Archiwa kategorii: Rozwój duchowy – Artykuły

Pierwotność ja jestem, czyli o samopostrzeganiu bycia. – Marcin Kotasiński

W zbiorze, jakim jest świat zmysłowy ludzki podmiot znajdując się wśród przedmiotów i zjawisk jest jedynym punktem nie ulegającym relatywizacji. Jest taki z powodu samoświadomości, która jego istnienie czyni dla niego pewnym. Dzięki niej dokonuje postrzeżeń swoich doświadczeń, a przede wszystkim siebie. Za pomocą refleksji organizuje całe zespoły postrzeżeń, takich jak ludzkie postawy, światopoglądy, zjawiska, sytuacje, w jakich znajduje się i wie jak odpowiednio zachować się w nich. Postrzega swoje dobre i niedobre samopoczucie odnosząc się do siebie i wie jak czuje się pod wpływem różnych warunków. Spróbuję tutaj opowiedzieć, dlaczego samoświadomość jest tak ważna i jak na podstawie refleksji organizujemy nasze życie.

Aby móc zrozumieć, dlaczego samoświadomość jest podstawą wszystkich zdarzeń myślowych i przedmiotowych należy najpierw zrozumieć, czym jest owa zdolność podmiotu. W różnych miejscach opisywałem, czym jest samoświadomość(1). W skrócie jest to akt stwierdzania własnego istnienia przez myślenie, które ogląda siebie jako przedmiot. Akt samoświadomości następuje wtedy, kiedy człowiek, podmiot, postrzegając swoje istnienie różne od materialnego otoczenia, reflektuje ową różność i kieruje swoją uwagę na siebie, chcąc dowiedzieć się, czym jest. Wtedy oglądając siebie w tym odróżnieniu jako samą myśl stwierdza „to ja jestem”. Dopiero później po stwierdzeniu istnienia myśli, podmiot oglądający ją kieruje uwagę na jej treść, którą może być świat przedmiotowy.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego samoświadomość jest kluczowa w ludzkiej umysłowości i dlaczego jest zasadą, wokół, której organizuje się całe dalsze myślenie jest prosta. Aby cokolwiek móc doświadczyć, postrzec, czy jest to myśl, czy doznanie zmysłowe, najpierw należy stwierdzić własne istnienie. Dopiero na tej podstawie następuje postrzeżenie doświadczenia. Ta podstawa w codziennym życiu pozostaje jakby niewidoczna. Jest taka, dlatego, bo w całym swoim życiu przyzwyczailiśmy się, że nasza obecność jest oczywista. Kiedy chcemy wypowiedzieć się o doświadczeniu, nasze istnienie jest założone w wypowiedzi jeszcze przed punktem rozpoczynającym ją. Oczywiste jest wtedy, że „mówię to ja” albo, że „ja doświadczyłem(łam) tego”. Jednak ta oczywistość własnej obecności, pozostawia nie odkrytym pewien ważny fakt dotyczący własnego istnienia. Ten mianowicie, że zanim nasza samoświadomość w świadomy sposób powie o naszym istnieniu, to pozostaje nieuświadomiona, przez to nasze istnienie postrzegamy jako niepewne. Uwidaczniają to zmieniające się warunki otoczenia, których zmienność może wywołać obawę o spokojne jutro. Kiedy zaś nasze istnienie zostaje poznane, jako nierelatywne przez samoświadomy ogląd, okazuje się, że zmienne czynniki doświadczenia, które niepokoją podmiot, teraz dzięki samoświadomości, poznaniu niezależności myślenia siebie w stosunku do otoczenia, ulegają zatrzymaniu. Zatrzymują się na barierze świadomej refleksji, która mówi, że „to ja stanowię siebie przez siebie myślenie”, warunki, zjawiska, sytuacje nie zastraszają mnie. To znaczy, że będąc samoświadomym wiedząc, że sam stanowię siebie własnym myśleniem, stając wobec zmienności, nawet zmian gwałtownych, mogę dokonać refleksji nad swoją niezależną samoświadomością a doświadczeniem i refleksyjnie przefiltrować treść doświadczenia tak, aby mnie ono nie opanowało wzbudzając na przykład niepokój, który wcześniej wzbierał.

Mogę to uczynić, bo jako podstawa doświadczenia, bez której doświadczenia nie ma dla mnie, mogę wpłynąć na siebie i doświadczenie w sposób kierunkowy, wybrany przeze mnie. Nie ulegając bezkrytycznie temu, co na mnie napiera. W rezultacie jako ta podstawa doświadczenia, istniejąca zawsze przed doświadczeniem, mam pełną władzę nad tym, co wokół mnie dzieje się. Ograniczeniem może tu być jedynie moja zdolność do przewidywania rezultatu mojego działania, przynosząca nie to, co chciałem. Ale nawet wtedy, nadal posiadam możliwość działania i ukierunkowania odpowiednio doświadczenia.

Aby wyjaśnić, dlaczego samoświadomość jest podstawą wszelkich zdarzeń umysłowych, dlaczego występuje zawsze przed nimi i doświadczeniami świata posłużę się przykładem. Teza wyjściowa jest taka, że kiedykolwiek, ktokolwiek i cokolwiek doświadcza, aby tego doświadczyć najpierw musi stwierdzić swoje istnienie. Rozpoznanie obecności w doświadczeniu stoi u podstawy wszelkiego doświadczania. Dotyczy to doświadczania świata jak i doświadczania własnego myślenia o czymś, wychodzącym ponad stwierdzanie istnienia.

Obserwując myślenie w codzienności, łatwo można spostrzec, że jest ono ciągłym ruchem myśli przechodzącej z jednej treści na drugą, tak jak kolejno różne czynniki doświadczenia wzbudzają naszą uwagę, przyciągając ją do siebie. W rezultacie świadomie je postrzegamy. Dzięki refleksji nad nimi, kojarzymy te czynniki z odpowiednimi zachowaniami, które pozwalają dokonać postępu w doświadczeniu, czyli uczynić coś, co uważamy za odpowiednie. Na przykład, kiedy wychodzę z pracy zauważając już wcześniej, że jestem głodny, to idąc po ulicy, przechodząc obok baru, kierowany pragnieniem, które w pracy zostało uświadomione, a następnie zapomniane z powodu niemożności jego zaspokojenia, dokonuję nad tym faktem refleksji. Kojarzę swój głód ze stojącym obok obiektem pozwalającym mi na zaspokojenie. Wszystko odbywa się poprzez refleksje: stwierdzam głód, stwierdzam niemożność jego zaspokojenia, aby stwierdzić, że mogę go zaspokoić, kiedy przechodzę koło baru.

Stwierdzanie własnego istnienia na progu doświadczenia jest obecne w tym i każdym innym przykładzie. Kiedy dochodzę do wniosku, że jestem głodny, to aby do niego dojść muszę najpierw wskazać podmiot, którego stwierdzenie to dotyczy. Muszę powiedzieć najpierw „ja jestem…”, aby następnie stwierdzić ”…głodny”. Podobnie, kiedy dochodzę do wniosku, że nie mogę tego głodu teraz zaspokoić, to też pojawia mi się myśl, która najpierw mówi, że „ja (jestem)…” a później „…nie mogę…”, po czym godzę się z tym, bo treść w refleksji znajduje potwierdzenie w doświadczeniu, bo w moim zajęciu nie mam niczego do zjedzenia. Również moment kojarzenia wcześniej pomyślanego głodu z obecnością baru na ulicy, najpierw uprzytomnia mi, że „ja jestem…głodny”. Obie refleksje pokrywają się, potwierdza się Prawda i sposób na zaspokojenie wraz z wystąpieniem baru. Myślę wtedy na przykład: „ja…” – podstawa doświadczenia – „…mogę zaspokoić głód, którego obecność stwierdziłem wcześniej.”

Nie jest to wszystko, co występuje w doświadczeniu, bo zanim stwierdzę, że w tym barze mogę zaspokoić głód, to wcześniej muszę skojarzyć go z możliwością zaspokojenia. To robię na podstawie swoich wcześniejszych doświadczeń, bo przypominam sobie, do czego służy ten spotkany przeze mnie obiekt – bar z obiektami – żywnością, które w nim znajduję. Refleksji występuje tutaj i w każdym doświadczeniu wiele. Ale bardzo niewiele zostaje wydobytych do świadomości, większość następuje w pewnym stopniu podświadomie. Dokonywane są jakby automatycznie, mimochodem, bo z przyzwyczajenia albo trafniej, z niepoznania ich. Pewne fakty, dotąd niesprawdzone, traktujemy w sposób oczywisty. Z tego powodu nie poznajemy świadomie własnego myślenia, bo jego oczywistością, oczywistym wystąpieniem podstawy doświadczenia, stwierdzamy wyższą ważność przedmiotu (treści umysłu, która pojawia się w gotowej na jej przyjęcie myśli), którym zajmujemy się w doświadczeniu, na przykład żywnością przyciągającą nasz głodny wzrok. Mniej uwagi kierujemy na myślenie, dzięki któremu w ogóle stwierdzamy, że są jakieś przedmioty.

Ale wracając do ciągu zmieniających się treści świadomości, pod wpływem ciągle nowych doświadczeń, a właściwie pod wpływem wciąż zmieniających się treści doświadczenia. Kiedy siedzimy na przykład na krześle przy stole, koncentrując swoją uwagę na kwiatach, które stoją w wazonie na tym stole, to treścią najbardziej „wystającą” dla mnie z doświadczenia mogą być żółte płatki kwiatu, ich kształt i nieco pofałdowana budowa. To znajduje się w centrum mojej uwagi. Obok punktu, na którym spoczywa moja uwaga znajduje się całe tło doświadczenia, czyli kielich kwiatu, łodyga, na której on stoi, wazon, na którym łodyga i kielich opiera swój ciężar czerpiąc wodę znajdującą się w wazonie, która także opiera się o ściany i dno wazonu. Wazon stoi na stole, stół oparty jest o podłogę, obok znajduje się krzesło, na którym siedzę ja, stwierdzając swoją obecność w doświadczeniu i oglądając je. Stół z krzesłem znajduje się pomiędzy czterema ścianami pomalowanymi na jakiś kolor, na ścianie coś zostało zawieszone, a obok stoją różne przedmioty. Wszystkie te pozostałe treści także obecne są w mojej świadomości towarzysząc oglądanemu płatkowi z tym, że te pozostałe treści można by nazwać około świadomymi. Mam je na uwadze wiem, że są, ale to nie one są obiektem mojego zainteresowania teraz, tak jak płatek, w który wpatruję się. One wyjaśniają mi układ, w jakim występuje obiekt oglądany i ja jako oglądający. Całe to otoczenie jest już przez nas znane, dlatego nie przyciąga naszej uwagi, tak, jak płatek, który wzbudza mnie poznawczo.

A teraz mogę podnieść abstrakcyjność własnego myślenia i pomyśleć o tym, o czym właśnie myślę. Mogę powtórzyć powyższy opis, ale poprzedzę go świadomym stwierdzeniem własnej obecności. Czyli oglądając płatek kwiatu stwierdzam, że oto oglądam teraz siebie podczas oglądania płatku kwiatu i oglądam wszystko to, co towarzyszy oglądaniu kwiatu, a więc wszystkie myśli, jakie wzbudza we mnie oglądany płatek. Wzbudza ich bardzo wiele, począwszy od próby identyfikowania koloru we wcześniejszych doświadczeniach, kojarzenia pofałdowanej powierzchni i jej pochodzenia, itp. Następnie odsuwając uwagę od niego, ale nie głowę, kieruję ją na swoją myśl i oglądam wyobrażenie całego otoczenia, w jakim znajduje się oglądany płatek. Stwierdzam swoją wiedzę o całym układzie, w jakim przebywam, bez fizycznego rozglądania się. Robię to samoświadomie, bo dokonuję refleksji nad zapamiętanym układem przedmiotów, refleksją naświetlając swoją pamięć. Staję się samoświadomym siebie, bo mnie pierwotnie dotyczy refleksja. Muszę stwierdzić, czy obecny jest ten, który potrafi powiedzieć mi coś o otoczeniu, „pstrykam mu zdjęcie” refleksją. Przy stwierdzeniu własnej obecności, stwierdzam następnie, że znajduje się ona, ja, pośród różnych przedmiotów, które wymieniając myślowo od razu odtwarzam układ, w jakim znajdują się. Znajduję tak również nawiązanie do innych przedmiotów w otoczeniu, których nie pamiętam od razu, czyli to, że np. parasol opiera się o ścianę, itp.

Różnica pomiędzy doświadczeniem opisanym powyżej a doświadczeniem codziennym, jak dobrze znana droga z pracy do domu, opiera się jedynie na udziale wysokiej świadomości (uwagi). Tutaj uzyskujemy wyższą świadomość siebie i stwierdzamy, że jesteśmy podstawą doświadczenia, bez której do niego nie doszłoby, tak jak nie dochodzi do naszego doświadczenia w pokoju obok, w którym nie jesteśmy teraz obecni, albo jak „gnamy” z pracy do domu nie reflektując świadomie wszystkiego tego, co mijamy co dzień.

