardziej błogosławioną rzeczą jest dawać niż brać”. Powiedział: „Darmo wzięliście, darmo dawajcie”. A mimo tej całej swej bezgranicznej szczodrości, nigdy nie był rozrzutny czy ekstrawagancki. Nauczał, że trzeba wierzyć aby otrzymać zbawienie. „Każdy, kto prosi, otrzyma”.

Był bezpośredni lecz zawsze życzliwy. Powiedział: „Gdyby tak nie było, nie mówiłbym wam”. Mówił bez ogródek, lecz zawsze był przyjacielski. Był szczery w swej miłości do grzesznika i w swej nienawiści do grzechu. Lecz przy całej tej zadziwiającej bezpośredniości był bezbłędnie sprawiedliwy.

Jezus był wciąż radosny, pomimo że czasem pił do dna puchar ludzkiego smutku. Nieustraszenie stawiał czoła realnościom życia a jednak był przepełniony entuzjazmem dla ewangelii królestwa. Jednak to on panował nad swym entuzjazmem, nigdy entuzjazm nie panował nad nim. Poświęcił się w pełni „sprawie Ojca”. Jego boski entuzjazm doprowadzał jego nie uduchowionych braci do wniosku, że jest obłąkany, lecz przyglądający się temu wszechświat oceniał go jako model rozsądku i wzór najwyższego poświęcenia się śmiertelnika wysokim standardom życia duchowego. Jego kontrolowany entuzjazm był zaraźliwy; jego towarzysze zmuszani byli do podzielania jego boskiego optymizmu.

Ten człowiek z Galilei nie był człowiekiem smutku, był duszą radości. Zawsze mawiał: „Cieszcie się i radujcie”. Jednak gdy obowiązki tego wymagały, był skłonny kroczyć odważnie „doliną cienia śmierci”. Był radosny lecz jednocześnie pokorny.

Jego odwaga dorównywała tylko jego cierpliwości. Gdy wywierano nań nacisk, aby działał przedwcześnie, odpowiadał tylko: „Moja godzina jeszcze nie nadeszła”. Nigdy się nie spieszył; jego opanowanie było majestatyczne. Lecz oburzał się często na zło, nie tolerował grzechu. Był często bardzo poruszony, przeciwstawiając się temu co szkodliwe dla dobra jego dzieci na ziemi. Jednak jego oburzenie na grzech nigdy nie prowadziło go do gniewu wobec grzesznika.

Jego odwaga była imponująca lecz nigdy nie był nieroztropny. Jego hasło brzmiało: „Nie bójcie się”. Jego męstwo było podniosłe a jego odwaga częstokroć heroiczna. Lecz odwaga jego połączona była z rozsądkiem i kontrolowana logiką. Była to odwaga zrodzona z wiary, nie lekkomyślność ślepych przypuszczeń. Był naprawdę odważny, lecz nigdy zuchwały.

Mistrz był wzorem w czczeniu. Modlitwa jego, nawet z czasu młodości, zaczynała się od słów: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię twoje”. Był on pełen szacunku nawet dla błędnych praktyk religijnych swych współbraci. Lecz to nie powstrzymało go od kwestionowania tradycji religijnych czy ostrego występowania przeciw błędom w ludzkim wierzeniu. Był pełen czci dla prawdziwej świętości a przecież słusznie mógł zwracać się do swych braci słowami: „Któż z was może mi dowieść grzechu?”.

Jezus był wielki, ponieważ był dobry a mimo to bratał się z małymi dziećmi. Był delikatny i bezpretensjonalny w swym życiu osobistym a mimo to był doskonałym człowiekiem tego wszechświata. Jego towarzysze nazywali go spontanicznie Mistrzem.

Jezus posiadał doskonale zjednoczoną osobowość ludzką. I dziś, tak jak w Galilei, wciąż jednoczy doświadczenie śmiertelnika i koordynuje wysiłki ludzkie. Jednoczy życie, uszlachetnia charakter i upraszcza doświadczenie. Wnika w ludzki umysł aby wywyższać go, zmieniać i przekształcać. Jest dosłowną prawdą: „Jeśli ktokolwiek ma w sobie Jezusa Chrystusa, jest nowym stworzeniem, to co dawne minęło, oto wszystko stało się nowe”.

Str. 1562 „Inni apostołowie odnosili się do Jezusa z szacunkiem ze względu na pewne szczególne i wybitne cechy jego doskonałej osobowości, ale Tomasz szanował Mistrza ponieważ ów miał wspaniale zrównoważony charakter. Coraz bardziej Tomasz podziwiał i szanował tego, który był tak łaskawie miłosierny a przecież tak bezwzględnie sprawiedliwy i bezstronny; bardzo stanowczy ale nigdy nie uparty; tak opanowany ale nigdy nie obojętny; tak pomocny i tak współczujący ale nigdy nie wścibski czy dyktatorski; tak silny ale jednocześnie tak delikatny; tak stanowczy ale nigdy nie szorstki czy grubiański; tak delikatny ale nigdy nie chwiejny; tak czysty i niewinny ale jednocześnie tak męski, bojowy i pełen siły; tak prawdziwie odważny ale nigdy nie szaleńczy czy nierozważny; tak wielki miłośnik przyrody ale tak wolny od wszelkiej tendencji jej czczenia; tak pełen humoru i tak lubiący żartować ale tak wolny od lekkomyślności i frywolności. To właśnie ta niezrównana symetria osobowości tak bardzo oczarowała Tomasza. Prawdopodobnie, spośród całej dwunastki, Tomasz intelektualnie najpełniej rozumiał i doceniał osobowość Jezusa”.

Str. 1589 „Mistrz wykazywał wielką mądrość i przejawiał doskonałą bezstronność w całym swoim postępowaniu z apostołami i wszystkimi jego uczniami. Jezus prawdziwie był mistrzem dla ludzi; wywierał wielki wpływ na swoich współbraci ponieważ w swojej osobowości łączył urok i siłę. Jego surowe, koczownicze i bezdomne życie charakteryzowało się subtelnym majestatem. Istniał intelektualny powab oraz duchowa moc przyciągająca w jego autorytatywnym sposobie nauczania, w jego klarownej logice, sile rozumowania, jego bystrej wnikliwości, czujności umysłu, w jego niezrównanym opanowaniu i subtelnej tolerancji. Był prosty, mężny, uczciwy i nieustraszony. Wraz z tymi wszystkimi fizycznymi i intelektualnymi czynnikami występującymi w postawie Mistrza, istniały w nim także te wszystkie duchowe uroki jego jestestwa, które były związane z jego osobowością – cierpliwość, łagodność, delikatność i pokora.

Jezus z Nazaretu miał naprawdę silną i dynamiczną osobowość; był intelektualną potęgą i duchową fortecą. Jego osobowość przemawiała nie tylko do duchowo nastawionych kobiet, znajdujących się wśród jego wyznawców, ale także do wykształconego intelektualisty Nikodema i do odważnego rzymskiego żołnierza, kapitana postawionego na straży przy krzyżu, który gdy skończył przyglądać się śmierci Mistrza, powiedział: „Prawdziwe, to był syn Boży”. A krzepcy, surowi rybacy galilejscy, nazywali go Mistrzem.

