Archiwa kategorii: Rozwój duchowy – Artykuły

Potrzeba zmiany

Powiedziałam kiedyś mojej przyjaciółce, że mam zamiar przefarbować włosy na blond – bo potrzebuję drastycznych zmian. I ona bardzo mądrze zapytała, czy ten nowy kolor włosów jest mi w stanie dostarczyć wszystkich tych zmian, które mam na myśli. Ja przede wszystkim chciałam być atrakcyjniejszą dla siebie, bardziej pewną, inną nową kobietą. No i wiedziałam, że kolor włosów tego nie zmieni. Że to są stany wewnętrzne, które tylko ja sama, w swoim środku mogę zmienić.

Pamiętam także, że siedząc w samolocie do USA rozmyślałam o wszystkim, co zostawiam za sobą, postanawiałam zmienić się w pożądanym przez siebie kierunku, czułam i wiedziałam, że wszystko będzie inne i takie, o jakim zawsze marzyłam. I? I nic !

Niestety wewnętrzne stany zabiera się wszędzie i to, co czujemy w środku jest w stanie przesłonić inność, bezgraniczność i możliwości nowego świata zewnętrznego. Bardzo szybko odkryłam, że nawet na drugim końcu świata wciąż jestem taka sama. I dalej zachowuje się tak samo i przyciągam podobnych ludzi jak w Polsce, bo taki był mój program, przyciągałam podobne prace dające mi dokładnie to samo poczucie niezadowolenia i niespełnienia zawodowego, przyciągałam podobnych partnerów, którzy mimo że obcokrajowcy traktowali mnie tak samo jak Polacy. I w końcu zrozumiałam, że Polacy czy nie, Polska czy Ameryka – osiągnę coś dopiero, gdy zmienię siebie. Że jeśli zamiast zmieniać siebie będę zmieniała miejsca zamieszkania, to tylko utwierdzę się w kłamstwie iż świat jest beznadziejny.

Teraz znowu ciągnie mnie do przeprowadzki, ale to tylko znak, że potrzebuje zmiany, znak, że jest coś we mnie, co chciałoby odejść. I zamiast wydawać tysiące dolarów na przeprowadzkę, może po prostu lepiej się przyjrzę sobie. Zadaje więc sobie ostatnio pytania, czego oczekuję po nowym miejscu, jak mi się wydaje że będę się tam czuła, co się zmieni. I szukam sposobów aby to, co przychodzi w odpowiedzi, zaistniało we mnie już teraz

O procesie zmiany

Proces zmiany obserwuję u siebie na dwóch poziomach: umysłu i serca. Gdy czuję zmianę w umyśle to oczekuje od świata, że mi udowodni moją zmianę. Gdy zmieniam się głęboko, aż na poziomie serca, to świat sam udowadnia mi, że się zmieniłam. Świat wtedy sam dostarcza mi dowodów w postaci nowych ludzi, ofert pracy, zmian. Nie muszę ich wymyślać, nie oczekuje ich – bo nawet nie wiem, że się zmieniłam. I wszystkie te zmiany są tak zaskakujące, że najczęściej wtedy mówię: „przecież właśnie zrealizowało się moje marzenie, o którym nawet nie śmiałam marzyć”. Dlatego ja już nie wysyłam CV na ogłoszenia o prace. Tylko praca sama przychodzi do mnie. Kilka tygodni temu przyszedł do mnie pan, opowiedział mi, co robi – i ja poczułam, że on ma pracę moich marzeń – pan na własną prośbę usiadł ze mną, wytłumaczył mi co i jak robi. Jakie to przynosi korzyści finansowe, nawet powiedział mi jak mam zacząć. I po tej rozmowie właśnie moja droga życiowa zaczęła się toczyć w zupełnie innym kierunku.

Gdy następuje we mnie głęboka, prawdziwa zmiana, to informacje same do mnie przychodzą. Ciekawe, że najczęściej są to mężczyźni, którzy po prostu otwarcie mówią mi coś, co zaskakuje mnie swoją prostotą i tym jak bardzo tego pragnęłam sama o tym nie wiedząc. Tak właśnie to działa u mnie. Dzieje się samo. Wiem też, że gdy pragnę dowodu zmiany, gdy czuję, że się zmieniłam, a świat mi tego mimo wszystko nie udowadnia, więc ja zaczynam kombinować jakby tu sobie udowodnić, że się zmieniłam i zastosować zmianę. Wtedy jest to znak dla mnie, że zmiana ta nastąpiła tylko w umyśle – co dla mnie oznacza, że uruchomiło się pragnienie zmiany – zobaczyłam że można żyć inaczej. Wtedy, gdy twierdzę, że się zmieniłam, to tak na prawdę, poczułam swoje ograniczenie i poczułam, że chcę się go pozbyć i oszukuję się że właśnie to nastąpiło. Bo gdyby faktycznie zmiana nastąpiła, to świat natychmiast by mi to udowodnił – jak to zawsze ma miejsce, gdy się prawdziwie zmieniam. I gdy tak staram się „ustawić” świat by mi udowodnił moja zmianę – to tylko wpycham się w jeszcze większe bagno – ale nie ma takiego gówna, które nie prowadziłoby do rozwoju :-) Tak, że wszystko jest dobrze. Taki mam punkt widzenia, co też popiera całe moje życiowe doświadczenie i obserwacje otaczającego mnie świata.