Opisywana powyżej sytuacja jest inna niż codzienne automatyczne wykonywanie tych lub innych czynności. Podmiot świadom jest tego, co robi. Świadomie dochodzi do stwierdzania kolejnych aktów oglądania, jak to, że świadomy jest tego, że świadomie ogląda płatek, czyli siebie na podstawie doświadczenia kwiatu. I inne doświadczenia, które codziennie można „potraktować” (samo)świadomością. W każdej z czynności występuje podmiot samoświadomy i przez to świadomy tego, co robi. Występuje świadomość bycia podstawą doświadczenia i czynności, jaką wykonuje myślowo, czyli tego, że poznaje ów fakt swojego bycia. Za każdym razem najpierw stwierdza swoją obecność w doświadczeniu, aby stwierdziwszy to wiedzieć, że sprawuje władzę nad sobą i doświadczeniem, bo może kierować sobą i otoczeniem w celowy sposób.

Wszystkie zmiany w myślanej treści następują na bazie pierwotnego stwierdzania swojej obecności. Najpierw potwierdzam przez refleksję „ja jestem…”, aby uzupełnić to o stwierdzenie bycia „…w danych okolicznościach”. Następnie mogę skierować się ku jakiemuś konkretnemu celowi. Najpierw musi w świadomości zaistnieć coś, czego można użyć, aby móc następnie tego użyć. Kiedy jest to tylko stwierdzanie obecności i możliwości użycia przedmiotu, to jest to prorefleksyjna (2) codzienność. Kiedy jest to stwierdzenie obecności i możliwości użycia samoświadomości, refleksyjnego (3) podmiotu, to jest to uobecnienie siebie na płaszczyźnie mentalnej, w myśli, dobre do użycia codziennie.

Nasza obecność w codziennym życiu zakładana w sposób oczywisty, przyjmuje formę automatyzmu. Nasze istnienie jest zakładane jakby bezrefleksyjnie. Właściwie refleksja jest, tylko z powodu własnej oczywistej obecności tego, że jest dla nas oczywiste to, że występujemy w doświadczeniu jako pierwsi, następuje ona podświadomie. Samoświadomość jest pierwotna, bo to najbardziej podstawowe doświadczenie nas samych, musimy wiedzieć, że istniejemy, aby stwierdzić, że istnieje coś jeszcze. Po nim następują dopiero inne doświadczenia, czyli przedmioty, które nas otaczają, a których obecność stwierdzamy po tym, że najpierw stwierdzamy własną obecność i stosunek z nimi.

Wtórnie obecność stwierdzana jest wśród nich, kiedy odkrywam siebie pomiędzy przedmiotami, bo patrząc na nie zauważam siebie w ich centrum, które wyznaczam samoświadomością. Ale tutaj chodzi o świadome stwierdzanie własnej obecności pierwotnie, przez świadomość przesuniętą na wcześniejszy etap doświadczania. W doświadczeniu jesteśmy zawsze, stwierdzeniem siebie rozpoczynając doświadczenie. Ale to nasze „zawsze istnienie” sprawia, że nasza obecność nie jest sprawdzana, bo mamy ją już i od razu. Dlatego kierujemy swoją uwagę od razu na to, co chcemy mieć, czyli na przedmiot, bo myślenie jest cichsze albo subtelniejsze w stosunku do wulgarności albo gruboskórności przedmiotu.

Podobnie ma się to do różnych stanów umysłu, które występują pod wpływem czynników doświadczenia. Chodzi o wyrażanie wrażliwości, gniewu, radości, wszelkich innych stanów umysłu albo, kiedy wydaje mi się, że coś jest, ale coś mówi mi, że nie jest i wszystko inne, co staje się treścią myślenia, a dotyczy stanu umysłu i emocji. Zanim taki stan wystąpi, to podmiot, który ma mu ulec, musi dopuścić odpowiedni czynnik do świadomości wywołujący ten stan. Robi to bezkrytycznie, łatwo ulega dlatego, bo nie dokonuje świadomej refleksji nad sobą, w której może stwierdzić, czy chce to oddziaływanie dopuścić i czy chce uzyskać stan, jaki wystąpi pod wpływem tego czynnika. O ile w ogóle wie o tym, dzięki świadomym refleksjom nad sobą, które pozwoliły mu poznać różne oddziaływania. Mało refleksyjny od razu pozwala uwieść się, wywołując w sobie dany stan. Kiedy dokonuje samoświadomej refleksji, to filtruje bodźce dochodzące z doświadczeń tak, aby osiągnąć stan umysłu, który uważa, że jest dla niego najlepszy. Nie ulega czynnikom, które dzięki refleksji zna i wie, że prowadzą one na przykład do niedobrego samopoczucia, ale świadomie szuka tego, co najlepsze i w czym czuje się dobrze.

Chodzi, więc o to, aby podnieść refleksję siebie, pierwotnie stwierdzaną samoświadomość do świadomości, aby osadzić swoje bycie w niej, w źródle, z którego samoświadomość, bycie podmiotem wypływa. Nie w przedmiotach, których zmienność oparcia nie umożliwia, dając niepokój, kiedy stan otoczenia, przyjmowany za trwały, zmienia się, bo wraz z nim pojawia się konieczność przeformułowania naszej obecności w świecie, oparcia na nowych regułach w oparciu o zmieniony układ przedmiotów i inne przedmioty. Temu towarzyszy niepokój czy w ogóle można bycie przeformułować, na szczęście zwykle można, ale wybór bycia w niepokoju nie jest przyjemny.

—————————————–

(1) Rozwój duchowy a samoświadomość. Część II.

(2)Zmierzająca dopiero do samoświadomej refleksji patrz: Typologia ludzkiej podmiotowości. Część I.

(3)Ibidem. Dokonująca samoświadomej refleksji.

Zapraszam na Poznanie.

Marcin Kotasiński

…o tworzeniu intencji

Tak sobie właśnie ostatnio uświadomiłem, że już dawno temu miałem napisać o czymś dość istotnym i… kompletnie wyleciało mi to z głowy. Dziwne tym bardziej, że zakodowało mi się w głowie przekonanie, że ten tekst już powstał. Przejrzawszy swoją stronę i upewniwszy się, że naprawdę istnieje jedynie w mojej wyobraźni, zabieram się za jego materializację. Skoro powstaje teraz, to najprawdopodobniej jest to najwłaściwszy do tego moment – ziarenko myśli dojrzało aby wypuścić pędy :)

Otóż tematem dzisiejszej rozprawki (drogie Dzieci Boże, dodał skrycie w myślach profesor Elijah) jest tworzenie intencji. Jest to temat o tyle ciekawy i interesujący, że intencje są mechanizmem napędzającym nasze życia i stoją u podstaw naszego funkcjonowania, jak to pokazuje czule poniższy wykres, zaprezentowany w pełnym dramaturgii i dynamiki trybie ASCII:

INTENCJA –> MYŚL –> SŁOWO, DZIAŁANIE

O wpływie myśli na nasze życie wiemy, temat przerabiany jest od tysięcy lat, kiedy to Budda powiedział „Jesteśmy tym, co myślimy” – albo i nawet wcześniej. Intencja, patrząc na to dość schematycznie i technicznie, jest jakby warstwą leżącą poniżej poziomu myśli. Nie chcę się w tym miejscu zagłębiać w dogłębne tłumaczenia, czym jest intencja, nie taki jest cel mojej dzisiejszej popisówy (od słowa „pisać” ;). Podrapanie się w tym miejscu po głowie dało mi wyraźnie do zrozumienia, że jest to słuszne podejście aby tematu głębiej nie kontynuować, i tylko w skrócie możemy powiedzieć, że intencja to nienazwana, nieokreślona słowami myśl, albo raczej – pierwotna energia która napędza wszystkie nasze myśli, słowa i działania.

Rozumienie mechanizmu tworzenia intencji jest tak samo istotne, jak pojęcie wpływu myśli na kształtowanie doczesnego życia. Cały czas wszechświat gra rozmaitymi intencjami – i albo my tymi kierujemy, albo owe intencje kierują nami. Przykładów rozmaitych gier intencji jest mnóstwo, właściwie jest z nich zbudowane całe życie i wszystkie relacje, jakie tworzymy. Najbardziej klasycznym przykładem może być tutaj relacja „kat” – „ofiara”, gdzie jedna strona, z reguły motywowana poczuciem winy lub innym równie destruktywnym mechanizmem w psychice, ma zwykle nieuświadomioną ochotę dostać w zęba, zaś druga strona, motywowana agresją lub innym równie destruktywnym mechanizmem w psychice, ma zupełnie uświadomioną ochotę komuś w tego zęba przygrzmocić. I mniej więcej w taki oto sposób dochodzi do klasycznego naruszenia artykułu 158 Kodeksu Karnego.

Mniej więcej takim też mechanizmem dogrywania się intencji można wytłumaczyć całą masę zjawisk w życiu. I mniej więcej taka filozofia bywa też często nadużywana i wykorzystywana w nie zawsze świadomych wytłumaczeniach prawie-guru, np:

-„No tak, skoro ten szaleniec wpadł do klasy i zastrzelił 9 uczniów, to z pewnością mieli oni intencję aby cierpieć i zginąć”, albo:

-„Tak, nazwałem Cię skończonym durniem i idiotą, ale najwyraźniej miałeś intencje aby sobie dokopać”, czy też:

-„Moja terapia jest genialna! Skoro ktoś po tym wylądował w psychiatryku, to widać miał takie intencje”.

Wytłumaczenia takie, mogą być mniej więcej prawdziwe. Określenie to powtarzam nieprzypadkowo – jako, że czasami są prawdziwe więcej, a czasami mniej: bo co, jeśli wpadając do klasy z bronią maszynową to JA tym czynem KREUJĘ w kimś intencję bycia ofiarą? Albo co, jeśli nazywając kogoś idiotą i debilem, to JA swoimi słowami zaniżam komuś poczucie samooceny i TWORZĘ z niego nieudacznika? Jest to jak najbardziej możliwy scenariusz, do którego nie wszyscy chcą się z łatwością przyznać, ponieważ czyni on ich, w jakimś stopniu, odpowiedzialnymi za innych ludzi – jakże bowiem prościej jest być egoistą przekonanym, że funkcjonuje się w zupełnym odcięciu od reszty! Tak samo łatwiej jest obarczyć kogoś odpowiedzialnością za intencję… którą pomogliśmy mu wykreować!

Omówmy jednak tworzenie intencji od początku.

Najprostszym scenariuszem jest taki, w który sami sobie tworzymy intencję. Jeśli jest to świadome, to w porządku i efekt jest pozytywny – nikt zdrowy psychicznie nie będzie sobie samemu tworzył destruktywnych scenariuszy, a raczej takie, które uważa za korzystne i pomyślne. Nieuświadomione intencje bywają już różne, czasami korzystne, częściej jednak nie, i co więcej – nieuświadomione intencje bywają z reguły tworzone przy współudziale innych ludzi!

Co jest zatem potrzebne do utworzenia intencji? Odpowiednio silna i ukierunkowana energia.

Łatwiej wyobrazić to sobie na prostym przykładzie. Zakładam, że większość szanownych Czytelniczek tego artykułu nigdy się nie… prostytuowała. Bez obrazy, to tylko przykład. Jesteś porządną kobietą, mającą swój szlachetny system wartości. Nagle pojawia się przed tobą totalnie nieznajomy, przystojny i elegancko ubrany człowiek. Bez pytania o twoje imię proponuje od razu 100 złotych za seks. Prawdopodobnie od większości dostanie w twarz za taką bezczelną propozycję. Niestrudzony, zwiększa stawkę do 1.000 PLN. Co wówczas? A co, jeśli stawka zostanie dalej podbita, do dajmy na to, 10.000zł? Grono opornych pań z pewnością zmaleje. Zmaleje jeszcze bardziej przy kwocie 100.000zł. Nadal trzymasz przy swoim, słoneczko? A co, jak stawką będzie milion złotych – cały milion! Ile osób gotowych jest zmienić swój system wartości i intencji przy takich kwotach? I nie śpiewać mi tutaj proszę: „Ja bym tego nigdy zrobiła!”. Pieniądz to tylko przykład energii, można go z łatwością zastąpić inną oddziałującą siłą, na przykład pistoletem przyłożonym do skroni. Czy wówczas również będziesz się tak butnie opierała?… Przy odrobinie wysiłku mógłbym znaleźć taki rodzaj energii i oddziaływania, który złamałby zasady i intencje dowolnej osoby (poza JEDNYM wyjątkiem, o czym później).

Ten przykład jasno pokazuje, jak w obliczu wpływu silnej, zewnętrznej energii, nasza początkowo czysta i szlachetna intencja ulega zmianie. Znacie powiedzenie „chodził, chodził aż wychodził”? To jeden z przykładów, gdzie zaangażowanie woli i wysiłek energetyczny (w dowolnej postaci, pieniędzy, czasu, czy mniej lub bardziej subtelnych energii ;) przekonuje ku nam drugą osobę. Inny powszechnie znany przykład to telewizyjne reklamy – energia skierowana na to, abyśmy odpowiednio wydawali nasze pieniądze. Bywają też nieświadomie kreowane pozytywne intencje – nie tak dawno moja była partnerka napisała mi, że wystarczyło, że przy niej byłem, a jej życie wyglądało przyjemniej, pozytywne i korzystne rzeczy działy się „same”. Podobnie wchodząc do miejsca, w którym medytuje dużo osób, odczuwamy spokój i wyciszenie. Zdarza się też tak w niektórych kościołach.