Wyjątkowo godne pożałowania są obrazy przedstawiające Jezusa. Te malowidła przedstawiające Chrystusa wywierają szkodliwy wpływ na młodzież; kupcy w świątyni pewnie nie uciekaliby przed Jezusem, jeśli byłby on takim człowiekiem, jakiego zazwyczaj przedstawiali wasi artyści. Był on pełen dostojnej męskości, był dobry lecz naturalny. Jezus nie pozował na łagodnego, słodkiego, delikatnego i poczciwego mistyka. Jego nauczanie było przejmująco dynamiczne. On nie tylko miał na myśli dobro, ale faktycznie chodził czyniąc dobro”.

Str. 1609 „Mistrz był doskonałym wzorem ludzkiej samokontroli. Kiedy mu urągano, on nie urągał; kiedy cierpiał, nie wyrzekł słowa groźby przeciwko swoim dręczycielom; kiedy był wydany przez swoich wrogów po prostu powierzył siebie prawemu osądowi Ojca w niebie”.

Str. 1671 „Najbardziej zadziwiającą i najbardziej rewolucyjną cechą misji Michała na ziemi była jego postawa wobec kobiet. W czasach i w pokoleniu, gdy było przyjęte, że w miejscu publicznym mężczyzna nie pozdrawiał nawet własnej żony, Jezus, w związku z trzecią turą po Galilei ośmielił się wziąć ze sobą kobiety jako nauczycielki ewangelii. I miał bezprzykładną odwagę uczynić to w obliczu nauczania rabinicznego, które głosiło, że byłoby „lepiej aby słowa prawa były spalone, niż miały być przekazane kobietom”. Jezus, w jednym pokoleniu, podźwignął kobiety ze stanu lekceważącego zapomnienia i trwającej wieki niewolniczej harówki. I jest rzeczą haniebną dla religii, która ośmieliła się przyjąć imię Jezusa, że w swojej późniejszej postawie wobec kobiet nie miała moralnej odwagi pójścia za jego szlachetnym przykładem.

Gdy Jezus obracał się między ludźmi, zauważali oni, że był zupełnie wolny od przesądów tamtych dni. Był wolny od religijnych uprzedzeń; nigdy nie był nietolerancyjny. W jego sercu nie było niczego, co przypominałoby antagonizmy społeczne. Podczas gdy przestrzegał tego co dobre w religii jego ojców, nie wahał się lekceważyć sztucznych tradycji, wyniku przesądów i niewoli. Ośmielał się nauczać, że katastrofy przyrody, wypadki czasu i inne tragiczne zdarzenia, nie są dopustem bożych wyroków czy tajemniczymi zrządzeniami Opatrzności. Potępiał niewolnicze poświęcanie się nic nie znaczącym obrzędom i demaskował fałszywe rozumowanie kultu materialistycznego. Śmiało głosił duchową wolność człowieka i ośmielał się nauczać, że śmiertelnicy w ciele są faktycznymi i prawdziwymi synami żywego Boga.

Jezus przewyższył wszelkie nauki swoich poprzedników, kiedy śmiało zamienił czyste ręce na czyste serce, jako znak prawdziwej religii. Rzeczywistość postawił na miejscu tradycji i wymiótł wszelkie aspiracje próżności i hipokryzji. A jednak ten nieustraszony człowiek Boży nie dawał upustu destrukcyjnemu krytycyzmowi czy przejawom krańcowego lekceważenia religijnych, społecznych, ekonomicznych i politycznych zwyczajów tamtego czasu. Nie był on agresywnym rewolucjonistą, był postępowym ewolucjonistą. Zajmował się niweczeniem tego co było tylko wtedy, kiedy równocześnie oferował swoim współbraciom rzecz wyższą, która powinna być.

Jezus nie wymagał posłuszeństwa od swoich zwolenników, ale je miał. Tylko trzech ludzi, których powołał osobiście, odmówiło jego zaproszeniu do zostania jego uczniami. Roztaczał osobliwą moc przyciągania nad ludźmi lecz nie był dyktatorski. Przewodził pewnie i nikt nigdy nie czuł się urażony wydawanymi przez niego poleceniami. Przejął absolutną władzę nad swoimi uczniami ale nikt nigdy się nie sprzeciwił. Pozwolił swoim wyznawcom aby nazywali go Mistrzem.

Mistrz był podziwiany przez wszystkich, którzy go spotkali, za wyjątkiem tych, którzy żywili głęboko zakorzenione religijne uprzedzenia lub tych, którzy uważali, że dostrzegli polityczne niebezpieczeństwo w jego nauczaniu. Ludzie byli zdumieni oryginalnością i autorytatywnością jego nauczania. Podziwiali jego cierpliwość w postępowaniu z zacofanymi i natrętnymi ludźmi zadającymi pytania. Bali się go tylko ci, którzy go nie spotkali a znienawidzony był tylko przez tych, którzy uważali go za orędownika tej prawdy, której przeznaczeniem było obalenie zła i błędów, które oni zdecydowani byli zachować w swych sercach za wszelką cenę.

Wywierał wielki i szczególnie fascynujący wpływ zarówno na przyjaciół jak i na wrogów. Tłumy mogły podążać za nim tygodniami tylko po to, żeby usłyszeć jego łaskawe słowa i ujrzeć jego proste życie. Oddani mu mężczyźni jak i kobiety, kochali Jezusa z niemalże nadludzkim uczuciem. Im lepiej go poznawali tym bardziej go kochali. I wszystko to jest prawdą; nawet dzisiaj i we wszystkich przyszłych epokach, im bliżej będzie człowiek poznania tego Boga-człowieka, tym bardziej będzie go kochać i za nim podążać”.

Str. 1674 „To czego Jezus nauczał o zrównoważonym charakterze nie wywarło takiego wpływu na jego towarzyszy jak fakt, że jego własne życie było tak wymownym przykładem jego nauczania. Żył pośrodku stresu i burzy lecz nigdy się nie zachwiał. Jego wrogowie wciąż szykowali mu pułapki lecz go nigdy nie usidlili. Mędrcy i uczeni usiłowali go zwieść lecz on nie pobłądził. Usiłowali go uwikłać w dyspucie lecz odpowiedzi jego były zawsze oświecające, dostojne i ostateczne. Kiedy przerywano mu dyskusję rozlicznymi pytaniami, odpowiedzi jego były zawsze znamienne i decydujące. Nigdy nie uciekał się do niegodziwych taktyk, będąc pod ciągłym naciskiem swoich wrogów, którzy nie wahali się stosować każdego rodzaju fałszywych, nierzetelnych i niecnych metod ataku na niego”.

Str. 1874, 1875 „Jezus szerzył otuchę wszędzie gdzie poszedł. Był pełen łaski i prawdy. Jego towarzysze nigdy nie zaprzestali dziwić się łaskawym słowom, które płynęły z jego ust. Możecie kultywować łaskawość, ale miłosierdzie jest aromatem życzliwości, który emanuje z przesyconej miłością duszy.

Dobroć zawsze wzbudza szacunek, ale kiedy pozbawiona jest łaski, często odpycha uczucie. Dobroć przyciąga powszechnie jedynie wtedy, kiedy jest łaskawa. Dobroć odnosi skutek tylko wtedy kiedy pociąga.