Co można zmienić

Czasem jesteśmy tak bardzo zmęczeni naszym obecnym życiem, że dajemy sobie na przykład rok na zmianę a potem… jeśli nic się do tego czasu nie zmieni, to zapewne ze sobą skończymy. Chcemy zmiany, ale czy wiemy w co, w kogo chcemy się zmienić? Jak ma wyglądać to nasze zmienione życie? Jak chcemy się czuć w tym nowym życiu? Czy wiemy, dlaczego nie mamy tego, czego tak pragniemy? Co nam tego zabrania? I co ta zmiany mają zaspokoić? Bo za potrzebą zmiany kryje się jakieś niezaspokojone pragnienie? Co to za pragnienie? Kiedy będziemy wiedzieć, że zmiany się dokonały?

A po tym roku, który dajemy sobie na zmianę, kto dokona oceny czy pożądane zmiany nastąpiły: nasz umysł czy nasze serce?

Czy te pożądane zmiany mają za zadanie sprawić by „twoje życie super wyglądało i było idealne w każdej dziedzinie” czy „żebym był szczęśliwy i spełniony”, bo to są dwie odmienne rzeczy, które zazwyczaj się wykluczają.

Przez całe moje życie znajomi oceniali mnie jako wielką szczęściarę, osobę, która wiele osiągnęła, może nawet niektórzy mnie podziwiali – a ja w środku czułam że ich oszukuję. Bo i owszem miałam dużą wiedzę i odpowiedź na każde pytanie i nawet całkiem niezłe zasługi w powiększaniu wiedzy świata – ale nie byłam szczęśliwa. Czułam, że ludzie dają się nabrać na pozory tego, jak się prezentuję. I właściwie zawsze chciałam, aby stało się coś, żebym zaczęła czuć, że ludzie mają podstawy do tego, by myśleć o mnie jako o wspaniałej osobie. Chciałam się czuć jako wspaniała osoba, a nie tylko tak wyglądać dla innych. I zawsze mi się wydawało, że osiągnę to mając lepszą prace, więcej pieniędzy, lepszego partnera, jakąś pasje. Wydawało mi się, że im więcej dowodów na szczęśliwe życie zaprezentuję sobie, tym szczęśliwsza będę.

A było coraz gorzej.

Z prostego powodu: ja zupełnie nie znałam siebie. Nigdy nie mówiłam o sobie szczerze. Cała byłam zaprzątnięta pokazywaniem siebie w określony sposób i robieniem określonego wrażenia. Tak jak bym chciała ukryć prawdziwą siebie, a zaprezentować siebie jako kogoś innego – jako tą osobę, która chciałabym być. Innych tak można oszukać, można udawać kogoś innego. Ale siebie się nie oszuka.

Moje prawdziwe zmiany rozpoczęły się, gdy w końcu zaczęłam być prawdziwą sobą. Gdy się sobie przyjrzałam i gdy zadałam sobie pytanie:

Kim jesteś Moniko? Czego się boisz? Czego pragniesz? Czego nigdy nie zdobędziesz? Jakie masz ograniczenia? Co udowadniasz innym? Co musisz udowodnić rodzicom? Co musisz udowodnić sąsiadom? Co musisz udowodnić koleżankom? Kim jesteś Moniko i co śpiewa twoja dusza?

I po jakimś czasie dusza zaczęła śpiewać – i śpiewa rzeczy, o których nigdy nie pomyślał mój rozum. I chce ta moja dusza rzeczy, których nigdy nie chciał rozum. I nie chce ta moja dusza tego, do czego zmuszał mnie mój umysł.

Zrozumiałam, że poprzednio te zmiany nie mogły nastąpić, bo umysł chciał, czego innego niż dusza. I to, czego chce umysł, nie jest w stanie mnie usatysfakcjonować. I umysł także nie pozwala usłyszeć śpiewu duszy. Kiedyś powiedziałam to koledze i on stwierdził, że ma już dosyć tego, czego pragnie jego dusza, bo to muszą być jakieś pierdoły. I to właśnie jest gadanie umysłu „dusza chce durnych rzeczy” albo „dusza przyszła w tym wcieleniu pocierpieć” . Cierpienie to zabiegi umysłu mające na celu uciszyć duszę. Gdy dusza w końcu śpiewa, to non stop powtarzasz sobie: „dlaczego ja o tym nigdy nie marzyłem – przecież to tak oczywiste, że tego właśnie pragnę”.

Poszukiwanie tego, czego pragnie dusza, jest czasem, jak wypatrywanie jelenia na polowaniu. Wtedy każda gałąź i poruszający się krzak zdaje się być tym upragnionym jeleniem – ale dopiero jak się zobaczy prawdziwego jelenia to widać, że to jest jeleń i że na niego się czekało – i się wtedy człowiek zastanawia jak mógł pomylić jelenia z gałęzią.