Nie zawsze jednak potrzeba do tego pieniędzy albo pistoletu do zmiany intencji, wystarczy jednak coś innego: autorytet. Uznanie autorytetu to przyznanie komuś władzy nad jakimś obszarem naszego życia. Zakładamy wówczas, że druga osoba wie od nas lepiej, oddajemy się w jej ręce – i wówczas szerokim, nieskrępowanym strumieniem płyną do nas czyjeś intencje, przekonania i wzorce. Pewnie, często jest to korzystne, choć bywają wyjątki, gdzie autorytet manipuluje innymi w celu uzyskania swoich korzyści. Autorytetami często bywają rodzice – dla wielu ludzi wyrwanie się z piekła przekonać i przejętych od nich intencji to prawdziwy wysiłek i sporo pracy. Warto zapamiętać, że prawdziwy autorytet, nigdy nie narzuci siłą swoich przekonań, a co więcej nawet, namawia chociażby do ich samodzielnego przemyślenia i zrozumienia. Tak postępują prawdziwi duchowi mistrzowie.

Na szczęście, osób które posiadają naprawdę silną i świadomie ukierunkowaną destruktywną energię nie ma aż tak wiele, więc nie ma się czego specjalnie obawiać, choć warto pozostać czujnym i świadomym. Często sama świadomość tego, że ktoś na zewnątrz nas próbuje podjąć wpływ jest wystarczającym sposobem obrony – możemy wówczas samodzielnie zadecydować, co z tym fantem zrobić. Poza tym, jest jedna energia, która jest najsilniejsza ze wszystkich i praktycznie nie wyobrażam sobie, aby mogła być w jakikolwiek sposób „pokonana”. To Boska energia miłości, energia wybaczenia. Prawdziwe oddanie i zawierzenie się jej potrafi czynić prawdziwe cuda i nie spotkałem jeszcze w życiu niczego silniejszego. Zawierzenie Bogu, poddanie się energii serca chroni nas najskuteczniej przed jakimkolwiek zewnętrznym, destrukcyjnym wpływem. Otwarcie się na Boską energię miłości to także otwarcie się na przypływ inspiracji, pozytywnych zdarzeń, odpowiedniego miejsca i harmonii w życiu. Fajnie opisał to kiedyś jeden z mistrzów ninjutsu, zapytany przez swojego ucznia:

– „A co jeśli ktoś wycelowałby w Ciebie pistolet”?

-„Nie byłoby mnie tam”- odparł z uśmiechem nauczyciel.

Polecam to przemyśleć! ;)

Świadomości,

Elijah

www.elijah-blog.info

Duchowość

Czym tak na prawdę jest duchowość? Duchowość jest przeżywaniem życia z całkowitym, głębokim i prawdziwym zrozumieniem tego co nam się przydarza, co obserwujemy, czego doświadczmy my i inni. Jak się to ma do tego za co duchowość uważana jest obecnie? Duchowość tak na prawdę nie jest znajomością Boga albo dążeniem do jego poznania jak się powszechnie uważa – bo czy można poznać Boga? Boga można zauważyć we wszystkim co nas otacza, ale czy można go poznać? Można przeczytać o nim setki książek, zapoznać się z tysiącami teorii, można nawet samemu te teorie wytwarzać – ale czy to napewno jest duchowość?

Notuję, że znane mi osoby, które twierdzą, że zajmują się „duchowością”, tak naprawdę oddalają się od rzeczywistego życia we własnym ciele i tu na Ziemi – odchodzą w świat energii, kosmicznych spotkań, zabiegów, oddalają się w coś co ja nazywam „demonstrowaniem duchowości wszem i wobec”. Tak naprawdę oddalają się od ducha bo oddają się duchowości.

Czym jest duchowość dzisiaj? Jest naginaniem praw boskich do praw człowieka. Dziś często tradycja jest ważniejsza od praw boskich. Rytualne obrzędy zaczerpnięte od naszych przodków są ważniejsze niż prawa boskie. Z praw boskich człowiek wybiera to co mu się podoba. Bierzemy prawa boskie, interpretujemy je by uzyskać korzyści dla siebie. Najczęściej bierzemy prawa boskie, zamieniamy je w pustobrzmiace slogany, ubieramy się w nie i demonstrujemy otoczeniu jak bardzo duchowi jesteśmy – i raczej nie jesteśmy tego świadomi.

W „Anastazji” W. Megre znalazłam fragment który jest dla mnie kwintesencja współczesnej duchowości „… doszedłem do wniosku, że osoby określające siebie jako „bardzo uduchowione” mają też druga stronę, której same się obawiają. Właśnie dlatego cały czas zapewniają innych o swojej duchowości, robią do niej aluzje. Chyba się boją, że ktoś może zauważyć tę ich drugą, ciemną stronę.”

Czy duchowość nie powinna być raczej życiem z duchem zamiast życiem jako osoba uduchowiona? Dla ilu „uduchowionych” osób to zajmowanie się „duchowością” jest tylko kolejną rolą, sposobem na przejście życia – jest tak naprawdę ucieczką od siebie w ciekawszy, bardziej interesujący świat? Jesli twoje życie kręci się wokół szeroko pojętej „duchowości”, rozmów na duchowe tematy, „duchowych” rozmyślań, medytacji, spotkań osób uduchowionych, poszerzania tej „duchowości”, pomagania osobom mniej „uduchowionym” – to może już czas by zadać sobie pytanie: kim byś był jeśli zaprzestałbyś tego co właśnie wymieniłam? Kim byłbyś gdybyś zaprzestał tych wszystkich duchowych czynności, duchowych rozmów, duchowych przemyśleń? Jak wyglądałoby twoje życie gdybyś tego zaprzestał? Co by ci w tym życiu zostało? Czy możesz powiedzieć, że bez tej „duchowości” twoje życie jest spełnione, piękne, szczęśliwe? Czy raczej używasz tej „duchowości” aby pozapełniać wszystkie luki w swoim życiu?

Ile z tej „duchowości” jest tylko pozą osoby uduchowionej, którą odgrywasz, a ile ta „duchowość” naprawdę daje twojemu duchowi? Czy „duchowość” nie stała się sposobem na życie? Niektórych ludzi łączy w grupy rodzaj słuchanej muzyki, innych polityczne poglądy. Czy ciebie z innymi nie łączy „duchowość”? Czy ta „duchowość” łączy cie z wszystkimi ludźmi, czy raczej łączy cię z tylko podobnymi tobie wyznawcami „duchowości”? Czy nie jest tak, że prawdziwa duchowość łączy wszystkich? Czy nie jest tak, że o prawdziwej duchowości można porozmawiać ze wszystkimi? Więc czym jest ta prawdziwa duchowość? I czy ty napewno o niej właśnie rozmawiasz z wybranymi i sobie podobnymi? Czy masz głębokie, oparte na miłości i akceptacje relacje tylko z tymi, którzy zajmują się duchowością? Czy wśród twoich znajomych dominują osoby z zakresem „wiedzy duchowej” podobnym do twojego? Jakie towarzyskie spotkania dominują w twoim życiu? Czy takie oparte na celebracji „duchowości”, czy te oparte na celebracji ducha? To zasadnicza różnica.

Czy zastanawiasz się dlaczego dostałeś to ciało które masz, dlaczego jesteś właśnie na Ziemi, dlaczego urodziłeś się w tej rodzinie, w tym kraju? Jaki był w tym boski plan? Czy po to dostałeś życie aby je spędzać na duchowych rozmyślaniach, czyli spędzać w swoim umyśle? Czy po to urodziłeś się w tym wymiarze, aby w myślach uciekać w inne wymiary? Czy po to urodziłeś się na tej pięknej Ziemi aby zachwycać się i wciąż opisywać inne galaktyki?

Czy byłbyś równie ciekawy dla innych ludzi gdybyś zaprzestał rozmów na egzotyczne, ezoteryczne tematy, które zadziwiają i może nawet fascynują innych ? „Duchowością” zająłeś się w jakimś celu. Jaki to cel? Czy chciałeś urozmaicić sobie życie, poprawić jego jakość? Sprawić by stało się pełniejsze? Co jest w stanie sprawić że twoje życie jest pełniejsze: prawdziwe życie tym życiem i będąc w tym życiu, czy raczej rozmyślanie o nim i powiększanie wiedzy jego dotyczącej, ale nie życie?

Kięża są duchownymi, zajmującymi się duchowością i często tak mało w nich ducha, tak mało ducha jest w tym co głoszą. Dlaczego? Bo zajęci są duchowością. Tyle maja reguł, przykazań, form dogmatow. Tyle ludzkich praw postawionych ponad prawa boskie, ponad prawdę. Tak często krytykuje się książy katolickich, że to co głoszą nie idzie w parze z tym jak żyją. Przypomnij sobe co ty zarzucasz księżom i zapytaj siebie czy nie można by było tego zarzucić i tobie.

To, co z ust wypływa

Często nasze życie dekorujemy słowami. Tzn nasze życie nie do końca jest takim o jakim marzymy – i zamiast skupić się na tym by je udoskonalić, skupiamy się na tym aby opisać je innym tak, by wyglądało na lepsze, pełniejsze, szczęśliwsze. Zamiast uszczęśliwiać się, po prostu opisujemy się jako szczęśliwi, prezentujemy się przed innymi jako szczęśliwi. Pierwsze trzy czakry odpowiadają za życie, jego pełnie, rozmach, radość w nim. Czakra gardła odpowiada za komunikowanie i wyrażanie siebie. To co robi większość ludzi to zastępuje pierwsze trzy czakry, czakrą gardła. Nie zajmują się życiem a zajmują się słowami. Nie zajmują się przeżywaniem życia, raczej zajmują się sprawianiem wrażenia na temat życia.

Czy radość z życia można wyrazić? Czy raczej można ją tylko odczuwać? Dlaczego ma dla nas tak wielkie znaczenie to, by udowodnić innym jak to wspaniale żyjemy, jak to niesłychanie szczęśliwi czy nieszczęśliwi jesteśmy? Dlaczego nie ufamy, że nasze szczęście czy nieszczęście, jest widoczne gołym okiem i nie potrzeba żadnych słów żeby było bardziej widoczne. Dlaczego łudzimy się, że nasze słowa i wspaniałe opisy są w stanie ukryć prawdę o naszym życiu? Jeśli coś nam w jakości naszego życia przeszkadza, to nie ma takich słów i opisów, które mogłyby to ukryć. Czy ukrywając to przed innymi, tak na prawdę nie łudzimy się, że w końcu uda się nam ukryć to przed sobą? Czy możliwe, że koloryzujemy nasze życie dlatego, że wstydzimy się naszego życia takim jakim jest? Uciekamy od naszego życia bo go nie lubimy takim jakim jest.

Czy koloryzowanie jakości życia zmienia jego jakość? Czy dzięki temu, że stworzyliśmy wrażenie iż nasze życia jest takie półfantastyczne, ono naprawdę takim się staje? Czy gdy tysiąc razy powtórzymy, że nasze życie jest spełnione to ono takim się stanie? Czy nie jest już pora by się faktycznie obnażyć, pozbyć złudzeń, przestać okłamywać innych i siebie, stanąć nagimi przed samymi sobą i zobaczyć dlaczego nie pozwalamy sobie na tą pełnię, dlaczego zabraniamy sobie odczuwać szczęście i spełnienie już teraz?

Jestem jedną z tych osób z którymi bardzo ciężko wygrać dyskusje. Bardzo szybko znajduję kontrargumenty, bardzo sprytnie potrafię nakierować dyskusje na tory na których czuję się bezpiecznie. Jednym słowem potrafię tak odwrócić kota ogonem, że nikt się nie domyśli, a ja panuję nad rozmową. Ale dlaczego to robie? Dlaczego wyrobiłam w sobie tę umiejętność prowadzenia dyskusji wręcz do perfekcji? Bo czuję się zagrożona, że rozmówca pokaże mi moje niedoskonałości, unaoczni mi jakieś rzeczy o mnie, których nie chce wiedzieć czy widzieć. Za każdym razem gdy za wszelką cenę staram się wygrać dyskusję, uciekam przed zrozumieniem czegoś. Trzymam się usilnie czegoś co już wiem, nie chcąc nawet spojrzeć na coś nowego, innego, możliwe że cennego, co chce przekazać mi rozmówca.

Każdy rozmówca ma dla nas informację. Ale najczęściej nie jest to informacja prosta do znalezienia. Rzadko ktoś siada z nami i mówi: „Słuchaj z Tobą to jest tak i owak.” Najczęściej sami musimy wyciągnąć wnioski. W naszym świecie, gdy tak rzadko mówi się to, co się na prawdę czuje, gdy tak rzadko mówi się wprost, gdy informacje są tak bardzo zawoalowane w to co wypada, w strach, w potrzebę przymilenia się – w tym obecnym świecie słowa naszego rozmówcy raczej nie są dla nas informacją – najczęściej tą informacją jest jego zachowanie, energia, czasem wyciągamy naukę z niezgodności tego co osoba mówi, z tym jak to mówi i czym emanuje.