Jezus naprawdę rozumiał ludzi; dlatego też mógł przejawiać prawdziwą życzliwość i okazywać szczere współczucie. Rzadko jednak ulegał litości. Podczas kiedy współczucie jego było bezgraniczne, jego życzliwość była praktyczna, osobista i konstruktywna. Jego obycie z cierpieniem nigdy nie rodziło obojętności i zdolny był do służenia udręczonym duszom bez pomnażania ich litości nad samymi sobą.

Jezus mógł tak bardzo pomagać ludziom dlatego, że kochał ich tak szczerze. Naprawdę kochał każdego mężczyznę, każdą kobietę i każde dziecko. Mógł być tak oddanym przyjacielem, gdyż posiadał nadzwyczajną wnikliwość – wiedział dokładnie co znajdowało się w sercu i umyśle człowieka. Był dociekliwym i przenikliwym obserwatorem. Był mistrzem w rozumieniu ludzkich potrzeb, inteligentnie dostrzegał ludzkie pragnienia.

Jezus nigdy się nie spieszył. Zawsze miał czas pocieszać swoich bliźnich „jak przechodził obok”. W jego obecności jego przyjaciele nie czuli się skrępowani. Był czarującym słuchaczem. Nigdy nie zajmował się wścibskim zagłębianiem się w dusze swoich towarzyszy.

Kiedy pocieszał głodne umysły i służył spragnionym duszom, adresaci jego miłosierdzia nie czuli, że spowiadali się przed nim, ale tak jak gdyby naradzali się z nim. Ludzie mieli do niego bezgraniczne zaufanie ponieważ widzieli, że pokładał w nich tak wiele wiary.

Nigdy nie sprawiał wrażenia, że jest ciekawy ludzi i nigdy nie okazywał chęci kierowania, rządzenia nimi czy ich korygowania. Wzbudzał głęboką wiarę w siebie i bezprzykładną odwagę u wszystkich tych, którzy mieli okazję z nim przebywać. Kiedy uśmiechał się do człowieka, śmiertelnik taki czuł, że posiadł większe możliwości rozwiązywania swoich wielorakich problemów.

Jezus kochał ludzi tak bardzo i tak mądrze, że nigdy nie zawahał się być dla nich surowy, kiedy okoliczność wymagała takiego karcenia. Często zabierając się do pomocy człowiekowi, zwracał się o pomoc do niego samego. W ten sposób ożywiał jego zainteresowanie i odwoływał się do lepszych stron ludzkiej natury.

Mistrz potrafił dostrzec zbawczą wiarę w pospolitym przesądzie u kobiety, która szukała uzdrowienia poprzez dotknięcie jego szaty. Zawsze był gotów i skłonny do przerwania kazania, czy przetrzymania tłumów, podczas gdy służył potrzebom jednostki, nawet małemu dziecku. Wielkie rzeczy zdarzały się nie tylko dlatego, że ludzie mieli wiarę w Jezusa, ale również dlatego, że Jezus miał tak wiele wiary w nich.

Większość naprawdę ważnych rzeczy, jakie Jezus powiedział czy zrobił, wyglądała na zdarzenie przypadkowe, które nastąpiło „kiedy przechodził obok”. Tak mało było profesjonalizmu, starannego planowania czy przemyślenia w ziemskiej służbie Mistrza. Rozdawał zdrowie i szerzył radość naturalnie i w pełni łaski, tak jak szedł przez życie. Było dosłowną prawdą, że „chodził, czyniąc dobrze”.

I dobrze by było aby zwolennicy Mistrza, we wszystkich epokach, uczyli się służyć jak „przechodzą obok” – czynić bezinteresownie dobro, tak jakby właśnie zajmowali się swoimi codziennymi sprawami”.

Fragmenty z Księgii Urantii.

Przekład: Małgorzata Jaworska

Ramana Maharishi – nauki – Villemo

W pierwszej części artykułu poznaliśmy życie Ramana Maharishiego. Z poniższego tekstu dowiemy się, co chciał nam przekazać, co pokazać swoim przykładem oraz czego nauczyć.

Żaden GURU, czy święte księgi, nie oświeciły go i nie uczyniły Wielkim. Odkrył PRAWDĘ sam, własnym wysiłkiem, przekazując naukę opartą na własnym doświadczeniu, w sposób oryginalny i niepowtarzalny. Odsłonił prawdę kosmicznej świadomości w jej przyrodzonej, nagiej postaci, pełnej przebudzenia Siebie poza początkiem i kresem, wiecznie istniejącej poza kreacją i osiąganiem. To, co ma początek, musi mieć kres, stworzone ulega zniszczeniu, osiągnięte musi być utracone! Tylko świadek jest wieczny, jako najwyższe „JA – JESTEM” w sercu każdej żyjącej istoty.

BHAGAVAN wskazywał, iż samorealizacja oznacza zjednoczenie z Czystą Świadomością, stanem bezosobowym, pozaczasowym, pozaprzyczynowym, całkowitym porzuceniem Ego, darzącym WOLNOŚCIĄ i SPOKOJEM. Był on świadectwem wspaniałego objawienia otwartego dla każdego i dla wszystkich. Dlatego serce jego życia to serce życia wszechświata.

Dla SRI RAMANA MAHARISHI JEDNOŚĆ poza światem złud JEST wiecznym FAKTEM, boską kondycją łączącą wszystkie religie i wyznania, Jego fizyczna obecność między ludźmi promieniowała jak słońce mądrości, delikatnie i w ciszy, ponieważ milczenie było jego naturą. Jeśli używał słów, były one proste i jasne, pełne mocy – przerywające tamę rzeki powszechnej świadomości. Nie było tu żadnych dogmatów i doktryn niemożliwych do sprawdzenia. O prawdzie jego słów mógł się przekonać każdy, kto z odwagą pogrążył się w głąb swej świadomości, kto był w stanie uwolnić się ze świata pojęć, odczuć i znaczeń.

Życie MAHARISZIEGO było praktyczną demonstracją REALNOŚCI BRAHMANA, najwyższego JA, rozpraszającą niesubstancjalną ułudę zjawiskowego świata. Poznać BHAGAVANA można tylko stając się NIM, ponieważ według jego słów – wiedzieć o czymś w pełni, to być tym – – PRAWDZIWA WIEDZA JEST BYCIEM. Pojedyncze słowo, które padło z jego ust, zmieniało cały bieg naszego dotychczasowego życia, budząc duszę do wysiłku samooczyszczenia.