Co wiec można zmienić? Uciekanie od siebie prawdziwego można zamienić na poznawanie siebie. Do pełnego szczęścia, do zaistnienia pożądanych zmian nie potrzebujemy niczego poza jedną rzeczą: znajomości siebie. To jedyna rzecz, która jest nam potrzebna – byśmy znali siebie.

Gdy nawiąże się kontakt z sobą prawdziwym, gdy potrafi się uczciwie, i prawdziwie odpowiedzieć sobie na pytania o siebie to dusza zaczyna przemawiać.

Uparcie staramy się by ludzie o nas myśleli w jakiś określony sposób – a jest to nic więcej jak zaspokajanie potrzeb innych, zaspokajanie potrzeb umysłu i podbudowywanie ego. Poznanie siebie polega na odrzuceniu tego, czym się nie jest. Nie jesteśmy naszymi ograniczeniami. Ale tak długo jak nie znamy naszych ograniczeń, tak długo pozwalamy by nami rządziły – i na te sztuczne ograniczenia nakładamy kolejne warstwy – „pokaże się na takiego, który nie ma ograniczeń”, „poudaje kogoś, kim nie jestem” I jeszcze bardziej oddalamy się od siebie. Wstydzimy się nas prawdziwych, a zupełnie nie wiemy kim jesteśmy. Mamy nikłe wyobrażenie o tym, kim bylibyśmy, gdybyśmy przestali udawać, prezentować się, podrasowywać. Ale zakładamy, że jest to nudne i nieciekawe. A przecież nie ma na świecie osoby, która zostałaby stworzona jako nudna i nieciekawa. „Nudny” i „nieciekawy” to tylko kolejne warstwy nałożone na siebie prawdziwego. Najczęściej ze strachu obawiamy się przyjrzeć się sobie. Boimy się ze ten „nudny”, „beznadziejny” są ostateczną prawdą o nas. A to nigdy nie jest prawda.

Więc kim jesteśmy? No właśnie. Kim jesteś? Dla kogo żyjemy? Dla kogo przyszliśmy na ten świat? Po co przyszliśmy na ten świat? Czy po to, by wywierać jakieś wrażenie na innych? By udawać kogoś, kogo nam się wydaje, że społeczeństwo, rodzice, znajomi oczekują? Czy udawać kogoś, kim bardzo chcielibyśmy być? By udawać bardziej i bardziej przekonująco i więcej, by udawać 24 godziny na dobę licząc, że tym udawaniem przekonamy sami siebie.

A siebie nie da się oszukać. I nie dziwi mnie, że tak bardzo chcemy zmiany. Chcemy drastycznej zmiany, zupełnej zmiany, całkowitej zmiany.

Kluczem do zmiany jest by przestać oszukiwać siebie i innych i by w końcu poznać siebie.

Monika

San Diego, California

…o właściwej samoocenie.

„Chwila zgody na wszystko, co istnieje, jest lepsza niż tysiąc lat pobożności.”

Anthony de Mello

Z pojęciem samooceny zetknąłem się na samym początku mojej przygody z rozwojem osobistym, czy też duchowym, jak kto woli. Definicje były różne, ale jedna rzecz, która charakteryzowała wszystkich autorów piszących w tym temacie była zgodna – parcie na jak najwyższą samoocenę. Wyżej, wyżej, więcej i więcej – czy to przypadkiem nie przypomina wyścigu szczurów? Ten sam schemat – jak najwięcej, najszybciej i najwyżej – tylko zaaplikowany w innym temacie. Obserwując reakcje ludzi wokół siebie, zacząłem zastanawiać się nad tym, czym naprawdę jest samoocena i jak powinna ona się kształtować. I oto w przypływie inspiracji zrozumiałem, że:

Właściwa samoocena to stan, w którym bezwarunkowo kocham i akceptuję siebie dokładnie takiego, jakim jestem.

Cechą charakterystyczną tej definicji jest to, że nie jest ona w żaden sposób związana z pojęciami „wysoki” czy też „niski”. Moje bliższe przyjrzenie się tematowi samooceny doprowadziło mnie do zrozumienia, że właściwa samocena nie jest ani wysoka ani niska i używanie tych pojęć w kontekście samooceny to totalne nieporozumienie. Dlaczego? Odpowiedź jest banalna: skoro samoocena jest generalnie tym, jak sami siebie oceniamy, to ocenianie swojej oceny jako wysokiej lub niskiej jest jedynie tkwieniem w tym samym zaklętym kręgu ocen, czyli produkowaniem oceny dla oceny. Nieco przypomnina to zastanawianie się jak bardzo maślane jest masło lub czy ten sam biały kolor jest bardziej czy mniej biały. Pomijając dalsze filozoficzne konotacje, najważniejsze jest zauważenie, że doczepianie do samoceny słów „niski” lub „wysoki” to tkwienie w tym samym świecie względności, który w każdej chwili może zostać zachwiany i naruszony, czyli nasza „wysoka” samoocena może nagle spać na pysk i prysnąć jak bańka mydlana, lub odwrotnie „niska” samoocena może w danej chwili przeistoczyć się w wysoką, co akurat wielu może uznać za stosowne. Rzecz jasna, jeśli nam to pasuje możemy nadal tkwić sobie na tej psychodelicznej huśtawce naszego umysłu, bujając się notorycznie góra-dół, albo też, możemy odnaleźć właściwą samoocenę, która jest czymś, co poza owe ograniczenia wykracza.