Czy rozszyfrowujesz cenne informacje z którymi przychodzą do ciebie ludzie i zdarzenia? Czy ważniejsza jest dla ciebie informacja czy forma w jakiej jest podana? Czy odrzucasz niektórych ludzi z powodu formy w jakiej przekazują ci informacje? To czy ktoś mówi do ciebie w ciepły i miły sposób, czy też mówi do ciebie w sposób zimny i okrutny, też jest dla ciebie ważną informacją. Gdybyś miał wybór to co byś wybrał: piękne i słodkie słowa które nie mają wpływy na twój rozwój, czy raczej surową, często brutalną informacje która może odmienić twój świat? Czy to nie jest tak, że w tym naszym świecie, bardziej powinniśmy cenić osoby mniej zakłamane, prawdziwsze, uczciwsze, bardziej bezpośrednie, które przekazują nam informacje wprost? A czy raczej nie wybieramy tych, którzy słodkimi słowami uklepują w nas to, czego tak na prawdę chcemy się pozbyć. Czy to, że najczęściej wybierasz piękne słowa ponad słowami prawdziwymi, nie wynika przypadkiem z tego, że się boisz stracić swój wizerunek o sobie?

Co w tobie decyduje, którą informację przyjmujesz a którą odrzucasz? Co jest twoim narzędziem selekcji informacji i osób, które z tą informacją przychodzą? W jaki sposób decydujesz, która informacja jest prawdziwa a która fałszywa? Czy za prawdziwą informację uważasz tę która ci się podoba? Która pokazuje ciebie w lepszym świetle? Po której się lepiej czujesz – choćby tylko chwilowo? Czy informacja która tobą w jakiś sposób wstrząsa, która pokazuję ci twoje ograniczenia, która nie jest zbyt miła, jest informacją fałszywą? Która informacja może pomóc ci bardziej? I dlaczego najczęściej odrzucasz tę informację która może ci pomóc, wybierając tę przyjemną po to, by chwilowo poczuć się lepiej?

Czy oznaką ważności informacji nie jest to, jak silne emocje ona w nas porusza? Im bardziej informacja nami wstrząsa tym bardziej nas dotyczy, coś w nas porusza, pokazuje nam naszą gotowość na zmianę. A co najcześciej robimy gdy dostajemy poruszającą nas informację o nas samych? Przekierunkowujemy calą uwagę na listonosza – tego który dostarczył wiadomości i z nim walczymy. Mamy sygnał ze środka nas, jakim jest wielkie poruszenie, emocje, ale nie zajmujemy się tym, tylko staramy się by ten który dostarczył wiadomość, ją „odszczekał”. Czujemy się poruszeni, wstrząśnięci i szukamy winowajcy na zewnatrz – w innych ludziach. A tak naprawde nikt nie jest winny. Ktoś uderzył w stól, a nożyce się w nas odezwały. To my mamy nożyce – to nasze nożyce. To nasz problem, nasze ograniczenie i mimo że na początku ciężko to odczuć, to ta osoba która dostarcza nam informację, jest naszym najlepszym przyjacielem.

W pogoni za akceptacją

Zobaczyłam i zrozumiałam dziś bardzo ważną dla mnie rzecz. Nie wiem, czy jestem w tym odosobniona czy nie, ale podzielę się tym, bo może ktoś odnajdzie w tym podobieństwo do swojego życia.

Od dawna czuję, że sposób w jaki żyję jest niewspółmiernie mały i szary w porównaniu z tym jak mogłabym żyć, gdybym wykorzystała pełen swój potencjał – potencjał, który czasami udaje mi się poczuć. Ostatnio czuję ten mój potencjał bardziej jako wspomnienie po czymś co kiedyś miałam. Taki ślad zapachowy. Ujrzałam, że nie mam już energii i inicjatywy na wielkie życie z rozmachem. Po prostu nie mam siły, a jednocześnie mam świadomość że mogłabym żyć inaczej. Jakby nie było połączenia między mną a moim potencjałem. Tu jestem ja, a tam gdzieś, jest mój potencjał i nie mamy ze sobą nic wspólnego.

Zapragnęłam to zrozumieć, i to co zobaczyłam i poczułam, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Na własne życzenie pokroiłam swój potencjał i swoją siłe niczym tort i rozdałam go innym nie zostawiając sobie nic oprócz pustego talerza. Różne sytuacje i okresy mojego życia zaczęły pojawiać się i ukazywać w nowym świetle.

Był taki okres w moim życiu, gdy miałam około 20-23 lata i czułam się bardzo samotna i odtrącona przez wszystkich i wszystko. Tak bardzo chciałam, żeby ludzie mnie lubili, aby znalazł się mężczyzna który mnie pokocha, pragnęłam by ludzie mnie akceptowali, marzyłam o tym by przynależeć do jakiejś grupy. Oczywiście teraz wiem, że tak naprawdę, to ja siebie nie akceptowałam, nie lubiłam, nie kochałam i to ja siebie odtrąciłam – ale wtedy o tym nie wiedziałam, wtedy zrobiłabym wszystko aby poczuć związek z drugim człowiekiem, poczuć jedność z innymi, by poczuć się równa i zasługująca. Pragnęłam tego tak bardzo, że zaczęłam rozdawać siebie. Nie wiem jak to wykonywałam fizycznie – ale teraz widzę ten cały proces energetycznie. Pokroiłam siebie na kawałki niczym tort. Potem brałam kawałek i dawałam go, czasem nawet na siłę, osobie na przyjaźni której mi zależało. Teraz tak sobie kombinuję, że może skoro nikt nie chciał się związać ze mną – to postanowiłam związać te osoby ze sobą. Starałam się być lekiem na całe zło. Koleżankom na studiach pomagałam w nauce. Wszystkim służyłam radą i pomocą. Starałam się być niezastąpionym czy to wspomagaczem, czy nauczycielką, rozśmieszającą, doradcą, załatwiającym. Oh, jak ja się starałam.

Ponieważ nie zrobiłam tego najważniejszego, czyli sama sobie nie dałam tego co chciałam dostać od innych, wcale nie czułam się lepiej. Dawałam sobie fałszywe poczucie, że jestem akceptowana, pożądana ale wcale nie czułam sie lepiej, bo inni nie mogli mi dać tego czego od nich chciałam. Dla innych im bardziej się starałam, tym „dziwniejsza” byłam, czasem nawet bywałam żałosna w tym staraniu, często byłam dziewczynką do bicia, śmiali się ze nie za moimi plecami. Wiedziałam o tym przez cały czas, ale oszukiwałam się, że mam w końcu akceptacje innych, bo spędzali że mną trochę czasu i dawali mi ociupinę uwagi a wiec i energii.

Nie mam tym ludziom tego za złe, bo kto by pogardził ochotnikiem który wszystko pozałatwia, pomoże i wyręczy – bo tak to wyglądało na planie fizycznym. Energetycznie wyglądało to tak, że dawałam tym ludziom kawałki mojego tortu które były dla nich dodatkową energią, turbodoładowaniem – tym, czego ja teraz potrzebuje dla siebie. W ten sposób nauczyłam się inwestować moją energie w sprawy, które nie mają pomóc mi a mają pomoc innym.

W pewnym momencie dałam sobie to czego tak bardzo potrzebowałam – dałam sobie akceptację, miłość i polubiłam siebie. Nie nauczyłam się natomiast przekierunkowywania inicjatywy. Nigdy przez całe moje życie nie zrobiłam nic, co miałoby intencje – „dla mojego własnego dobra”. Nie umiem robić nic dla siebie. Wciąż rozdaję siebie innym. Teraz działa mi się najlepiej dla innych, mam energie dla innych, ale nie dla siebie. Dla innych mam wiele pomysłów, ale w stosunku do siebie jestem bezradna. Dla siebie nie chce mi sie ruszyć palcem, dla innych jestem gotowa do działania.

W każdym kontakcie z drugą osobą wymieniamy sie energią. To naturalny proces. Podczas całego mojego życia, wielokrotnie starałam się zdobyć akceptację od innych, poświecając siebie i robiąc wszystko pod innych. Ale ten okres, gdy mialam 20-23 lata, byl inny z powodu desperacji i intensywnosci tego procesu. Wtedy fizycznie się rozdałam – albo może tylko tak sie zakodowałam, albo odciełam od czegoś tak bardzo, że czuję to fizycznie. Od tamtej pory czułam się pusta, czułam, że nie mam już tego co pozwałałoby mi odnieść sukces, zaistnieć, nie miałam motywacji ani siły do wcielenia w życie przychodzących do mnie pomysłów.

Ten okres, gdy miałam 20 lat, był dla mnie bardzo mocnym i ważnym okresem. Czuję, że wtedy rozdałam siebie fizycznie i permanentnie. Dziś zobaczyłam osoby z tamtego okresu którym rozdałam siebie. Zobaczyłam, że te osoby wciąż czerpią energię z tego co miałam najlepsze, wciąż mają w sobie kawałek mojego tortu, kawałek mnie. W sukcesie co poniektórych osób poczułam siebie. Na dowód tej teori, gdy tylko zaczęłam się oczyszczać ,dostałam kilka wiadomości od osób, którym wtedy oddałam siebie. Dotarło do mnie jak wiele osób nosiłam na swoich plecach niczym muł. Muł, który tak wiele dał innym, że nie miał już siły zająć się sobą.

Nie wiem jak mam to wyjaśnić – bo umysł podpowiada mi, że jest to niewykonalne i że ktoś może postukać się w głowę, jak to przeczyta. Ale tak to czuję i wiem, że wtedy rozdałam swój potencjał. Może miało to miejsce tylko w mojej głowie i może tylko oszukiwałam siebie, że ten potencjał rozdałam, ale miało to fizyczne przełożenie na moje życie. Dziś poczułam jak bardzo wypalona się czuję. Poczułam te osoby które wciąż posiadają kawałek mego tortu – i nie twierdzę że dla nich też był to tort – może odczuwały to jako kamień który ode mnie dostały i który musiały przez lata dźwigać.

Dziś postanowiłam odebrać im kawałki tego tortu. Nagle zaczęły przychodzić do mnie osoby z tamtego okresu w moim życiu i odbierałam im rozdane kawałki siebie. Po kolei kładłam je na talerzu. Widziałam jak, z każdą osobą, pojawiają się na talerzu kolejne kawałki mnie, wypełniają pusty tależ i wyraźnie poczułam, gdy otrzymałam spowrotem ostatni kawałek siebie. Gdy tort stał się całością poczułam siłę. Oh, jaką siłę ja poczułam. Od lat się tak nie czułam.

Jakiś czas temu wykonałam podobne ćwiczenie w którym oddawałam innym energię, którą od nich dostałam i zabierałam im energie, którą im dałam. Tym razem ponownie zebrałam w sobie rozdany innym: mój potencjał, moją siłe, inicjatywę i motywację.

Czy napędzają cię do życia kontakty z innymi? Czy czujesz, że żyjesz tylko gdy masz kontakt z innymi ludzmi?

Jak się czujesz sam na sam ze sobą, gdy nie musisz pracować, gdy masz czas wolny? Czy unikasz takich chwil?

Czy masz inicjatywę by robić coś dla siebie? Zorganizować wycieczkę tylko dla siebie?

Czy robisz rzeczy które lubisz mimo, że nikt inny nie chce ci w tym towarzyszyc? Czy wybierasz czekanie na towarzystwo by zrobić coś czego pragniesz?

Czy pomagasz innym w tym samym stopniu w jakim pomagasz sobie? Czy dla innych robisz wiecej niż dla siebie?

Czy według ciebie, koncentracja na sobie jest dobra czy zła?

Czy wiesz, że nie jesteś w stanie prawdziwie pomóc drugiej osobie, jeśli najpierw nie pomożesz sobie?

… o nauce vs. religii

„We share the same biology regardless of ideology”

(Dzielimy tą samą biologiczną strukturę niezależnie od ideologii)

Sting

Przyglądłem się ostatnio dyskusji o nauce kontra religii z pewnym, hmm, politowaniem, albo nawet niesmakiem. Wpisanie w Google frazy „religion vs science” zwraca 25 milionów zapytań – znaczy, że problem jest dość poważny i zastanawia szeroką rzeszę ludzi. Postanowiłem zatem, w przypływie niesionej wiatrem inspiracji, jednym artykułem i ostrym jak brzytwa słowem, raz na zawsze rozstrzygnąć ten druzgocący problem ;)

Zacznijmy od podstawowych pojęć, aby było jasne, o czym rozmawiamy posługując się dość niedoskonałym słowem pisanym. Czym jest nauka? Internetowy Słownik Języka Polskiego interpertuje to tak:

Nauka:

«ogół wiedzy ludzkiej ułożonej w system zagadnień; też: dyscyplina badawcza odnosząca się do pewnej dziedziny rzeczywistości»

«zespół poglądów stanowiących usystematyzowaną całość i wchodzących w skład określonej dyscypliny badawczej»

Szybki rzut okiem na to, czym jest religia (szybki, bo w końcu, czytanie słowników nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej ;)

Religia:

«zespół wierzeń dotyczących istnienia Boga lub bogów, pochodzenia i celu życia człowieka, powstania świata oraz w związane z nimi obrzędy, zasady moralne i formy organizacyjne»

I tutaj pojawia się pewien problem z użyciem słów „zespół wierzeń”. Czym jest bowiem „wierzenie”? Ratując się po raz kolejny tym samym słownikiem odnajdujemy taką oto definicje:

Wierzyć:

«uznawać coś za prawdę»

«być przekonanym, że ktoś mówi prawdę»

O zdumienie! Patrząc bliżej widać świetliście jasno, że zarówno nauka jak i religia poszukują Prawdy na temat Rzeczywistości, niemniej, jakoś niespecjalnie mogą się w tym temacie porozumieć – co więcej można nawet rzec, że są od wieków w nieroztrzygnionym konflikcie!