NAUKI Bhagawana

Naukę Maharishiego najlepiej przedstawiają notatki z jego odpowiedzi dawanych różnym ludziom przez kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, i parę jego własnych utworów o niezmiernej głębi filozoficznej; właściwie dwa główne – klasyczne, jak utwory pradawnych mędrców to: Upadeśa Saram, czyli Trzydzieści Wierszy o Prawdzie i Ulladu Narpadu lub Sat Widia, czyli Prawda Bytu lub Wiedza Bytu; zostały spisane przez uczniów łącząc w całość poszczególne strofy przez Maharishiego, na wzór mantram, w różnych chwilach tworzone; oczywiście z aprobatą i korektą mędrca. Jedynymi utworami, które samorzutnie, w przypływie ogromnej szczęśliwości – w młodzieńczych latach – stworzył, są hymny do Najwyższego pod imieniem Arunaczali.
Poglądy teoretyczne Ramany można by porównać do trzech stwierdzeń Siankary:

– Świat jest pozorny;

– Brahman jest jedyną rzeczywistością;

– Brahman jest światem.
Świat jest pozorny

Nie jesteś żadnym z obiektów, które mogą być ujrzane. Jesteś neti – nie tym, co może być wskazane (skr. neti neti – nie tym, nie tamtym). Nie powinieneś uzależniać swojego istnienia i wyzwolenia od tego, co skończone, chwilowe i przemijające, bo w ten sposób podlegasz ciągłemu cierpieniu.

Brahman jest jedyną rzeczywistością

Niewysłowiona świadomość-Duch (Brahman-Atman, Self, prawdziwe Ja/Jaźń) jest tym, co jest rzeczywiste. Jest to Czysty Świadek, wieczny, nienarodzony Widz.

Bezforemna promienna Pustka.

Pozaczasowa, wieczna esencja. Pełna i doskonała świadomość ciągłej teraźniejszości

Brahman jest światem

Po odkryciu dwóch poprzednich kroków, pojawia się zrozumienie, że względny świat (forma), nie jest różny od Brahmana (pustki). Świat istnieje tylko i wyłącznie w pierwotnej świadomości. Forma jest pustką, a pustka formą.

Dopełnieniem urzeczywistnienia najwyższej świadomości, ostatecznego Ducha, bezforemnej i pozaczasowej, wiecznie świeżej podstawy wszystkiego, jest stan niedualny, w którym świat i duch nie są dwoma.

Ramana Maharishi zwraca także uwagę, że to czyste Self, najwyższa prawda, do której dążymy, nie jest czymś, co się osiąga. Jest to raczej coś, co istnieje faktycznie i co mamy jedynie odkryć.

Dlatego urzeczywistnienie jest czymś, co nie ma początku – to, co ma swój początek – nie jest urzeczywistnieniem, ale kolejnym obiektem – przemijającym i chwilowym.

Spoczęcie w tym, który robi, obserwuje, czy czegoś nie wie – jest właśnie tym prawdziwym Self (Ja).

Jedną z podstawowych rad i metod, które doradzał Maharishi było „zapytywanie siebie”.

Poszukując odpowiedzi na jakieś konkretne pytanie dotyczące urzeczywistnienia, Ramana zalecał skupić się na odczuciu „kto pyta?” i pójść właśnie tym torem.

Kto zna świat, ale sam nie może być poznany? Kto słyszy? Kto słyszy np. ptaki, ale sam nie może być usłyszany?

Kim jest widzący? Kto widzi np. chmury, ale sam nie może być ujrzany?
Zdaniem tego mistrza powinniśmy zadawać sobie pytanie: KIM JESTEM?

Widzę obiekty, ale nie jestem tymi obiektami. Kim jestem?

Doświadczam emocji (mam emocje), ale nie jestem tymi emocjami. Kim jestem?

Mam pragnienia, ale nie jestem tymi pragnieniami. Kim jestem?

Myślę, ale nie jestem moimi myślami. kto myśli? Kim jestem?

Dzięki takiemu zapytywaniu się człowiek (osoba, istota czująca) powraca do swojej własnej świadomości, do najgłębszego jej jądra, które jest podstawą wszystkiego.

Wszystkie tworzone przez nas koncepcje o czasie i przemijaniu powstają w świadomości.

Doświadczenie „ja-Ja” (pierwotnej świadomości) wykracza poza wszelkie takie koncepcje.

Jest to podstawa, na której możemy budować faktyczną harmonię. Nawet żyjąc codziennym życiem, możemy znaleźć swój fundament w odnalezieniu: „kto doświadcza tego wszystkiego?”
NAJWYŻSZA ISTOTA – Paraatman

Forma Jaźni jest kształtem Boga

On jest w postaci „Ja-Ja”.

Pomiędzy pojęciami wewnątrz a przedmiotami na zewnątrz możliwa jest wzajemna relacja [tylko dlatego], że u podstawy [tej relacji] znajduje się uniwersalna zasada, która jest prawdziwym znaczeniem [tego, co nazywamy] umysłem.

Dlatego ciało i świat, które pojawiają się wobec siebie jako zewnętrzne, są tylko mentalnymi odbiciami.

Tylko Serce manifestuje się w tych wszystkich formach.

W naturze wszechogarniającego Serca, a więc w przestrzeni czystego umysłu, ma swoją siedzibę zawsze [to samo] świetliste, samoświetlne „Ja”.

Ponieważ manifestuje się Ono w każdym, nazywane jest Wszechwiedzącym Świadkiem lub Czwartym Stanem.

Nieskończona Przestrzeń jest Rzeczywistością znaną jako Najwyższy Duch lub Jaźń,

która świeci bez [poczucia] ego wewnątrz Ja,

jako Jedno we wszystkich indywidualnych istotach.

To, co znajduje się poza Czwartym Stanem jest tylko Tym.

Należy [więc] medytować nad rozległą [przestrzenią] Absolutnej Świadomości, która wszechprzenikając świeci wewnątrz i na zewnątrz;

[należy medytować] nad świetlistością Czwartego Stanu, [która podobna jest do] przenikającej w najgłębszy niebieski rdzeń świetlistego płomienia i nieskończonej poza Tym przestrzeni.

Prawdziwym stanem jest ten, który świeci nad wszystkim

zawierając [w sobie] [płomień] i [nieskończenie przenikając] poza płomień.

Nie ma potrzeby zwracać uwagi na Światło. Wystarczy wiedzieć, [że] Rzeczywiste jest Stanem wolnym od ego.

Każdy wskazuje na pierś, gdy wskazuje na siebie i to jest wystarczającym dowodem, że Absolut jako Jaźń przebywa w Sercu.

Rishi Washistha mówi, że poszukiwanie Jaźni na zewnątrz siebie, bez pamiętania [o tym], że świeci ona nieprzerwanie jako „Ja-Ja” w Sercu, podobne jest do odrzucenia bezcennego klejnotu w zamian za błyszczący kamyk.

Wedantyści uważają, iż świętokradztwem jest traktowanie Jednej Stwórczej Utrzymującej i Pochłaniającej Jaźni jako oddzielnych bogów Ganapati, Brahmy, Wishnu, Rudry, Maheśwary i Sadashivy.

Przez pierwsze lata Maharishi stale przebywał w samadhi, zachowując milczenie. Kiedy został rozpoznany, coraz więcej ludzi przybywało do niego po wskazówki i rady.

Z czasem zaczął odpowiadać na pytania i udzielać wyjaśnień. Odpowiadał na pytania opierając się na własnej wiedzy uzyskanej dzięki urzeczywistnieniu; dopiero później stwierdził, że daje się ona wyrazić w terminach hinduizmu i zgodna jest z wykładnią szkoły Adwajty.