Aby to dogłębniej zrozumieć, przyjrzyjmy się iluzji zwanej wysoką lub niską samooceną. Przede wszystkim należy zrozumieć, że wyznaczana jest ona w oparciu o indywidualną interpretację rzeczy dziejących się na zewnątrz nas. Bardzo łatwo to zrozumieć posługując się poniższym ćwiczeniem. Jest taka znana scena z filmu „Matrix”, gdzie Neo wraz z Morfeuszem znajdują się w białej pustce, gdzie nie ma nic oprócz sofy. Teraz spróbuj sobie wyobrazić jeszcze bardziej ekstremalny scenariusz: jesteś zawieszony całkowicie sam, bez nikogo ani niczego w takiej totalnie pustej przestrzeni – i nawet ową sofę ktoś Ci zabrał ;). Jak siebie wówczas ocenisz? Wysoko? Nisko? Z czym się porównasz, aby określić siebie takimi słowami? Jak widać, w takiej sytuacji samoocena zwyczajnie nie będzie miała jakiejkolwiek podstawy aby zaistnieć.

Tymczasem, polecam kolejne ćwiczenie pokazujące kruchość i zmienność naszych ocen. Wyobraź sobie pracę z której jesteś bardzo zadowolony i w której zarabiasz niezmiennie 3000 DT (DukatoTalarów ;) miesięcznie. Zakładam też, że jest to więcej niż otrzymują wszyscy Twoi znajomi i patrząc z tradycyjnego punktu widzenia, można śmiało powiedzieć, że Twoja samoocena w aspekcie finansowym jest w tym momencie bardzo wysoka. Załóżmy teraz, że w kraju w którym żyjesz jest inflacja w skali 5% rocznie, czyli, upraszczając temat znacznie, co roku ceny rosną o 5% w porównaniu z rokiem ubiegłym. Po 30 latach pracy w tej samej firmie i takich samych zarobkach, za te same pieniądze możesz kupić cztery razy mniej rzeczy, niż miało to miejsce na starcie. Jeśli do tego dodasz fakt, że znajomi otrzymali podwyżki i zmieniwszy miejsce zatrudnienia zarabiają powiedzmy dwa razy tyle, co Ty, to jak bedziesz siebie w tym momencie oceniał? Z całą pewnością Twoja samoocena poszybuje drastycznie w dół.

Ale to jeszcze nic: pomijając przypadki ekstremalne, w zasadzie dla każdego praktycznie człowieka można znaleźć inną osobę, która bedzie w czymś „lepsza” lub „gorsza”. Teraz pytanie – w jaki sposób wyznaczysz dla siebie poprzeczkę? Możesz z łatwością dowartościować się porównując Twoje wynagrodzenie z tym, co otrzymują pracownicy fizyczni na Tajwanie, albo możesz załamać się porównując swój przychód z zarobkami maklera z Wall Street. Taka gonitwa i warunkowanie umysłu może trwać w nieskończoność, gdyż zawsze znajdą się ludzie którzy są w bezpośrednim porównaniu zarówno „lepsi” albo „gorsi”. Wniosek z tego prosty – budowana w taki sposób samooocena będzie zawsze narażona na zachwiania w zależności od wpływających na nas czynników zewnętrznych. Co więcej, taka samoocena będzie zawsze tylko i wyłącznie kruchą grą i zabawą naszego ego.

Patrząc na klasyczne podejście do samooceny rzuca się w oczy jeszcze jedna rzecz. O ile nikt nie ma większych problemów ze wskazaniem negatywnych objawów i skutków niskiej samooceny, takich jak np. poczucie wstydu, nieumiejętność radzenia sobie z krytyką, brak zaradności, potępianie siebie, itd., to mało kto wskazuje na fakt, że tak samo wysoka samoocena może być przyczyną poważnych problemów i jest stanem dalekim od równowagi. Ludzie przekonani o swojej wyższości i lepszości mogą zachowywać się w sposób arogancki, butny a nawet agresywny w stosunku do ludzi w swoim otoczeniu tylko po to, aby – świadomie lub podświadomie – utrzymać w sobie przekonanie o swojej nieskazitelnej doskonałości. Zawyżona samoocena prowadzi do przeceniania swoich zdolności i umiejętności, powoduje tendencje do ignorowania alternatywnych faktów, pogardy, wrogości czy złośliwości wobec innych. Można powiedzieć słowami znanego powiedzenia, że przerost samooceny prowadzi do „zaprzedania duszy diabłu” – zaczynasz bronić i trzymać się za wszelką cenę stworzonych iluzji, robisz wszystko aby utrzymać status quo, zaprzedajesz się swojemu ego tracąc autentyczność. Gdzie wówczas jesteś, jak wygląda kontakt z prawdziwym samym sobą? W konsekwencji – hamujesz swój własny rozwój osobisty, gdyż zamiast otwierać serce i akceptację do świata, dążyć do spokoju i błogości gonisz za zakłamanymi wyobrażeniami. I nie jest to tylko wymysł mojej wyobraźni – od końca lat 90-tych prowadzone były w USA badania, które pokazywały wyraźnie, że spora grupa przestępców, dokładnie odwrotnie w stosunku do tego, co początkowo zakładano, ma bardzo wysoką samoocenę i bez pardonu atakuje tych, którzy ową samoocenę próbują naruszyć. Takich przykładów znajdziemy w około znacznie więcej, patrząc z punktu historycznego można wskazać na faszystów uznających się za nadludzi w stosunku do innych narodowości. Jakie owoce przyniosła taka postawa, każdy wie. Podsumowując, przecenianie właśnej wartości jest podobnie szkodliwe i destrukcyjne jak i jej niedocenianie, choć efekty tego nie są może aż tak wyraziste i zauważamy je dopiero w dłuższej perspektywie czasowej.