Niech mnie kule biją – w czym zatem ów nierozwiązywalny problem?

Zacznijmy od nauki. Definicja mówi o nauce jako „ogóle wiedzy” i „usystematyzowanej całości”. Czyżby na tym gruncie wyrosła masa teorii, książek, tłumaczeń i argumentów na nieistnienie Boga? Zapewne tak. Tymczasem, nauka, której udało się wyjaśnić wiele zjawisk w naszym Wszechświecie, jest w gruncie rzeczy nadal bardzo niedoskonała i daleka od owego ideału „usystematyzowanej całości”. Przyglądając się poszczególnym jej dziedzinom z łatwością można zauważyć, że istnieją poważne luki, braki i niedoróbki – i to w obszarach wielu rozmaitych zagadnień. I wydaje się to, do pewnego stopnia zrozumiałe, zwłaszcza jeśli chodzi o skomplikowane rzeczy. Na przykład to, że nie rozumiemy natury Czarnych Dziur w kosmosie jest jeszcze pojęte. To, że pewną zagadkę dla nauki stanowi nadal migracja węgorza europejskiego do Morza Saragossowego, to też jeszcze można zrozumieć, choć problem nie jest tak odległy jak Czarne Dziury. To, że nauka nadal nie zna skutecznego lekarstwa na raka to też jest oczywiste z racji wagi problemu. Ale jakim cudem ta cała potęga ludzkiego umysłu, naszej wiedzy, ogromu intelektu, superkomputerów i lat doświadczenia nie potrafi nadal znaleźć skutecznego lekarstwa na katar – tego już naprawdę nie pojmuję.

I oto jaka nasuwa się konkuzja: nie potrafimy wyleczyć głupiego kataru – a zarazem wielu ludzi jest święcie przekonanych, że ta sama naukowa „siła” (z premedytacją wstawiłem to słowo w cudzysłów) dysponuje niezbitymi dowodami na nieistnienie Boga, którego wielu uznaje za największą tajemnicę Wszechświata?

Cała nasza „potęga” i „moc” rozbija się o… problem kataru. Czy to nie jest tak naprawdę śmieszne? Czy z takiej perspektywy próba interpretacji i wyjaśniania Boga z punktu dzisiejszej wiedzy i świadomości naukowej nie wygląda na akt szalonej desperacji? Dla mnie – wygląda. Przypomina mi to w pewien sposób próbę obszczekania tematu struktury atomu przez dwa psy. Łatwo mogą dojść do wniosku, że takie coś w ogóle nie istnieje. Podobnie my, dysponując narzędziami niewiele bardziej rozwiniętymi, próbujemy w ramach naszych ograniczonych możliwości „obszczekać” tematy znacznie wykraczające poza nasze teraźniejsze rozumienie. Jesteśmy dalecy od ideału, nie potrafiąc rozwiązać prostych przyziemnych, ludzkich problemów, a jednak uparcie wierzymy, że osiągnęliśmy naprawdę wiele i możemy rozwiązywać najbardziej doniosłe metafizyczne zagadki Wszechświata. Bez przesady, mili Państwo. Potrzeba nam nieco pokory aby zrozumieć, że tak naprawdę jesteśmy prymitywni i póki co – jeszcze wiele zostaje do zrobienia, odkrycia i wyjaśnienia, zanim w ogóle można będzie rzetelnie do tematu Boga podejść korzystając z naukowych narzędzi poznania.

Zostawmy zatem naszą biedną, kulejącą i rozwijającą się dopiero naukę i przyjrzyjmy się religii. Teoretycznie ma wyjaśniać nam Prawdę o Rzeczywistości. Co więcej, większość nawet opiera swoje istnienie na naukach zupełnie fantastycznych i głęboko mądrych poszukiwaczy Prawdy, jakimi byli Jezus, Budda czy inni. Niestety, w procesie ewolucji religia odeszła od tego szlachetnego ideału i obrosła grubymi fałdami tłuszczu, tfu, znaczy błędnych wyobrażeń, które tworzyli ludzie dalecy od ideału i niewiele rozumiejący, a którym – o zgrozo – uwierzyły miliardy ludzi na całej planecie.

Zastanówmy się przez chwilkę i spójrzmy na temat religii przez pryzmat słów znanego piosenkarza, Stinga, które zamieściłem na początku artykułu – „Dzielimy tą samą biologiczną strukturę niezależnie od ideologii”. Wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi, mamy taką samą biologiczną strukturę – ja, Ty, chrześcijanin, muzułmanin czy żyd. Każdy ma wątrobę w tym samym miejscu, mózg pod czaszką, nos, dwie nogi i dwie ręce. Nad każdym wstaje to samo Słońce i na nasze głowy pada ten sam deszcz. Zamieszkujemy tą samą planetę i tak samo działa na nas, niezależnie od przekonań, ta sama siła grawitacji. Jesteśmy wszycy poddani tym samym identycznym prawom Natury – i dotyczą one praktycznie każdego aspektu naszego fizycznego życia, niezależnie od wyznawanej religii i poglądów.

Skoro te same reguły dotyczące fizycznego świata powstały dla wszystkich ludzi niezależnie od ich poglądów czy wyznawanej religii, to jestem w pełni przekonany, że całkowicie sensowne i uzasadnione jest, aby tak samo działały na nas duchowe prawa Wszechświata. To, czy wierzysz w istnienie komety Halleya nie ma kompletnie wpływu na jej funkcjonowanie, istnienie i trajektorię lotu. To, czy wierzysz w istnienie prądu elektycznego (widział go ktoś?) też w żaden sposób nie zmieni jego struktury i zasad działania. Myślę, że podobnie sprawa ma się z wyznawaną religią – swoimi poglądami nie jesteś w stanie w żaden sposób zmienić ani w jakikolwiek sposób wpłynąć na istnienie bądź nieistnienie jakiegokolwiek z praw duchowych – istnienia subtelnych energii, ciał poza fizycznym, procesu śmierci i inkarnacji, itd. Jedyne co tak naprawdę możesz zrobić, to odkryć Prawdę o tym, jak te procesy funkcjonują.

I tu dochodzimy do sedna problemu, jakie niesie ze sobą wyznawanie religii. Niestety, pewne prawdy, choćby w naszym katolickim światku były ustalane w drodze soborów, przez ludzi prymitywnych, często skorumpowanych, spragnionych poklasku i władzy nad innymi, którzy tak naprawdę nie mieli zielonego pojęcia w czym rzecz w świecie dookoła nich. W efekcie – zamiast poznania Prawdy o świecie w którym żyjemy – religie zaczęły tworzyć swoje własne. Stąd też do dzisiaj funkcjonują takie śmieszności jak celibat, dogmat o czyścu czy nieomylności papieża. I nie to, żebym czepiał się akurat Kościoła – po prostu, jest pod ręką a pisząc w języku polskim adresuje ten artykuł do chrześcijan głownie – podobnie niedorzeczne wierzenia, mające niewiele wspólnego z Prawdą, a będące powszechnie wyznawanymi mitami, tworami ludzkiej wyobraźni i fantazji, znajdziemy w praktycznie każdej innej religii.

Podsumowując – problem rozbieżności między nauką a religią rozbija się tak naprawdę o naszą ignorancję:

1. Nauka, w swojej niedoskonałości, próbuje wyjaśniać rzeczy wychodzące daleko poza nasze teraźniejsze rozumienie i pojmowanie rzeczywistości, co póki co nie daje jej pełnego obrazu Rzeczywistości

2. Religia, w swojej niedoskonałości, obciążona została masą niedorzecznych wyobrażeń, które również przeszkadzają w widzeniu Rzeczywistości, skupiając się na wymyślonych przez ludzi fałszywych bożkach

To co napiszę poniżej to ideał do realizacji w perspektywie setek jeśli nie tysięcy lat: jestem głęboko przekonany, że w momencie, gdy nauka ewoluuje do znacznie wyższego poziomu zaś religia uwolni się od błędnych wierzeń, obie zejdą się w jednym punkcie i zniknie raz na zawsze problem jakichkolwiek rozbieżności. Na chwilę obecną jednak pozostaje nam jedynie uzbroić się w cierpliwość i szukać własnego szczęścia i rozumienia ponad istniejącymi podziałami… ;)

Pozdrawiam serdecznie,

Elijah

www.elijah-blog.info

Ocenianiem ograniczam siebie

Zauważyłam, że gdy patrzę na człowieka, to nie widzę w nim tego, kim ten człowiek jest na prawdę, tylko widzę w nim to, na co pozwalają mi moje oczy i moje ograniczenia. Gdy obserwuję zachowania innych, to nadaję im interpretację według tego co jest mi znane, według tego co podpowiada mi mój umysł. Gdy patrzę na twarz człowieka, to automatycznie wiem co on może myśleć, wiem kim on jest, ale czy na prawdę wiem? Nie wiem. Mój umysł wsadza moje myśli, moje oczekiwania, mój strach, w twarz czy w osobę tego człowieka. To co mi się wydaje, że ten człowiek myśli, jest tylko moim wydawaniem się, jest tylko tym co ja bym myślała, gdybym była tym człowiekiem. To co myślę o innym człowieku jest nieskończoną kopalnią wiedzy na temat moich własnych ograniczeń.

Czasem widzę na twarzy człowieka radość i uważam, że jest to radość fałszywa tylko dlatego, że ja bym się w takiej sytuacji nie cieszyła. Czasem widzę, jak drugi człowiek patrzy się na mnie w sposób który oceniam jako negatywny – i od razu znam wszystkie negatywne myśli tego człowieka na mój temat. Czy na prawdę są to myśli tego człowieka? Czy na prawdę widzę jego prawdziwe spojrzenie? Nie. W tym człowieku widzę to wszystko co myślę o sobie, wszystko czego się boję na swój temat. Widzę to, czego nie chciałabym by we mnie zauważył. „Negatywne” spojrzenie drugiego człowieka, jest tym co pozwala mi skontaktować się ze wszystkimi moimi negatywnymi myślami na swój własny temat.

Czasem obserwuję negatywne cechy mojego pracodawcy, widzę jego nieprofesjonalne, wręcz głupie posunięcia, widzę jego niedociągnięcia i zastanawiam się dlaczego to on jest szefem. No właśnie? Dlaczego to on jest szefem a nie ja, skoro ja widzę wszystkie jego błędy i wiem, że ja na jego pozycji, byłabym lepsza. Czy na pewno widzę tego człowieka takim jakim jest? Czy może widzę w nim to, co chcę widzieć? Może dostrzegam jego niedoskonałości tylko po to, by poczuć się lepiej? Albo może widzę w nim siebie? I jak to moje negatywne myślenie o nim wpływa na nasze relacje? Jaki to ma energetyczny wpływ na jego i moją prace?

Tak samo traktuję świat. Moimi pięcioma zmysłami zauważam świat, klasyfikuję go, definiuję, kategoryzuję, oceniam. Głównie oceniam świat za pomocą moich oczu, które widzą tylko cząstkę tego co na prawdę istnieje. Moje oczy widzą tylko to, co jest dla nich widzialne – a to tylko niewielka część tego, co na prawdę istnieje. Moje uszy słyszą tylko te dźwięki które są w stanie usłyszeć – a co z reszta dźwięków? Moje palce są w stanie dotknąć tylko to, co namacalne. Ale czy to oznacza, że to co nie namacalne nie istnieje? Kierując się moimi bardzo ograniczonymi zmysłami nazywam i oceniam świat – tak na prawdę go ograniczam – dopasowuję go, naciągam, do tego co jest mi znane.

Coś co jest wielkie, nieograniczone i nieskończone w swoim potencjale i możliwościach – ja nazywam, klasyfikuję. Ja, która potrafię zobaczyć tylko nikłą część tego co widzialne, która mogę usłyszeć tylko klika dźwięków, idę w świat i twierdzę że go znam. Patrzę na różne dziedziny życia i nie widzę ich sensu, nie widzę dla nich przyszłości. Patrzę na świat i z wielkim zdecydowaniem twierdzę że coś jest dobre, a coś innego jest złe.