Myśli różne

Problemem jest to, że człowiek uważa się za sprawcę wszystkiego. To błąd. WYŻSZA SIŁA wszystko umożliwia, człowiek zaś jest tylko narzędziem. Jeśli zaakceptujesz ten punkt widzenia, staniesz się wolny od kłopotów. W przeciwnym wypadku zniszczą cię problemy. Weź na przykład posąg podtrzymujący Gopurę (wieża świątyni). Zdaje się, że dźwiga całą budowlę na swych barkach. Jest realistycznym obrazem wielkiego wysiłku towarzyszącego dźwiganiu ciężaru. Lecz pomyśl – wieża stoi na ziemi, oparta na solidnym fundamencie, figura jest częścią wieży, czy to nie zabawne?! Taki sam jest człowiek podtrzymujący koncepcję „działającego”.

Jeśli dokonało się odkrycia, czym jest umysł? Umysł znika. Stanowi to spontaniczną reakcję, „kontrolę umysłu”. Jeśli jednak umysł pozostaje nienaruszony i pragniesz go kontrolować, spowodujesz fikcyjny proces. Tak jakby złodziej przebrał się za policjanta, aby się samemu schwytać!

Samo ciało, z natury bezwładne, nie mówi o sobie JA. Nikt też nie może stwierdzić „nie istniałem podczas głębokiego snu”. Myślenie wchodzi w byt tylko po zaistnieniu EGO. Dlatego szukaj istoty, szukaj, skąd EGO wypływa, skupiając na tym całą władzę umysłu.

Siastry stają się bezużyteczne, kiedy zrealizowano ich treść. Święte pisma są potrzebne jedynie, by wskazać egzystencję WYŻSZEJ SIŁY (JAŹNI) oraz drogę do niej prowadzącą. To wszystko. Kiedy treść została przyswojona, reszta jest bezużyteczna. Bezsensowne jest wymierzanie na skali „duchowego poziomu” — adepta, który przebył drogę do wyższego stanu świadomości. Kiedy cel został osiągnięty, tylko to pozostaje, cała reszta staje się zbędna. Oto stan, w którym siastry są bezużyteczne!

Autentyczne Siddhi — parapsychiczne MOCE — to twój stan naturalny, w którym wciąż jesteś prawdziwą jaźnią, osiągnięty przez bycie świadomie przebudzonym w tej JAŹNI, podczas gdy inne władze są jak te pozyskane w snach. Czy jakakolwiek rzecz otrzymana we śnie pozostanie prawdziwa na jawie?! Czy Mędrzec, który odrzucił fałsz przez wtopienie się w RZECZYWISTE, może być omamiony przez siddhi?

Dla kogoś ugruntowanego ostatecznie w błogim stanie naturalnym, poza zmianami, dla niedostrzegającego różnic, pozbawionego myśli – „Oto ja, a to ktoś inny”. Kto może znajdować się „na zewnątrz” JAŹNI?! Dla niego nie istnieją koncepcje „Jedności” i „Wielości”. Jeśli ktokolwiek powie o nim, co się dzieje? Będzie to dla niego to samo, jakby sam to o sobie powiedział.

Pytający siebie — „kim ja jestem” oraz „gdzie się znajduję” wciąż istniejąc jako JAŹŃ, przypomina pijanego człowieka, który zapomniał swego nazwiska i szuka drogi do domu, chodząc wokół jego ścian.

Ciało jest zanurzone w JAŹNI — ten, kto uważa, że to JAŹŃ zawarta jest w nietrwałym ciele, jest jak człowiek, który twierdzi, iż płótno, na którym namalowany jest krajobraz, należy do krajobrazu.

Pytasz o łaskę guru — łaska jest w tobie. Jeśli byłaby czymś zewnętrznym nie można byłoby jej użyć! Łaska to JAŹŃ. Nie jest to coś, co można od kogoś otrzymać. Wszystko, czego potrzebujesz to jej egzystencja w tobie. Nigdy nie znajdziesz się na zewnątrz jej działania. Łaska jest zawsze tutaj. Nie przejawia się z powodu ignorancji. Wraz z żarliwą wiarą (śraddhą) stanie się widoczna. ŚRADDHA, ŚWIATŁO, ŁASKA, DUCH to wszystko synonimy JAŹNI!

Czym jest medytacja, jeśli nie mentalnym oglądaniem pewnych koncepcji? Jest to (japam), — powtarzanie zaczynające się słowami (mantra), kończąca się zaś w ciszy JAŹNI. Medytacja i kontrola umysłu są współzależne. Medytacja zawiera czujne śledzenie myśli — ,,kontrolę” nieustannego strumienia wyobrażeń. Na początku towarzyszy temu koncentracja, pewien wysiłek na rzecz utrzymania czujnej uwagi, zakłócający właściwy prąd medytacji. Lecz po pewnym czasie praktyki medytacja oczyszcza się i staje się bezwysiłkowa, spontaniczna. W fazie tej zbędne staje się unieruchomienie ciał i wyznaczanie specjalnego czasu dla medytacji. Zamienia się ona w ciągły cichy prąd, niezależny od aktywności ciała.

Jnani (mędrzec) widzi wszystkich wokół siebie jako mędrców — jnani. W stanie ignorancji osoba projektuje własną ignorancję na jnani, uważając, że jest on działającym sprawcą czynów (karta). W stanie jnany, jnani nie postrzega niczego oderwanego od JAŹNI. JAŹŃ jest całą świetlistością i jedyną czystą mądrością — jnana. Dwaj przyjaciele ułożyli się do snu. Jeden z nich miał sen o długiej podróży odbywanej wspólnie z drugim przyjacielem, w której przeżyli dziwne przygody. Po przebudzeniu będąc pod wrażeniem snu budzi towarzysza pytając, czy nie śnił czegoś podobnego?! Przyjaciel zaprzeczył stwierdzając, że przecież sen nie może przenieść się na innych. Tak samo jest z jnani — ignorantem, który przypisuje swoje złudne idee innym.

Na podstawie źródeł opracowała Villemo

——————

Źródła:

Ramana Maharishi – życiorys – Villemo


Osoba Sri Ramana Maharishi’ego przedstawiona została w artykule, który będzie miał dwie części. W pierwszej części dowiemy się między innymi o jego życiu, poszukiwaniu drogi, doświadczeniach duchowych oraz ciekawostka…jaki miał związek z Polską .. W drugiej części odkryjemy tajemnicę nauk Mistrza, co według Niego jest najważniejsze, jak odkrywać siebie oraz Boga.

 „A gdy się starało zbliżyć swą ludzką świadomość do Maharish’iego, spotykało się bezkres, nieskończoną, niemożliwą do ogarnięcia wielkość, jakby jego indywidualność nie istniała oddzielnie od Świadomości Kosmicznej; odczuwało się w nim Boga, niejako bezpośrednio, «dotykalnie»”

30 grudnia w 1879 roku na południu Indii, w Tamilskim kraju, niedaleko sławnego grodu Madury, urodził się w kulturalnej i bogobojnej bramińskiej rodzinie chłopak, którego nazwano Wenkataraman. Był silnie zbudowany, lubił sporty, zabawę, nie palił się do nauki, ale dzięki fenomenalnej pamięci – mógł powtórzyć każdą lekcję po jednokrotnym jej przeczytaniu lub wysłuchaniu – nie był uważany za złego ucznia.