Jak zatem zacząć budowanie właściwej samooceny?

Pierwszą i zasadniczą rzeczą jest przyjęcie na siebie odpowiedzialności za to, co o sobie myślimy – niezależnie od tego jak nieprzyjemnie to wszystko wygląda. Nawet jeśli owe przekonania przekazali nam inni ludzie – to w ostatecznym rozrachunku my i tylko my decydujemy o tym, kogo chcemy słuchać. Przykładowo: jak zareagujesz, jak 5-letnie dziecko nazwie Cię głupkiem? A jak, jeśli to samo słowo powtórzy profesor na uniwersytecie? Nauczono nas abyśmy przekazywali władzę w ręce autorytetów i żyli w ich cieniu – ale czy naprawdę mają tak perfekcyjnie rozwiniętą zdolność oceny, aby bezgranicznie im wierzyć i ufać? Czy zawsze dążą do naszej korzyści i czy na pewno chcą dla nas tego, co najlepsze?

Warto się nad tym zastanowić, gdyż tylko i wyłącznie od nas zależy, jaką prawdę chcemy w życiu przyjąć i uznać za swoją własną. Nawet jeśli w Twojej głowie jest w tej chwili okropny śmietnik, to jest to efekt Twojego wyboru – zaakceptuj to! Nie ma co załamywać rąk – mimo, że wiele osób boi się słowa odpowiedzialność jak ognia, to uznanie tego faktu jest jedną z najwspanialszych rzeczy, jakie mogą Ci się przytrafić w życiu. Zmienia bowiem nasz stosunek to niego i zamiast być zewnątrz- stajemy się wewnątrzsterownym, słuchając swojego wewnętrznego głosu i sami stanowiąc i decydując o sobie. To pozwola odzyskać nam autonomię, wolność i niezależność – od opinii innych ludzi, rodziców, księży, polityków, kreatorów mody czy gwiazd filmowych. To jest solidną podstawą do wprowadzania w naszym życiu zmian. Zmiany te dotyczą jednak jednej zasadniczej rzeczy – pokochania siebie.

To my decydujemy o tym, czy chcemy czy nie chcemy siebie uznać i zaakceptować. Co prawda, będąc odpowiedzialni za siebie możemy w naszym życiu zmieniać bardzo wiele – zacząć zdobywać wymarzone rzeczy czy kształtować ciało tak, aby było tak piękne jak tylko tego zapragniemy – ale czy to naprawdę uczyni nas szczęśliwszymi czy może wpędzi w niekończący się wyścig szczurów i spiralę konsumpcji? I nie zrozumcie mnie kochani źle – ja nie mam nic przeciwko ziemskim uciechom, wprost przeciwnie, każdemu życzę aby w pełni się tutaj spełniał i realizował marzenia. Tylko, czy naprawdę od tego ma zależeć nasza wartość jako ludzi i miłość własna? Myślę, że budowanie swojej samooceny w zależności od tego ile mam albo jak wyglądam to niemiłosiernie okropna krótkowzroczność. To wszystko bowiem nieuchronnie przeminie. Akceptacja siebie, takim jak jesteśmy jest o tyle ważna, że umysł jak małpa zawsze znajdzie się obiekt do porównań, który może być od nas lepszy albo i gorszy. Podobnie też w naszym otoczeniu znajdą się ludzie, którym coś w Tobie nie będzie odpowiadać – negatywne opinie ominęły nawet Buddy czy Jezusa. Przestań zatem warunkować się swoimi i cudzymi ocenami, i zacznij kochać i szanować siebie niezależnie od tego, jak bardzo wydaje mi się coś dobre lub złe.

Pierwsze ćwiczenie jakie mogę w tym miejscu polecić – napisz na kartce wszystko, co uważasz w sobie za złe, niedobre, niegodziwe, wstydliwe, ograniczające – i do każdego z tych określeń zastosuj następującą formułę:

Pomimo że [tutaj nazwa tego, co uważasz za złe] w pełni kocham, szanuję i akceptuję siebie.

albo:

Ja, [tutaj swoje imię], w pełni kocham i akceptuję siebie pomimo, że [i tutaj wymieniam problem]

Sceptyk z pewnością zarzuci mi, że takie afirmowanie jest oszukiwaniem siebie. Bo jak mogę kochać siebie, skoro czuję, że jest inaczej? Właśnie na tym polega rzecz – Twoje poczucie bycia gorszym, niegodnym, bezwartościowym jest tak samo wprowadzone z zewnątrz do Twojego umysłu, jak owa afirmacja. Z tym, że najprawdopodobniej dowiedziałeś się od tego od innej osoby, która w podobny sposób afirmowała Ci, że jesteś niedobry aż w końcu w to uwierzyłeś. Wróć zatem do tego, co pisałem o odpowiedzialności – to Twój, świadomy lub nieświadomy wybór spowodował, że w taki sposób się oceniasz. Musisz zadecydować, w co chcesz wierzyć i komu zaufać – sobie czy innym? Postaraj się zatem poczuć, że może być inaczej, otwórz się na inną perspektywę i spojrzenie.