To samo tyczy się możliwości i potencjału który ma w sobie świat. W niektórych rzeczach i posunięciach widzę potencjał, innym go odmawiam. Dlaczego? Czy te rzeczy, pomysły, o których decyduję że nie mają szansy na sukces – czy one na prawdę nie mają szansy na sukces? Czy po prostu nie potrafię go dostrzec poprzez mój ograniczony sposób oceniania. A może te posunięcia, o których myślę że nie mają szansy na sukces, nigdy nie będą sukcesem, bo w moim procesie oceniania tak o tym zadecydowałam?

Czy zastanawialiście się dlaczego wielcy myśliciele rzadko odnoszą sukces w biznesie? Czy zauważyliście, że część osób o których kiedyś myśleliście, że nie należą do zbyt inteligentnych, doskonale radzą sobie w dorosłym życiu – powodzi im się finansowo, założyli firmy które odnoszą sukces? Czy dzieje się tak dlatego, że oni mniej myślą a więcej działają? A może dzieje się tak dlatego, że ci myśliciele mają tak wielkie umysły które pozwalają im wynaleźć coraz to nowe i większe rzeczy których można się bać, dostrzec coraz to inne ograniczenie, które niby ma świat. Doszukują się coraz to nowych zależności, reguł, definicji – i zgadnijcie co? Definiują świat sami będąc prawie ślepi, prawie głusi.

Świat nie ma ograniczeń. To człowiek jest pełen ograniczeń. Człowiek wierzy w iluzje ograniczeń – i w imię tej iluzji ogranicza siebie i rozprzestrzenia tę iluzję, nie tylko na siebie, ale i na resztę ludzi, i na cały świat. A im większy ma umysł, większą inteligencję i zdolność wyciągania wniosków, tym większa szansa na kolejne ograniczenia.

Skoro osoba A ma partnera a osoba B nie ma, to osoba B nie ma czegoś co ma osoba A – to jest taki absurd, który w naszym społeczeństwie, wcale taki absurdalny nie jest. Przecież każdy człowiek jest doskonały. Każdy człowiek ma wszystko. Każdy człowiek może mieć wszystko. Tylko, że w naszym społeczeństwie, każdy chce być kimś innym, być każdym tylko nie sobą – bo wszędzie jest dobrze tam, gdzie nas nie ma – wszystko jest dobre, tylko nie my.

Informacje w kłótni

Informacje o sobie można czerpać nawet z kłótni – czy to tej, w której się uczestniczy czy tej, którą się obserwuje. Poniżej zamieszczę „analizę kłótni”, którą kiedyś napisałam. To pokazuje jak wyciągnąć cenne dla nas informacje o nas z kłótni.

Czym jest kłótnia, jak się zaczyna?

Zaczyna się od tego, że jedna strona sporu poruszy w drugiej stronie emocje. Jeśli mamy na coś emocjonalną reakcje znaczy, że dotknęliśmy w nas ropiejącego punktu, czegoś ważnego, co wymaga przyjrzenia się temu. Obecność emocji świadczy o gotowości i dojrzałości problemu do jego rozwiązania.

Gdy wywiązuje się kłótnia może ona przybrać różne tory.

Często nie chcąc przyjrzeć się sobie, walczymy z przeciwnikiem starając się mu udowodnić, że nasza emocja to jego problem. Czyli, że ktoś inny jest odpowiedzialny za nasze wkurzenie i złość – ja jestem ok, ale ty … mnie wkurzasz.

Czasem już wiemy, że nasza emocja to nasz problem. Czyli ty jesteś ok, a ja jestem wkurzony. Ja wybrałem wkurzenie, to mój stan, to wkurzenie należy do mnie, a ty tylko pomogłeś mi dostrzec co we mnie wrze.

Jeżeli obie strony odczuwają emocje – obie dotknęły wrzących, nie akceptowanych części siebie.

Czasem proces między dwiema osobami zamienia się w proces grupowy. Każda aktywna w sporze osoba jest emocjonalnie zaangażowana, co oznacza że spór dotyka ropiejącego punktu każdej z tych osób. Każda osoba uczestnicząca w sporze i przeżywająca emocje, ma szanse dotrzeć do ropiejącego punktu i uleczyć go. Temat sporu jest jeden, ale ropiejące punkty każdego uczestnika mogą być różne.

A co z uczestnikami sporu, którzy nie odczuwają emocji, a w sporze uczestniczą? Mogą być zablokowani na odczuwanie emocji albo ich ropiejący punkt może nie wyzwalać emocji. Czy maja ropiejący punkt? Mają, bo gdyby nie mieli, to zgodnie z zasadą: „uderz w stół, a nożyce się odezwą” siedzieliby cicho, bez emocji przyglądając się sporowi. Samo uczestnictwo w sporze świadczy o gotowości wewnętrznej na uleczenie problemu, który stoi za naszą motywacja by w sporze uczestniczyć.

Co jeśli ktoś odczuwa emocje, a nie uczestniczy w sporze. Odczuwanie emocji, świadczy o obecności problemu – bo „nożyce się odezwały”.

Co jeśli ktoś stara się kłótnie zakończyć? Znaczy, że kłótnia dotknęła jego ropiejącego punktu, że coś poczuł i możliwe, że nie chce tego czuć, więc stara się zakończyć spór. Ale „nożyce się odezwały”, pojawiła się emocja, jest więc też gotowość do uleczenia.

Brak gotowości uczestników kłótni do przyjrzenia się sobie, może sprawić że spór zamieni się w bezsensowną, do niczego nie prowadzącą, wymianą zdań. Gdy uczestnicy sporu są gotowi by przyjrzeć się sobie – następuje oczyszczenie, uleczenie i zrozumienie samych siebie.

Czasem nie potrzeba kłótni – wystarczy zaobserwować własne emocji i uleczenie ropiejącego punktu. Czasem potrzebne są silne emocje, by moc zidentyfikować temat tkwiący w ropiejącym punkcie.

Ktoś, kto się naśmiewa się z kłótni, tematu kłótni lub z jej uczestników, najczęściej śmiechem stara się zagłuszyć emocje i broni sobie dostępu do kolejnych informacji o sobie, o jego własnym ropiejącym punkcie. Czy jest gotowy na uleczenie? Wewnętrznie tak, bo kłótnia zaistniała i wziął w niej udział.

Ktoś, kto pokazuje uczestnikom kłótni głębokość i mechanizmy procesu kłótni, tak naprawdę, po prostu dotknął swojego ropiejącego punktu, a może tym być jego schemat nauczyciela, pomagacza czy przewodnika.

Jeśli kłótnia zaistnieje na jakimś obszarze – dotyczy wszystkich obecnych. Czasem tylko po to by pokazać niektórym jak wielkich zmian dokonali, że kłótnie ich nie dotyczą najczęściej po to by uleczyć ropiejące rany. To tak jak z tego dowcipu, gdy Bóg rzecze: Nie po to was przez 5 lat do kupy zbierałem, żeby wam teraz odpuścić.

Każdy z uczestników kłótni ma wolną wolę by uleczyć lub by zatrzymać ropiejący punkt. Jeśli uleczy – przeniesie się do innego poziomu. Jeśli nie – jego dusza przyciągnie do niego inną sytuacje, w której będzie możliwe uleczenie, czyli poznanie siebie i pozwolenie na zniknięcie problemu.

Uczestnik kłótni jest gotowy wewnętrznie, może natomiast nie być gotowy zewnętrznie (świadomość, duma, ego). Spowodowane jest to strachem przed zmianą.

Mam nadzieje, że w powyższym tekście pokazałam, że każda osoba uczestnicząca w kłótni lub jej się przyglądająca, może z zaistniałej sytuacji wyciągnąć jakąś cenną informacje na swój temat. Kolejny puzzel układanki zwanej JA.

…o związkach

„Wszystkie związki są jak lustra”

Osho

Wiedziałem, naprawdę wiedziałem, że w momencie kiedy napiszę o tekst małżeństwie – pojawią się interpretacje, że chodzi w tym wszystkim o mój stosunek do kobiet czy też do byłej żony. Niestety, albo i stety – nie w tym rzecz. Instytucja małżeństwa mi się totalnie nie podoba i w sumie jakoś nigdy nie byłem do niej za specjalnie przekonany, jednakże kobiety i związki z nimi – uwielbiam :) Zacznę ostro:

WSZYSTKIE PARTNERSKIE RELACJE JAKIE TWORZYMY SĄ WYNIKIEM NASZYCH WZORCÓW I PRZEKONAŃ (często nie uświadomionych).

To zdanie każdy, kto jest zainteresowany tworzeniem związków i relacji powinien wydrukować i zawiesić sobie nad łózkiem, gdyż ma ono ogromne konsekwencje i wynika z niego masa niezwykle ważnych i istotnych rzeczy.

I. Zębatka

Wzorce, które wpychają Cię w relacje przypominają koło zębate. Najlepiej uświadomić sobie to z użyciem owej analogii: twoje wzorce tworzą twoją wyjątkową zębatkę, wzorce twojej partnerki – kształtują jej zębatkę. Mechanizm działa harmonijnie i sprawnie tylko wówczas, kiedy zębatki są zgodne. Co więcej, im większa zgodność jednej i drugiej zębatki – tym większe wzajemne przyciąganie i wzajemna atrakcyjność.

II. Iluzja nieudanego związku

Nie istnieje coś takiego jak nieudany związek – zębatki do siebie pasują, przyciągając wzajemnie tylko takie jak najbardziej zgodne. Jeśli zębatka drugiej osoby będzie diametralnie różna – nigdy się sobą nie zainteresujecie. Znając tą regułę przyciągania podobieństw i mając świadomość, że świat jest lustrem twoich wyobrażeń, można śmiało ruszać na koniec świata i bez obaw płynąć z życiem, gdyż zwyczajnie nie ma takiej siły, która sprawiłaby, że znajdziesz się pośród niewłaściwych ludzi i w złym otoczeniu. Czasami jednak pozornie możesz mieć wrażenie, że otaczają cię niewłaściwi ludzie lub jesteś z niewłaściwą osobą – wynika to jedynie z tego, że nie rozumiesz podświadomych mechanizmów, które przyciągnęły cię w towarzystwo takich a nie innych ludzi.

Pojęcie „nieudanego” związku wynika z prostej, mechanicznej oceny dokonywanej przez nieświadomych ludzi, którzy dzielą związki na udane czyli takie, które trwają (idealnie do końca życia) i nieudane – czyli takie, które właśnie się zakończyły. Ci ludzie z reguły nie rozumieją mechanizmów tworzących związki i nie widzą co się dzieje w tle, stąd owe niezbyt rozgarnięte kryteria oceny. Tymczasem, każdy związek który kiedykolwiek zaistniał zawsze niesie ze sobą cenną i ważną lekcję oraz ma swoje, mniej lub bardziej jawne przesłanie.

III. Iluzja dysharmonii

Jak wspomniałem, mechanizm działa w pełni harmonijnie tylko wówczas, jeśli zębatki są ze sobą zgodne i wzajemnie dopasowane. Harmonia wzrasta wraz z rozwojej twojej świadomości. Pozornie jednak nieharmonijny związek jest tak naprawdę w gruncie rzeczy idealnie harmonijny – po prostu twoja dysfunkcja jako zębatki przyciąga inną zębatkę która posiada odpowiednio pasującą dysfunkcję.

Przykładowo, jeśli jesteś przekonana i wierzysz, że faceci w relacji poszukują tylko seksu, to z reguły:

a) będziesz spotykała mężczyzn, którzy będą chcieli się tylko i wyłącznie z tobą bzykać

b) Twoje postrzeganie mężczyzn będzie mocno skrzywione, czyli – spotkasz wrażliwego, inteligentnego i ciekawego mężczyznę, który w momencie kiedy zaproponuje Ci seks – zostanie z automatu zaklasyfikowany w tej samej grupie co reszta, czyli maniak seksualny (nawet, jeśli seks nie będzie jego głównym celem w relacji z tobą)

Jeśli jesteś mężczyzną, i jesteś przekonany, że kobiety lecą tylko na kasę – to będziesz spotykał tylko takie, które z automatu na początku znajomości będą się interesowały tym, gdzie pracujesz i ile zarabiasz. Jeśli nie masz takiego przekonania, nie będziesz trafiać na takie kobiety, lub nawet jeśli takie napotkasz – nie będą Cię one podświadomie pociągały i szybko będziecie wzajemnie tracić zainteresowanie.

Podam tutaj swój przykład – miałem kiedyś silne przekonanie i wzorce ratownika i w rezultacie trafiałem na biedne, za przeproszeniem, sierotki, które nie potrafiły stanąć same na nogach, będąc zatopione po uszy w rozmaitych problemach. Jak przystało na prawdziwego, pragnącego dowartościować się bohatera, którego rolę dumnie odgrywałem, ratowałem je i ratowałem, aż w końcu stwierdziłem, że mnie to strasznie męczy i pochłania zbyt wiele energii. Zainspirowany słowami pewnej mądrej osoby, która poleciła mi przestać być ratownikiem wdrożyłem to w życie – i był to początek końca mojego uwczesnego związku.

Jednym słowem – zębatka twojego partnera jest zwykle lustrzanym odbiciem twojej zębatki.