W wieku 16 lat miał doświadczenie duchowe, które spowodowało, że porzucił dom i udał się do Tiruvannamalai, gdzie znajduje się wzgórze Arunachala poświęcone Śiwie.

Fakt zmieniający całe jego życie, a właściwie odsłaniający dokładnie jego przeznaczenie, wielkość i osiągnięte – zapewne w ciągu wielu poprzednich żywotów sadhany – szczyty. Sam Maharishi opisał to zdarzenie – oto w prostych słowach opis najdziwniejszego mistycznego przeżycia, które ze zwykłego, wesołego chłopca uczyniło świętego.:

 

„Ta wielka zmiana w moim życiu zaszła około sześciu tygodni przed moim definitywnym opuszczeniem Madury. A była zupełnie nagła. Siedziałem sam w pokoju, na pierwszym piętrze domu mego stryja. Chorowałem w ogóle niezmiernie rzadko, a w ów dzień absolutnie nic mi nie dolegało; aż oto nagle ogarnął mnie przerażający strach śmierci. W stanie mego zdrowia nic nie mogło być tego przyczyną; nie starałem się też przyczyny tej szukać i strach mój uzasadniać. Po prostu czułem: «zaraz umrę», i począłem zastanawiać się, co mam zrobić. Nie przyszło mi wcale na myśl, by zwrócić się do lekarza, czy do starszych z rodziny lub przyjaciół; czułem, iż mam stanąć przed tym faktem twarzą w twarz, zupełnie sam.”

„Ów wstrząs przenikliwego lęku śmierci skierował całą moją uwagę i myśl ku głębi, w siebie; powiedziałem sobie wewnętrznie, bez formułowania w słowach: «0to przyszła śmierć, ale cóż to znaczy? Co ma umrzeć? To ciało umiera.» I od razu dramatyzując ten oczekiwany fakt i chcąc nadać jak największą realność swemu badaniu położyłem się wyciągając członki sztywniejące, jakby rigor mortis już mnie ogarniał; wstrzymałem oddech, zacisnąłem usta, aby żadne słowo się z nich nie wymknęło, ani «ja», ani żadne inne. Mówiłem sobie: «Ciało to już umarło; zaniosą je i spalą na popiół na stosie pogrzebowym. Ale czyż ze śmiercią tego ciała umarłem i ja? Czy to ciało to ja? Wszak jest ono nieruchome i nieme, a JA czuję pełnię sił mej indywidualności, a nawet słyszę głos mej Jaźni wewnątrz, w głębi, zupełnie poza ciałem i od niego niezależnie. A więc jestem Duchem, wyższym od ciała. Ciało umiera, ale Ducha, który jest ponad nim, śmierć nie może dotknąć. Jestem, więc nieśmiertelnym Duchem»”.

„A nie były to mgliste, niewyraźne myśli, były one jak błyskawice świadomości, żywej bezpośrednio przeżywanej prawdy, niejako poza procesem myślowym. «Ja» było czymś tak żywym i realnym, jakby to była w tej chwili jedyna rzeczywistość. Cała działalność świadomości, dotąd związana z ciałem, była teraz ześrodkowana w tym «Ja». Jaźń skupiła całą swą uwagę na sobie, została wciągnięta niejako w głąb siebie samej jakimś potężnym impulsem. Strach śmierci zniknął, aby nigdy nie wrócić.”

„To pogrążenie się w Jaźń-Ducha trwało odtąd nieprzerwanie wciąż. Inne myśli mogły pojawiać się i znikać, jak różne tony muzyczne, ale owa «Jaźń» trwała wciąż jak podstawowa nuta brzmiąca nieustannie, zlewając się z innymi tonami. Czy byłem zajęty rozmową, czytaniem, czy jakąkolwiek inną czynnością, wykonywało ją moje ciało, a «Ja» byłem wciąż skupiony w Duchu. Poprzednio przed owym krytycznym przeżyciem nie miałem jasnego pojęcia o swym Duchu, nie byłem świadom jego przyciągania; nie odczuwałem żadnego zainteresowania nim, a tym bardziej pragnienia, by się weń całkowicie i na stałe pogrążyć.”

Można sobie zresztą wyobrazić, jak trudne było dostosowanie codziennego życia do tej nowej, dotąd zupełnie nieprzeczuwanej świadomości, zwłaszcza przy braku jakiejkolwiek wiedzy z dziedziny jogi. Maharishi sam powiedział ciekawe i dla jogi znamienne słowa, oto, że dusza – będąca łącznikiem, pomostem pomiędzy Duchem, (z którym był się w owym przeżyciu zjednoczył) a świadomością fizyczną – „usiłowała znaleźć na nowo «miejsce» do zarzucenia kotwicy”; kto wie, czy następne lata samotności, milczenia i zupełnego zdawałoby się „odejścia” od fizycznego ciała nie były poświęcone właśnie tej pracy; bo jest to praca olbrzymia – jak uczynić z duszy i ciała fizycznego odpowiedni, najwrażliwszy przewodnik dla niezmiernie szybkich i potężnych wibracji Ducha, tak, aby jego moc mogła dosięgać przez ten instrument fizycznej sfery oraz całej ludzkości.

W dwa miesiące po owym przeżyciu, gdy jego zachowanie się coraz bardziej niecierpliwiło otoczenie, nastąpił „wybuch” – stryj zastawszy go pogrążonego w medytacji, z otwartą książką gramatyki angielskiej na kolanach, zauważył, iż te książki na nic się nie przydadzą „takiemu” chłopcu, czyli chcącemu prowadzić życie sannjasina, a nie człowieka świeckiego.

Zrobiło to na nim ogromne wrażenie, uderzyła go niezaprzeczalna słuszność tych słów i natychmiastowe zrozumienie jak błyskawica wychyliło się z wewnątrz – „oczywiście tylko sannjasa jest dla mnie właściwa.” Wstał z postanowieniem odejścia z domu zaraz. Dokąd? Ma się rozumieć do Tiruwannamalai, do Arunachali. Pozostawił charakterystyczny list:

„Wyruszyłem ku Ojcu, na Jego rozkaz. Przedsięwzięcie, które «to» podejmuje, jest słuszne, przeto niech nikt się nie smuci tym czynem i nie wydaje pieniędzy na szukanie «tego». Czesne w koledżu nie zostało zapłacone, resztę – 2 rupie – załączone.”

Arunachala – w miejsu tym spędził resztę życia. Góra Świętego Płomienia. Niemal samotna wśród szerokich równin, pólek ryżowych, zarośli zwanych dżunglą, lasków i jeziorek – wśród malowniczego krajobrazu o niebieskawych wzgórzach, o muzycznych liniach na horyzoncie – wznosi się wielka i majestatyczna. Choć obiektywnie niezbyt wysoka – około 800 m – góruje nad całą okolicą. Arunachala nie jest zwykłą górą, stwierdza to każdy wrażliwy człowiek, który ją zna. Promieniowanie gleby i skał jest inne, prąd spod ziemi odmienny… Odczucie wichru wieków i zaduma, unosząca się jak żywy obłok, ciągną w głąb.