Oczywiście, afirmacja to tylko jedna z dróg. Jakikolwiek sposób, metoda czy technika jaką zastosujesz, aby pokochać i w pełni zaakceptować siebie, o ile nie będzie działać na szkodę i kosztem innych ludzi, przyniesie pozytywne efekty. Ważne też jest to, aby na tym nie poprzestawać. Właściwa samoocena to nie tylko powtarzanie sobie, jak bardzo siebie kocham i myślenie o sobie z akceptacją. To także realizacja tego w życiu, przejawianie tego w słowach i uczynkach. I niekoniecznie musimy zaraz czynić w tym momencie cuda, gdyż tak naprawdę w zupełności wystarczy zacząć od prostych, codziennych rzeczy. Postępujmy zatem tak, abyśmy nie musieli nic sobie zarzucać, odważnie, w zgodzie z własnym sumieniem. Dopiero właściwe połączenie myślenia z miłością, mówienia z miłością i działania z miłością przynosi w pełni pożądany efekt w postaci właściwej samooceny – czyli stanu, w którym bezwarunkowo kocham i akceptuję siebie dokładnie takiego, jakim jestem.

Pozdrawiając serdecznie i życząc powodzenia na duchowej ścieżce

Elijah

www.elijah-blog.info

…o odpowiedzialności

Pamiętam doskonale swojego pierwszego duchowego nauczyciela, którego poznałem będąc jeszcze studentem. Zafascynował mnie w pewnien sposób swoim nowatorskim spojrzeniem na świat, optymizmem i praktyczną mądrością, za którą kryły się narzędzia do zmiany życia na lepsze. Odwiedzałem go dość często, jako że widziałem, że spotkania przynoszą prawdziwe, namacalne wręcz efekty. Przesiadywaliśmy pewnego razu w gabinecie, kiedy przyszła jego żona. Zamieniwszy parę słów, opuściła nas dość szybko, natomiast mój nauczyciel spojrzał na mnie i rzekł, zaskakująco zmieniając temat prowadzonej rozmowy:

-Wiesz co mi się najbardziej w niej podoba? To, że potrafi być za siebie odpowiedzialna.

Utkwiło mi to zdanie w pamięci dość głęboko, a to chyba głównie z racji tego, że nie potrafiłem tego wówczas w pełni zrozumieć. Wysokie notowania miały u mnie żeńskie krągłości, zgrabne nogi i piękne oczy; oczywiście, doceniałem też kobiecy „charakter”, ale słowo to było wówczas dla mnie dość enigmatyczne i mgliście oznaczało wszystko, co nie było fizyczne. I trudno było mi nawet wpasować owo słowo w całokształt danej osoby, albo umiejscowić na którejś pozycji w rankingu ;) Tymczasem upływały lata, zagłębiałem się coraz bardziej w rozmaitej wiedzy dotyczącej spraw duchowych, pojawiały się nowe doświadczenia i coraz głębiej poznawałem życie we wszystkich jego odcieniach. Z czasem też zaczynałem coraz bardziej doceniać znaczenie odpowiedzialności i zacząłem coraz bardziej rozumieć, jaka wielka głębia się za tym słowem kryje.

Najprościej możnaby rzec, iż odpowiedzialność to umiejętność akceptowania konsekwencji swoich myśli, słów i działań. Z punktu widzenia metafizycznego, jesteśmy odpowiedzialni za wszystko, co się w naszym życiu dzieje. Jako „dusza” wybieramy bowiem miejsce, czas, kraj, rodziców a także rzeczy, jakie mamy zamiar w danej inkarnacji doświadczać. Rzecz jasna, w pełni świadomy wybór jest rzadkością – z reguły kierują nami nieświadome intencje i motywacje, stąd często lądujemy z ręką w nocniku, nie wiedząc o co chodzi i dlaczego tutaj jestem. I myślę, że jest to jak najbardziej w porządku, ponieważ czas na rozwijanie świadomości tak doniosłych spraw przychodzi we właściwym momencie, zaś na początku warto odrobić podstawowe lekcje z naszego lokalnego, ziemskiego podwórka. Mógłbym w tym momencie zacząć omawiać wspaniałe rzeczy, które zaprezentowane zostały w filmie Sekret czy też takie, jakie daje praktyka Huny. „Energia podąża za uwagą” czy „Świat jest taki, jaki myślisz że jest” to rzeczywiście fantastyczne, doniosłe prawdy które pojąwszy, mogą czynić cuda w ludzkim życiu, niemniej ich zrozumienie wymaga większego zaangażowania, wysiłku i przede wszystkim, osobistej praktyki. Wciąż zalatuje zbyt mocno metafizyką i ciągle nie jest to ta podstawowa lekcja odpowiedzialności, jakiej moim zdaniem warto się przyjrzeć. Zacznijmy zatem od podstaw i prostego ćwiczonka, które nam to zagadnienie przybliżą.