IV. Iluzja połówek

W duchowym światku straszliwie modne i popularne są rozmaite teorie połówek. Są one rozwinięciem pięknych wizji mężczyzn – rycerzy (na białym koniu, oczywiście) oraz bajki o królewnie Śnieżce, prezentując jeden główny motyw – gdzieś tam, hen za górami i za rzekami jest ta jedna, jedyna, idealnie pasująca do ciebie istotka, niemalże taki twój klon tylko z innymi genitaliami. Oczywiście, istota ta zawsze jest gotowa spełniać najbardziej absurdalne z twoich oczekiwań, kochać cię do samej śmierci i w ogóle, idealnie wpasowuje się w twój schemat życia, będąc ideałem szytym na miarę twoich mniej lub bardziej ograniczonych wyobrażeń.

Czyż to nie cudowna bajka?

Tymczasem wniosek, jaki wynika z iluzji dysharmonii i iluzji nieudanego związku mówi, że zarówno zębatka twoja jak i partnera są ze sobą bardzo dobrze dopasowane. Z tego powodu, można podarować sobie obawy o to, że przyciągniemy do siebie niewłaściwą osobę – nie ma takiej opcji! Osoba, która pojawia się w naszym życiu i tworzymy z nią relacje jest zawsze jak najbardziej właściwą. Stąd też, przekonanie o poszukiwaniu idealnych połówek jest głupotą – zawsze trafiasz na osobę, która ma ci do przekazania doskonałą lekcję. A naiwni ludzie, zamiast uczyć się kochać tu i teraz, przeżywać swoje życie jak najpiękniej potrafią, oszołomieni głupimi teoriami rezerwują swoją miłość dla nieistniejącego wyobrażenia.

V. Jeśli chcesz zachować związek.

Jeśli tworzysz relację, która w twoich oczach jest doskonała i chcesz, aby ona trwała jak najdłużej, to masz trzy drogi do wyboru:

a) przestać się świadomie rozwijać – spowoduje to, że przestajesz zmieniać swoją zębatkę wobec czego zostaje zachowana zgodność i kompatybilność z zębatką twojego partnera; wbrew pozorom, czasami to jest zupełnie nienajgorszym rozwiązaniem.

b) rozwijać się harmonijnie z partnerem – wtedy zarówno Twoje wzorce jak i wzorce partnera ulegają modyfikacji, przez co nadaj jesteście zgodni. To jednakże jest prawdziwym mistrzostwem, gdyż z reguły dynamika rozwoju jest różna, ale znam przypadki gdzie to się udaje.

c) kiedy partner się nie rozwija a ty tak – odczuwać będziesz coraz bardziej rosnącą dysharmonię; partner wówczas może ci coraz bardziej „ciążyć”. Można złagodzić i zrównoważyć ową stale rosnącą niekompatybilność i niezgodność zębatek poprzez rozwijanie bezwarunkowej miłości i akceptacji czakry serca. W takim układzie miłość jest środkiem balansującym dysproporcję w budowie zębatek. Przyznaję, że jak dla mnie jest to jeszcze większy wyczyn niż ten z punktu powyżej, ale znowu znam pary, które funkcjonują w związku lecz świadomie nad rozwojem osobistym pracuje tylko jedna osoba.

VI. Jeśli chcesz zakończyć związek – pomyśl dwa razy

Jako wolna istota zawsze masz do tego prawo, zastanów się jednak dobrze nad swoją motywacją, aby nie wpaść z deszczu pod rynnę, jak to mądrze mówi ludowe powiedzenie. Czy nie będzie to wyrazem twojego tchórzostwa i ucieczki od odpowiedzialności oraz zaistniałych problemów, które tak naprawdę współtworzyłeś? Chodzi w tym o to, że zmieniając partnera bez zmiany samego siebie – mamy 100% gwarancję tego, że przyciągniemy osobę, która wcześniej czy później pokaże nam dokładnie te same wzorce i przekonania, które w sobie nosimy. Często te same mechanizmy wychodzą dopiero po jakimś czasie, choć wydaje się że nowa partnerka jest taka cudowna i inna od wszystkich poprzednich. Tymczasem, nie ma miejsca na tym świecie czy jakichkolwiek innych, gdzie moglibyśmy uciec przed sobą samym!

Jednym z najbardziej wstrząsających przykładów, jaki dostałem w swoim życiu w tym temacie: kilka lat po rozstaniu się z żoną przenoszę się na drugi koniec świata i poznaję tam kobietę, która nie tylko z niektórych wzorców, ale także z wyglądu bardzo mocno przypomina mi byłą partnerkę. Co jeszcze bardziej mnie poruszyło – jej bardzo dobra przyjaciółka była bardzo podobna (także z wyglądu!) do najlepszej przyjaciółki mojej ex! Tym razem jednak nie chodziło o pokazanie mi całości, tworzenie nowego związku, lecz będąc wystarczająco świadomym skorzystałem z nauki, która uświadomiła mi działające jeszcze mechanizmy oraz przypomnieniała o nieprzerobionych wzorcach. O dziwo, kiedy to sobie uświadomiłem, straciliśmy wzajemnie zainteresowanie – i Bogu dzięki! :)

Jeśli jednak dzieje się to w wyniku zachodzących zmian w zestawie wzorców – patrz punkt „Koniec związku”

VII. Karma i jej wpływ na nasze wybory

Czasami konsekwencje naszych działań z dawnych czasów odnawiają się w tym życiu. Nie raz zdarzało mi się przeżywać zauroczenie jakąś kobietą tylko po to, abym chwilę później odkrył, że jest to efekt wmawianych mi w trakcie hipnoz w poprzednich wcieleniach przekonań, że owa kobieta jest dla mnie idealną partnerką. Jako że życ mamy w większości przypadków całkiem wiele, takich wkodowanych idealnych partnerek może nieco być. Jak to się objawia? Z reguły tak, że jedna strona nie jest kompletnie zainteresowana relacją podczas gdy druga wyje z „miłości” (emocjonalnego zaślepienia tak naprawdę) do księżyca, nie mogąc przestać myśleć o tej drugiej osobie, itd. Jak powiedział mi kiedyś kolega: „Czasami to trzeba dziękować Bogu, że pewne rzeczy się nie wydarzyły” – tak też polecam zrobić i odpuścić sobie wchodzenie na siłę w relacje z osobą, która nie jest tym zainteresowana. Nie zawsze jest to proste, bo podświadomość może głęboko wierzyć, że ta osoba jest tą wybraną i jedyną. Jeśli ktoś nie pamięta lub nie chce grzebać w poprzednich wcieleniach, to polecam modlitwy o uwolnienie, afirmacje czy inne praktyki, których celem jest zwrócenie wolności sobie i tej osobie. Czasami zdarza się tak, że kody trzymają dwie osoby – wówczas jesteśmy z kimś męcząc się i kompletnie nie wiedząc czemu; z reguły związek się rozpada po przełamaniu wkodowanych przekonań.

VIII. Magia i manipulacje

Uwaga – mogą być pokusy, aby w drodze manipulacji czy praktyk magicznych zdobywać partnerkę – jest to czasami możliwe w przypadku osób mało świadomych i czasami nawet działa, ale tak naprawdę jest to ślepa i totalnie zgubna droga, mająca swoje przykre konsekwencje w przyszłości. Odradzam, no chyba że ktoś jest prawdziwym fascynatem mnożenia problemów w życiu ;)

IX. Koniec związku

Jeśli rozbieżność w pracy dwóch kół zębatych przekracza pewien punkt krytyczny – nieuchronnie następuje rozpad związku. Można zadać sobie tutaj pytanie – jak to się dzieje, w końcu pisałem, że zębatki zawsze do siebie pasują? Otóż nie żyjemy w skansenie, nic nie trwa wiecznie, życie jest procesem ciągłych zmian. Przyciągają się podobne mechanizmy, ale z czasem następuje proces ich modyfikacji, naturalnego zużycia, wyczerpania i przekształceń. Siła miłości i akceptacji, o której pisałem powyżej, potrafi to wszystko scalić i zachować, ale jeśli nie możemy się na to zdobyć lub zwyczajnie pragniemy wyrazić się inaczej, pozostaje nam zakończyć relację.

Co wówczas? Kiedy wylejemy już morze łez lub skończymy wyżywać się na byłej poprzez zaliczanie wszystkiego, co się akurat nawinie – polecam na spokojnie wyciągnąć wnioski z owego doświadczenia. Jak mówił jeden z Mistrzów – doświadczenie, które nie zostało przeanalizowane i zrozumiane, jest potencjalnie stracone. To znaczy, należy wyciągnąć takie wnioski, które będą dotyczyły przede wszystkim mnie samego. Pokreślam – mnie samego – choćby nie wiem jaka pokusa była obwiniania drugiej strony o wszystko, co najgorsze.

Dlaczego? Ponieważ jedynie wyciągnięcie wniosków wobec własnej osoby oraz dokonanie zmiany WE WŁASNYM WNĘTRZU przekłada się w przyszłości na zmianę na zewnątrz nas. Jak pisałem, zębatki idealnie się przyciągają – jeśli masz wzorce ofiary, będziesz trafiać idealnie na osoby ci to pokazujące. I jeśli tego wzorca nie zmienisz – następny partner pokaże ci dokładnie to samo.

Znowu podam przykład z mojej własnej zębatki, tfu, znaczy, z mojego własnego podwórka ;) Otóż jednen z trybików zaprogramowany był kiedyś przekonaniem, że „kobiety są słabe i niezaradne finansowo”. Takie coś wyssałem z mlekiem matki, która była i jest nadal taką nieporadną osobą. Projektowałem to przekonanie na wszystkie moje związki, przyciągając kobiety, które idealnie mi to pokazywały – będąc ode mnie zależne i nie potrafiące sobie samodzielnie radzić w wielu obszarach życia, a także z wielką chęcią sięgając do mojego portfela. Tymczasem, po wizycie u pewnej terapeutki i zmianie swoich poglądów (również tych podświadomych, co jest niezwykle ważne), takie kobiety przestały pojawiać się na mojej drodze, ba, zacząłem spotykać kobiety, które czuły się niekomfortowo i niezręcznie, kiedy nie mogły za siebie płacić. Po prostu, zacząłem przyciągać kobiety silne, samodzielne i niezależne, które potrafiły o siebie zadbać w życiu, tak samo jak i zadbać o swoje finanse bez konieczności manipulowania partnerem i traktowania go jak karty kredytowej.

Jakie płynie z tego przykładu? Jak mówił Budda – „lepiej pokonać siebie niż wygrać tysiąc bitw”. Mógłbym poświęcić całe życie na narzekaniu i marudzeniu, jakie to kobiety są słabe, niezdarne i naciągające mnie na kasę – lecz nie przyniosłoby to żadnej, absolutnie żadnej zmiany w moich relacjach partnerskich. Mógłbym płakać nad sobą i jęczeć, że dostałem od kobiet w kość. Tymczasem, tak naprawdę przyczyna leżała we mnie samym i w tym, w co głęboko wierzyłem. Dopiero zmiana mojego poglądu – ucziwa zmiana samego siebie na każdym poziomie świadomości – spowodowała transformację w życiu. I myślę, że praca nad sobą, która może mieć różne formy – niekoniecznie trzeba stosować wyrafinowane techniki, czasami naprawdę wystarczy silna wola i chęć zmiany siebie (siebie, a nie partnera!) – jest drogą do osiągania i tworzenia coraz bardziej harmonijnych relacji.

I na koniec jeszcze jedna uwaga – ten tekst pisałem głównie z myślą o relacjach partnerskich, jednakże nie ma przeszkód aby je interpretować w kategoriach dowolnych relacji interpersonalnych – z rodzicami, bratem czy siostrą, szefem w pracy, itd

Pozdrawiam jak zwykle serdecznie ;)

Elijah

www.elijah-blog.info

…o iluzji małżeństwa

Zauważyłem ostatnio z pewnym specyficznym zadziwieniem, że żyję w społeczeństwie, które ma głowy załadowane masą nikomu niepotrzebnych informacji. Stałem się uczestnikiem quizu, w którym zadawano najbardziej nonsensowne pytania świata, typu: „jak brzmi nazwisko pana, który wczoraj pojawił się w gazetach z tego powodu, że zamówił fish&chips w miejscowości odległej dziesiątki kilometrów od domu?” Ku mojemu zdziwieniu, na sali znalazły się osoby, które potrafiły na tak absurdalne pytanie odpowiedzieć.

Właściwie, to nie przeszkadza mi, że ktoś ma głowę zawaloną tego typu informacjami. W końcu, czy poznanie i zapamiętanie jakiegoś przypadkowego, zupełnie niepotrzebnego do czegokolwiek – oprócz pubowych konkursów – nazwiska komukolwiek może zaszkodzić? Jak najbardziej nie. Niemniej, jest pewna wiedza, która tworzy szkodliwe przekonania. Te szkodliwe przekonania mają wpływ na jakość naszej egzystencji – i tak samo jak szkodliwe substancje uwalniane z rur wydechowych samochodów zanieczyszczają powietrze, tak samo i one zatruwają nasze życia. I o dziwo, prawie wszyscy, z automatycznego pędu, te przekonania przyjmujemy jako swoje własne i co więcej, dla wielu stają się one marzeniami, ideałami i celami do realizacji. Jednym z takich szkodliwych, zatruwających życie przekonań jest iluzja małżeństwa.