Arunachala nie jest zwykłą górą. Wzięta przed wiekami za symbol Najwyższego, Niewysłowionego, zdaje się nosić na sobie odblask Jego majestatu i oczy człowieka kierować ku Niemu.

W tym okresie zewnętrzny wygląd Maharisziego mógłby przerazić każdego Europejczyka – bo Hindusi przyzwyczajeni są do widoku skołtunionych włosów, popękanej skóry, chudości przypominającej raczej szkielet niż człowieka, itp. Po prostu w krótkich chwilach, gdy powracał świadomością do fizycznego świata, zdawał się własnego ciała nie dostrzegać czy też nie być go normalnie świadomym. Ale właśnie taki wygląd przemawiał do wyobraźni licznie przeciągającego przed świątyńkami ludu i niejeden zatrzymywał się, oddawał cześć najgłębszym pokłonem, lub rozciągnięciem się na ziemi.

I tak młodziutki swami powoli stawał się znany. Ale nikt nie wiedział ani skąd przybył, ani jakim włada językiem

Dla rodziny zniknięcie Wenkataramana było zarówno niespodziewane jak i bolesne. Pewnego dnia wybrała się do niego jego matka. Błagała go o powrót do domu przez kilka tygodni. On nawet słowem się do niej nie odezwał. Któregoś dnia napisał na kartce taką dla niej odpowiedź:

„Najwyższy Zarządca kieruje przeznaczeniem dusz, zależnie od prarabdha karmy każdej. To, co nie jest przeznaczone, nie stanie się, choćbyśmy się o to najusilniej starali. A to, co jest przeznaczone, stanie się, choćbyśmy wszystko robili, by tego uniknąć. Jest to niezawodne i pewne. Najlepiej więc trwać w milczeniu.”

Maharishi zawsze podkreślał, że to, co się zdarza, jest wynikiem naszych przeszłych czynów, myśli i uczuć, wyrazem niezłomnego prawa przyczyny i skutku, a więc jest już przeznaczone (prarabdha karma), ale jednocześnie wciąż powtarzał, iż mamy pełną swobodę nie utożsamiania się z ciałem, podległym temu przeznaczeniu; a kto zdoła utożsamić się, tj. czuć się Duchem, a nie ciałem, ten jest od wszelkiej karmy (skutków) wolny. Mistrz powtarzał wyraźnie, że człowiek jest sam odpowiedzialny za to, jakie stwarza przyczyny, ale od logicznych i naturalnych ich skutków nie może się uwolnić, musi je „wyżyć”. Kiedyś powiedział:„Ponieważ ludzie zgodnie z prawem Boga zbierają tylko plon, który sami posieli, przeto odpowiedzialność jest ich, a nie Boga”. Najwyższy stwarzając wszechświat ustanawia pewne niezłomne prawa, tak fizykalne jak i moralne, i żadne błagania, prośby ni zaklęcia, działania tych praw nie są w stanie uchylić; ale mogą dodać człowiekowi w ciężkim położeniu więcej sił i rozumu o tyle, aby się nie buntował przeciw „przeznaczeniu” i nie chciał się uchylić od tego, co się już nie może odmienić.

O dalszym życiu Maharishiego jest stosunkowo niewiele do powiedzenia; o tyle, że poznawanie jego mądrości i potęgi dokonywało się powoli, ale stale. Zaczęło się od prostaczków, chłopów okolicznych, potem przychodzili inteligentniejsi i nabożni ludzie i różnego rodzaju sannjasiny, potem „biegli w Piśmie”, pandity, jogowie i swami, oraz intelektualiści – lekarze, prawnicy itd. itd., wreszcie zjawił się „przypadkiem” sławny już i wielce uczony Ganapati Muni, zwany też zaszczytnym mianem Kawiakanta, tj. „mistrzem w poezji”, dzięki jego wspaniałym improwizacjom sanskryckim.

Rzucił mu się do nóg z charakterystyczną bezpośredniością swej natury i drżącym ze wzruszenia głosem mówił: „Wszystko, co można było przeczytać (z filozofii i religii hinduizmu) – przeczytałem; nawet zrozumiałem w pełni Wedanta-siastry (trudne sławne księgi), praktykowałem bez końca dżapę (śpiewy i różańcowe modlitwy, jak i inwokacje), a jednak nie zrozumiałem jeszcze, na czym polega prawdziwy tapas. Po to przychodzę tu, naucz mnie, oświeć, powiedz, co jest treścią tapasu.

Maharishi zwrócił wzrok na uczonego i trwał bez ruchu; wreszcie rzekł:

„Jeśli badasz skąd pochodzi pojęcie «ja», cały umysł pogrąża się w TO; to jest tapas. Gdy powtarzasz mantry i badasz, jakie jest źródło, z którego powstaje głos, dźwięk, dusza pogrąża się w TO; to jest tapas”.

Dumny uczony rozpogodził się, poczuł światło w sercu a radość w duszy. Odtąd począł tworzyć pieśni sanskryckie ku czci Wenkataramana, którego czcił jako swego guru. To on nadał mu imię Bhagawan Szri Ramana Mahariszi – Błogosławiony, najczcigodniejszy wielki riszi Ramana; a imię to przyjęło się tak dalece, że mało kto dziś zna, jakim go nazywała matka. Uczony ten, gdy zmienił się w najgorętszego bhaktę, rozsławił imię Maharishiego na całe Indie.

Do Maharishiego zwracano się często „Bhagawan”. Dosłownie znaczy to w sanskrycie święty, wzniosły, szlachetny, Pan; są to przydomki Boga. W ten sposób zwracano się do wielkich świętych. Słowo „Śri”, umieszczane przed imieniem Maharisziego, znaczy „czcigodny”. Wenkataraman, nazwany później Ramana Maharishi (wielki riszi Ramana)

Ze wstępu książki „Słowa Ramany Maharishi” dowiadujemy się, iż BHAGAVAN SRI RAMANA MAHARISHI był uosobieniem niezależności, postawy najwyższego spokoju, nieskończonego oceanu wolności. Rozwiązał on tajemnicę przenikającą każdą formę życia na ziemi. Jego obecność unosiła nas poza ciała i mózgi do naszego prawdziwego JA. Jego życie na ziemi było głębokim wnikaniem w boską iluminację, bazującym na dynamicznej sile milczenia ciała i umysłu. Wszelkie światowe obawy i potrzeby rozpływały się w jego obecności, jak lód topnieje przy ognisku. Ramana odkrył na nowo zapomnianą, starożytną metodą przywracania człowiekowi jego boskiej świadomości, (atma vichara), aby poprzez swą obecność oraz wciąż żywe SŁOWO ofiarować ją całej ludzkości.

W rozmowie dotykał on wszelkich aspektów życia, bez żadnego skrępowania, bez pomijania czegokolwiek.

Nie można go też zaklasyfikować do żadnej szkoły filozoficznej, religii, kultu, czy specjalnej formy yogi. Sam żyjąc wolny, poza społeczeństwem i kastą, ciałem i duszą, życzył wszystkim wolności i spokoju. Święty, filozof, wyrzeczeniec, inkarnacja Boga czy bytu, żaden z tych terminów nie odpowiada adekwatnie MAHARISHI, nie był on produktem jakiejś dawnej tradycji.