Wyobraź sobie, budzisz się pewnego ranka i – zakładając że nie śpisz w piwnicy – spoglądasz przez okno, a tam piękny, słoneczny, upalny wręcz dzień. Jestem przekonany, że u większości szanownych Czytelników taki widok wywoła uśmiech na twarzy i przypływ pozytywnych emocji. Może się jednak zdarzyć, że zareagujesz bardzo negatywnie i nerwowo na takie słońce i przeklniesz pogodę na czym świat stoi. Nierealne? No to wyobraź sobie, że stoisz w 40C upale, w korku, w środku zatłoczonego miasta a Twoje auto nie ma klimatyzacji. Będziesz się cieszyć czy denerwować? Teraz łatwiej to zrozumieć, prawda?

Wniosek prosty: to samo zdarzenie, ale rózne reakcje – czyli to my wpływamy i decydujemy o tym, jak odbierać dane zjawisko. Innymi słowy, to my jesteśmy odpowiedzialni za to, jak reagujemy i jak interpretujemy rzeczy. W efekcie, koniec końców, to my jesteśmy odpowiedzialni za to, jakie emocje w nas powstają.

Znam osobę, która potrafi to bardzo ładnie wykorzystać w życiu codziennym. Jest to prosty chłopak, żaden duchowy guru, ale niewątpliwie człowiek o wiekim sercu, człowiek, od którego bije radością i optymizmem na kilometr ;) Lubię jego filozofię: Narzekać na to, że nie mam Mercedesa? Cóż, będę cieszył się z 12-letniego Suzuki, zawsze dojeżdża do celu. Nie pojechałem na wycieczkę do Egiptu? Lokalne jezioro też daje mi dużo frajdy. Problem bo pada deszcz? Bynajmniej, pooglądam w domu filmy. Ktoś nie chciał mi pomóc? Dobrze, nic się nie stało, jego wola, załatwię sprawę sam, itd. Jak mi sam opowiedział, jego pozytywne podejście do życia robi wrażenie na wielu znajomych. Pytany o swoją postawę odpowiada, że zrozumiał, że to jak się czuje to jego indywidualny wybór, jego własna interpretacja tego, co się dzieje wokoło. Ponieważ wziął na siebie odpowiedzialność za to, co czuje – jest w stanie zmieniać swoje spojrzenie na rzeczywistość i w rezultacie, cieszyć się życiem i przyjmować je takie, jakim jest. Co ciekawe, niektórzy to przyjmują jako ciekawą inspirację, ale jest spora grupa ludzi, która – uwaga – potrafi go skrytykować za taką postawę i wciągnąć go w swoje bagno lęków, wątpliwości i narzekań, w którym sami siedzą po uszy! Czyż to nie zdumiewające? Przypomina mi się tutaj słynne zdanie Einsteina: „Dwie rzeczy są nieskończone. Wszechświat i ludzka głupota”. Poświęcę kilka słów takim osobom, gdyż to, co je cechuje to właśnie brak odpowiedzialności i umiejętności wzięcia steru życia we własne ręce.

Po czym najłatwiej rozpoznać, że ktoś nie jest odpowiedzialny? Po manipulacjach jakie stosuje. Osoba, która potrafi być panem swojego życia, nie ma potrzeby manipulowania innymi ludźmi, gdyż wie, że jest w stanie sobie sama doskonale poradzić, a nawet jeśli będzie potrzebna pomoc z zewnątrz – to ją uzyska bez jakichkolwiek sztuczek, kombinowania lub presji. Taka osoba – bardziej lub mniej świadomie – wie lub wewnątrz czuje, że Wszechświat nigdy nie stawia nas przed zadaniami ponad nasze siły, oraz to że zawsze ma ze sobą wsparcie Najwyższej Inteligencji. Tymczasem osoba niedojrzała nie ma tej świadomości i próbuje z poziomu swoich prymitywnych wyobrażeń nas ustawiać. Wysłałem ostatnio pewnej kobiecie, która znalazła się w trudnej sytuacji życiowej i przytłoczyły ją jej własne emocje podręcznik EFT i zachęcałem do zapoznania się z nim. Emotional Freedom Techniques to jedna z najwspanialszych i najprostszych, a jednocześnie bardzo skutecznych metod pracy nad swoimi emocjami, którą ostatnio polecam każdemu. Można ją opanować dosłownie w pół godziny, nie wymaga żadnych specjalnych zdolności a rezultaty pracy widoczne są niezwykle szybko. Nie będę się nad tym tutaj rozpisywał, gdyż to oddzielny temat, niemniej polecam gorąco zapoznanie się z nim każdemu, kto chce poprawić jakość swojego życia. Wracając jednak do tematu owej kobiety: jak kochani myślicie, jaki był rezultat? Otóż książka leży nietknięta, ja zaś dostałem wiadomości, w których próbowała mną zmanipulować, wywołać poczucie winy pisząc rzeczy w stylu „ewidentnie Ci pomogłam”, „myślałam że coś we mnie wyczujesz i pomożesz”, oskarżając mnie, że moje myślenie jest „skamieniałe, oziębione” i dochodząc do niezwykłego wniosku że „stąd Twoja praca nad sobą”. Dla kontrastu, w tym samym czasie wysłałem ten sam podręcznik dla kolegi, który jest bardziej świadomy i odpowiedzialny za swoje życie. Jaka była reakcja? Wziął sprawy w swoje ręce i po paru dniach dostałem od niego wiadomość, cytuję dosłownie: „o kur… dziala chyba ten EFT … w 70% zanikł lęk przed pająkami po 3 minutach sesji….. niemożliwe!”. Dwie różne postawy, dwa różne efekty końcowe. Teraz zastanów się: którą z nich chcesz dla siebie wybrać?