Zdaję sobie sprawę, że w wyobraźni wielu osób, pań zwłaszcza, jestem za takie stwierdzenie właśnie biczowany, krzyżowany, torturowany, gilotynowany i palony na stosie – brutalnie i bez cienia litości ;) W końcu, ideał księcia na białym koniu, pięknej sukni ślubnej i wzruszającego marszu weselnego Mendelsona, zwiastującego chwile błogości i cudowności, to najpiękniejsza wizja zakorzeniona w głowie nie jednej przedstawicielki płci pięknej. A potem żyli długo i szczęśliwie…

…Ale czy naprawdę? W końcu, przysięga małżeńska, która ma łączyć ich dopóki śmierć ich nie rozdzieli, to jedno z NAJWIĘKSZYCH POWSZECHNIE SPOŁECZNIE AKCEPTOWALNYCH KŁAMSTW. Czy na takim kłamstwie można opierać długą, szczęśliwą i spełnioną relację partnerską? W moim przekonaniu – absolutnie nie. I już wyjaśniam, od podstaw, dlaczego.

Przede wszystkim, poprzez słowa przysięgi małżeńskiej deklarujemy partnerowi miłość, wierność, szczęście i zgodność, które w zależności wersji ślubu – ma trwać albo do śmierci (wersja Kościóła Katolickiego), albo po prostu ma być trwałe (przysięga w Urzędzie Stanu Cywilnego), co zasadniczo na jedno wychodzi. Tym samym składamy obietnicę, która sama z siebie jest potwornym kłamstwem – nikt z nas nie jest na tyle rozgarnięty, jasnowidzący i superświadomy, aby wiedzieć, co będzie robił powiedzmy za rok czy dwa, ale – z całą powagą gotowi jesteśmy przysiąc, że będziemy żywić przez całe życie – czyli za lat 5, 10 czy 50 dokładnie takie same szlachetne uczucia do drugiej osoby!

Cóż za straszne łgarstwo! Jeszcze nie poznałem osoby, która powiedziałaby mi: moje życie, poglądy, stosunek do świata i ludzi za dwadzieścia lat będzie wyglądał dokładnie tak a tak. Skoro całe życie się zmieniamy, zmieniają się nasze ciała, poglądy, przekonania, myśli, uczucia, ewoluuje cały system wartości – czy istnieje jakakolwiek przesłanka, która pozwala nam stwierdzić, że daną osobę będziemy w przyszłości traktować identycznie tak samo jak to robimy teraz? Szczera odpowiedź brzmi: nie, nie mamy najmniejszego powodu aby uznać, że tak faktycznie będzie. A skoro nie wiemy, kim staniemy się w przyszłości i co będziemy czuć, przysięganie czegokolwiek drugiemu człowiekowi jest zwykłym kłamstwem.

Co ciekawe, na iluzji tego małżeńskiego kłamstwa zasadza się grupa innych kłamstw, w które chcemy wierzyć tak głęboko, że pozwalamy sobie akceptować złudzenie przysięgi małżeńskiej jako prawdziwe i nie dostrzegać, że nasze życie coraz bardziej przypomina kruchy domek z kart. Cztery zasadnicze filary budowane na małżeńskim kontrakcie wyglądają następująco:

1. Iluzja trwałości – wynika bezpośrednio z treści przysięgi młżeńskiej i zasadza nas we fałszywym przekonaniu, że właśnie zakończyliśmy „łowy” i starania i zdobycz w postaci współmałżonka będzie naszą już na resztę życia. Samo to przekonanie często jest w miarę nieszkodliwe, choć mogą wynikać z niego mniej przyjemne konsekwencje. Przestajemy czuć potrzebę bycia atrakcyjnymi dla partnera – misiowi wyrasta z czasem mięsień piwny zaś cudowna księżniczka obrasta fałdami tłuszczu, jako że wreszcie może obżerać się bez ograniczeń słodyczami. Przestajemy adorować i dbać o partnera, pielęgnować to co najcenniejsze – czyli miłość i uczucie – i wszystko to z powodu fałszywej iluzji, że druga osoba, na mocy podpisanego cyrografu, należy nam się już na zawsze.

2. Iluzja bezpieczeństwa – to jeden z głównych motywów zawierania małżeństwa, mający swoje biologiczne korzenie w naszej zwierzęcej przeszłości. Poszukiwanie oparcia w partnerze to głównie cecha kobiet, przekonanych o własnej słabości, zagrożeniach w płynących z życia, nie potrafiących odnaleźć swojego miejsca i liczących na wsparcie partnera. Rzecz jasna układ jest obustronny – mężczyzna w zamian dowartościowuje się przez opiekowanie się słabszą istotą, także każdy pozornie odnosi korzyść. Do czasu. W pewnym momencie jedna ze stron znudzi się lub zmęczy odgrywaną rolą – znam kobiety które wyrastały na silne, samodzielne i niezależne osoby, jak i mężczyzn, którzy uświadamiali sobie, że „kula u nogi” w postaci uzależnionego partnera mocno podcina im skrzydła. W obu przypadkach zaprzestanie chęci odgrywania nieświadomych scenariuszy z reguły kończy relację, uświadamiając jasno najprawdziwszą z prawd – nie grożą nam już żadne dzikie zwierzęta i prawdziwe bezpieczeństwo możemy odszukać jedynie we własnej sile.

3. Iluzja własności – wiele osób żyje w przekonaniu, że kontrakt małżeński gwarantuje im kontrolę nad osobą współmałżonka i nad jego wolnością. O ile standardowe historie, jak np. koniec z wychodzeniem ze znajomymi na piwo są jeszcze do przyjęcia i zaakceptowania, o tyle zabijanie w drugim człowieku pasji i pragnienia samorealizacji ponieważ nie zgadzają się one z naszymi egoistycznymi wizjami życia jest często tragiczne w skutkach. W efekcie zamiast pełnej optymizmu, pasji i radości z życia pary otrzymujemy dwa automaty trzymające się wzajemnie w sidłach swoich ograniczających wyobrażeń, zaś wolność zostaje zduszona ciężarem lęku. I czy można zdziwić się, że w takim układzie z czasem miłość zamienia się w rutynę? Oto i pełna automatyka, kochani.

4. Iluzja szczęścia – wstępujemy w związek małżeński, aby dawać i otrzymywać szczęście. W rzeczywistości, przypomina to nieco handel wymienny, gdzie wymieniamy się obiektami, które uważamy za dające nam spełnienie – „dasz mi seks i ciepłe obiadki, to obiecuję przynosić do domu pieniążki i zrealizuję twoje marzenia o dzieciach”. To daje zadowolenie. Niestety, nasze potrzeby z czasem się zmieniają i wówczas handel przedmiotami szczęścia zwykle się załamuje, albo zaczynamy go manipulacjami naginać do naszych oczekiwań. Seks? Jak najbardziej, ale dopiero wtedy gdy (i tutaj lista żądań); pieniądze na fryzjera? Pewnie, rozkładaj nogi. I tak dalej. W efekcie szczęście które miało trwać na zawsze znika, zamieniając się w ciężki do udźwignięcia wór wzajemnych uzależnień i uwarunkowań.

Prawdopodobnie po przeczytaniu tych słów, jesteś, szanowny Czytelniku, przekonany o tym, że autor jest zupełnym wrogiem trwałych związków. Wprost przeciwnie! Jestem jedynie przeciwny kłamstwom i fałszywym wyobrażeniom. Trwałe związki są dla mnie bardziej wartościowe niż romanse na jedną noc (choć przyznaję, że czasami relacja trwająca tylko kilka chwil potrafi wpłynąć na bieg życia). To w długotrwałych związkach kreujemy specyficzną, wyjątkową, dwuosobową subkulturę – dojrzewamy, dorastamy, poznajemy i odkrywamy siebie oraz partnera, doświadczamy porozumiewania się bez słów, realizujemy długofalowe cele czy stwarzamy dogodne warunki do wychowania potomstwa. Nie jestem też fanem kończenia związków jako ucieczki od problemów – doskonale bowiem wiem, że nie można uciec od samego siebie, a zamieciony pod dywanik problem prędzej czy później wyjdzie na wierzch, niezależnie od tego, czy obok mnie będzie Jadzia, Krysia czy Czesia ;) Tylko, czy naprawdę do tego wszystkiego potrzebne są nam fałszywe, publiczne deklaracje zakończone weselną pompą i zakrapiane ostro wódką? Przecież można to zrobić zupełnie inaczej, bez kłamstw, obietnic bez pokrycia i fałszywych przyrzeczeń, wystarczy oprzeć relację na wartościach, które są prawdziwie cenne i znaczące:

1. MIŁOŚĆ. Jedyny kontrakt, jaki nas łączy to miłość. Próbowałem kiedyś w raz z grupą osób, w ramach pewnego szkolenia, zdefiniować czym jest miłość. Różnych odpowiedzi było mniej więcej tyle, ile było osób na szkoleniu. Nie ma jednoznacznej definicji i określenia, którym można ten stan nazwać i ewidentnie wymyka się on jakimkolwiek próbom ograniczenia go i sprowadzenia do postaci słów. Nie można nikomu powiedzieć – „kochaj tak a tak” bez zabijania jego własnego doświadczenia. Skoro miłości nie można zawrzeć w słowach, zawieranie jakichkolwiek kontraktów nie ma większego sensu (no chyba, że komuś zależy np. na zniżkach z racji ulg podatkowych dla małżonków ;). Miłość między dwojgiem ludzi jest najcenniejszym doświadczeniem.

2. DZIELENIE SIĘ. Jesteśmy ze sobą po to, aby obdarowywać się wzajemnie tym, co mamy najlepsze i najpiękniejsze, dzielić się radością i szczęściem, inspirować i wnosić do relacji to, czym naprawdę jesteśmy. Nie jestem tutaj po to, aby spełniać Twoje zachcianki. Nie jestem podnóżkiem ani służącym, nie tresuj mnie jak psa, gdyż nie będę przynosił ci w pysku kapci. Nikt z nas nie jest lepszy czy gorszy, jesteśmy inni – ja mężczyzna, ty kobieta, wzajemnie zasługując na szacunek i uznanie. Jesteśmy równi.

3. DOJRZAŁOŚĆ. Dojrzałość to odpowiedzialność. Ja jestem odpowiedzialny za siebie, ty – za siebie. Mogę ci podać rękę kiedy będziesz w potrzebie, ale tylko po to, abyś sama stanęła na swoich nogach, a nie po to, abyś korzystała ze mnie już na zawsze. Jeśli masz zły humor lub napad agresji, to zauważ, że powstał on w tobie i twoim wyborem zawsze będzie co z nim zrobić. Niech każdy z nas będzie odpowiedzialny za siebie, swoje myśli i uczucia – i naprawdę będzie dobrze.

4. PRZEMIJANIE I ŚMIERĆ. Nic nie trwa wiecznie. Wszystko co ma swój początek ma i swój koniec – cóż za perfekcyjne słowa! Nie mogę ci obiecać, że będę kochać cię za 20 lat – gdyż to będzie kłamstwem. Ale mogę ci obiecać, że będę kochał cię teraz. Nawet nie muszę tego mówić, poczuj to, zobacz w każdym moim słowie, czynie i geście. I że budząc się jutro rano również zapragnę odnowić obietnicę miłości. I będziemy tą obietnicę odnawiać cały czas, tak długo, jak długo tego oboje zapragniemy.

5. WOLNOŚĆ. Ty jesteś wolna, ja jestem wolny. Wolność, swoboda i prawo samostanowienia to filary naszego ponadczasowego istnienia. Wspaniale jest w ramach bycia wolnym świadomie wybierać towarzystwo danej osoby. I ponawiać ten wybór, choćby przez lata, do końca tego życia a nawet i później, a nie tylko opierać naszą decyzję o prawny kontrakt zawarty w przeszłości. Jednakże, jeśli dwie osoby, zrobiły co mogły, aby naprawić zaistniałe przeszkody czy problemy i nie chcą być już razem, pozwólmy im się rozstać. Lepiej bowiem aby próbowały na nowo się zdefiniować i określić, niż toczyły niewolnicze życie siłą rozpędu, bo kiedyś sobie coś obiecały. Nie można nikogo przetrzymywać przy sobie na siłę, to odbiera wolność i zabija radość w życiu.

6. BYCIE SOBĄ. Bądźmy sobą. Nie grajmy, nie udawajmy ani nie czarujmy. Budujmy relacje na zaufaniu i otwartej komunikacji a nie manipulacjach. Rodzi to niezwykłą lekkość i swobodę w relacji.

I to tyle. Nie wygrałem quizu, niewiele znam nazwisk znanych aktorów czy reżyserów, nie wiem z kim aktualnie sypia Tom Cruise czy Doda. Nie mam też zielonego pojęcia co za mężczyzna zamówił owo danie. Za to w mojej głowie jest to, co napisałem powyżej i… zupełnie mi z tym dobrze :)

Pozdrawiam Cię serdecznie, o Dzielny Człowieku, który wytrwałeś do samego końca, zrozumiawszy, mam nadzieję, przesłanie tych słów :)

Elijah

www.elijah-blog.info