POLSKA i Maharishi

Ramana dużo wiedział o Polsce; m.in. od Wandy Dynowskiej* , jak od wcześniej przybyłego do Indii i częściej odwiedzającego aszramę, bardziej „odważnego” w swych pytaniach, a wielce przez Maharishiego lubianego – Maurycego Frydmana. Nieraz pytał o Polskę, czytał i pomagał na odległość. Pani Wanda wspomina: „(…) gdy z grupą młodzieży uchodźczej objeżdżałam południowe Indie – dając wszędzie przedstawienia polskich tańców, i zawitaliśmy także do aszramy, chciał je zobaczyć; kazał mi stanąć tuż przy sobie i tłumaczyć każdą piosenkę, którą dziewczęta śpiewały. W sali przy jego tapczanie stał od 1935 r. huculski drewniany lichtarz, który służył do laseczek kadzidła palącego się cały dzień. Na Arunachali zostały zakopane kamyczki z Polski i wylana woda z Morskiego Oka. Łączność z Polską nie przerwała się i po jego odejściu; wiem, iż Maharishi jest bardzo aktywny w pomaganiu każdemu, kto się doń w Polsce zwraca, i… całemu krajowi.

Myślę, że doskonałym podsumowaniem postaci Mistrza będą wspomnienia, jakie po sobie pozostawił wśród ludzi, którzy go znali.

„Był on jednym z nielicznych dziś mędrców i świętych na miarę największych, jacy kiedykolwiek istnieli w historii, nawet starożytnych – tak bogatych w mędrców – Indii. Nazywano go również Dżnianinem i Dżiwanmuktą. Te słowa sanskryckie zawierają szerszą treść, wyrażają wyższe szczyty ducha aniżeli nasze określenia: mędrzec i święty. Dżniana – to najczystsza mądrość ducha, a ten kto w niej osiąga szczyt – Dżnianin, jest na wieki zjednoczony z Prawdą, o świadomości pogrążonej w Rzeczywistość jedną i nieprzemijającą. Trwa on w morzu niezmąconej światłości i bezgranicznej szczęśliwości (Ananda).”

Dżiwanmukta – to dusza (Dziwa), która osiągnęła bezwzględną wolność – Mukti lub Moksza (zbawienie w terminologii chrześcijańskiej). Jest to więc człowiek – ściślej mówiąc nadczłowiek – tak w Bogu pogrążony, iż Jego światłość – mocy, mądrości, miłości – świeci przezeń nieustannie, niezmącona i potężna.

„Istotnie, każdy, kto widział Maharishiego, musiał to odczuć silniej lub słabiej, zależnie od własnego rozwoju i «pojemności duszy»; ale w ciągu mego wieloletniego kontaktu z aszramą nie spotkałam ani jednego człowieka, który by nie doświadczył tego niewymownego promieniowania. A przybywali tam ludzie o najwyższym wykształceniu europejskim, różnych narodowości i wyznań, ze wszystkich części świata. Wielu, zarówno hindusów, jak chrześcijan lub muzułmanów, Europejczyków czy Amerykanów, pozostawało tam przez szereg miesięcy, a nawet lat, wgłębiając się w nauki Mistrza, usiłując stosować wskazywane przezeń metody samopoznania i odkrywania Boga; niejeden odjechał istotnie przemieniony. Setki i tysiące ludzi doznawało przedziwnej pomocy w jego obecności; milczące jej promieniowanie uleczyło niejedno, zarówno fizyczne jak psychiczne schorzenie. Trudno jest oddać słowami atmosferę aszramy, ten nieskończony spokój, głębię ciszy, a jednocześnie dynamicznej mocy.”

„A gdy się starało zbliżyć swą ludzką świadomość do Maharishiego, spotykało się bezkres, nieskończoną, niemożliwą do ogarnięcia wielkość, jakby jego indywidualność nie istniała oddzielnie od Świadomości Kosmicznej; odczuwało się w nim Boga, niejako bezpośrednio, «dotykalnie». Osobiście widziałam w nim «soczewkę» bożej światłości, żywą, nieskończoną Prawdę, a nie człowieka. Takim pozostał dla mnie zawsze. Nie byłam zresztą bynajmniej odosobniona ani w tym odczuciu, ani w wyrażaniu go w poetyckiej formie; w wielu, bardzo wielu, budziła się samorzutna twórczość, wypowiadająca się, u ludzi Zachodu w wierszach, u Hindusów zaś w najłatwiejszej dla nich formie – w pieśni.”

„Maharishi nieraz powiadał, iż żadna wyobraźnia ludzka nie może sobie wytworzyć najsłabszego pojęcia, czym jest ta przepastna głębia, ta bezgraniczna intensywność Szczęśliwości – Anandy – jaką zna, którą nieustannie żyje ten, który się zjednoczy z Rzeczywistym. Myślę również, że trudno sobie wyobrazić, czym mogą być doznania tych, którzy mieli możność znalezienia się w obecności Człowieka promieniującego takim, szczęściem.”

„Milczenie było jego żywiołem; ale odpowiadał chętnie na wszelkie ustnie, pisemnie lub myślowo stawiane mu pytania; gdyż czytał w myślach ludzi jak w otwartej księdze. Niejednokrotnie najtrudniejsze zagadnienia męczące ludzi latami rozwiązywały się nagle «same», już w pierwszych godzinach cichego skupienia w obecności mędrca. Słuszna okazywała się w tym wypadku tradycja hinduska, iż wystarczy tzw. darśan – tj. milczące, choćby krótkie, przebywanie w obliczu świętego i wewnętrzne oddanie mu czci, by promieniowanie jego mocy mogło dokonać w nas wielkich i doniosłych przemian. Byłam sama świadkiem niejednej…”

———————

* Wanda Dynowska urodzona 12 lipca 1888 w Petersburgu, dzieciństwo i młodość spędziła w majątku nad jeziorem Istal na Łotwie. O wykształceniu panny Dynowskiej wiemy, że w 1908 nauczyciel guwerner przygotował ją do egzaminu z łaciny na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie studiowała literaturę romańską i filozofię, pogłębiała studia w Lozannie i na paryskiej Sorbonie. współtwórczyni Polskiego Towarzystwa Teozoficznego. W 1919 wyjechała, jako członek włoskiego Towarzystwa Teozoficznego, na kongres do Paryża i tam uzyskała od Annie Besant upoważnienie do powołania polskiej sekcji TT, której cele sformułowano tak: 1. utworzenie związku wszechludzkiego braterstwa bez różnicy ras, narodowości, płci i wyznania, 2.prowadzenie studiów porównawczych nad religiami, filozofią i nauką, 3. badania nie znanych praw natury i ukrytych sił człowieka. Dewizą było: Nie ma religii wyższej nad Prawdę. W 1935 Wanda Dynowska wyjechała do Indii, gdzie przez szereg lat przebywała w ashramie Mędrca z Góry Arunachala Ramany Maharshi, z którym, jak sama wspomina, wielokrotnie rozmawiała o Polsce.

——————–

Źródła:

Villemo