To mi pokazało niezwykle ważne role, które możemy przyjąć w relacji z nieodpowiedzialnymi ludźmi: holownika albo mechanika. Jesteśmy holownikiem wówczas, kiedy na swoje barki przyjmujemy odpowiedzialność za cudze emocje i stany. Robimy wówczas wszystko, aby daną osobę pociągnąć za sobą do przodu, pomóc jej wyjść z obecnej sytuacji ale niewiele to daje – uzależniamy ją coraz bardziej od swojej siły i pozbawiona naszej pomocy, nadal stoi ona w miejscu. Na dłuższą metę taka sytuacja jest bardzo męcząca i w zasadzie szkodliwa dla dwóch stron. Holujący traci sporo energii i jest hamowany przez drugą osobę, zaś holowany utwierdza się w roli ofiary i nie rozwija swojego Boskiego potencjału. Jest też rola mechanika – pomagamy danej osobie na tyle, aby mogła ruszyć dalej o własnych siłach bądź dajemy jej niezbędne do tego narzędzia. Można nawet ją nieco „pchnąć” w rozwoju do przodu – ale tak, jak to się robi z autem, czyli po to, aby samo zapaliło i jechało dalej korzystając z własnego napędu.

Przyznam, że sam przez długi czas byłem holownikiem – ratownikiem, zwyczajnie nie widząc pewnych mechanizmów i czując się winny zostawiania kogoś bez pomocy. Po przebłysku świadomości (opisanym w artykule o manipulacji poczuciem winy) sytuacja się zmieniła na lepsze. Teraz pozbywam się całkowicie poczucia winy związanego z pozostawieniem takich „ofiar” na pastwę losu, czy swoich karmicznych ról. I czuję, że jest to jak najbardziej w porządku, gdyż wspiera mnie w tym wyborze wielu świetnych nauczycieli duchowych – Jezus w ewangelii św. Mateusza mówi „Nie dawajcie psom tego, co święte, ani nie rzucajcie pereł waszych przed wieprze, by ich przypadkiem nie podeptały nogami i obróciwszy się nie rozszarpały was”; Budda sugeruje właściwe towarzystwo jako niezbędną rzecz na ścieżce rozwoju oraz wspomina Babaji w słowach: „Jeśli nie możesz kogoś chwalić – pozwól mu odejść ze swojego życia”. A nie potrafię pozytywnie patrzyć na ludzi, którzy marnują swoje talenty i zdolności, żerując jak pasożyty kosztem innych – wolę pomagać tym, którzy szczerze chcą sami sobie pomóc.

Na zakończenie, chciałbym podsumować sprawę odpowiedzialności w trzech wzajemnie powiązanych punktach:

1. Im bardziej jesteśmy świadomi i rozumiemy nasze położenie, tym bardziej wzrasta osobista odpowiedzialność za nas samych. Najważniejszą rzeczą do zrozumienia w tym temacie jest to, że sami możemy i jesteśmy w stanie kształtować to, co czujemy i myślimy i że od naszych wyborów i decyzji zależy to, jak nasze życie wygląda. Mamy wolną wolę w wyborze, co chcemy przejawiać. Ponieważ inni ludzie też mają wolną wolę – nie mamy żadnego obowiązku ani nie musimy być za nikogo odpowiedzialni (oczywiście, nieco inaczej wygląda sprawa dzieci)

2. Im bardziej wzrasta zakres naszej odpowiedzialności za nas samych, tym bardziej rośnie też akceptacja sytuacji, w której się znajdujemy. Akceptacja zaś jest niezbędna aby realizować punkt następny.

3. Będąc świadomym miejsca i akceptując swoje położenie, jestem w pełni odpowiedzialny za siebie – czyli dzięki temu daję SOBIE prawo i moc do zmiany mojego życia na lepsze. Staję się sternikiem swojego życia, podejmując za siebie decyzję i przyjmując ich konsekwencję. I zahaczę teraz o metafizykę, gdyż dla niektórych ten punkt może brzmieć przerażająco. Uzyskujemy wolność, ale nie jesteśmy sami w podejmowaniu decyzji. W momencie, którym zaczynamy o sobie samostanowić, pokazuje się kolejna opcja: możemy zgrać naszą wolę z wolą Najwyższej Inteligencji, Wszechświata, Boga. Życie zaczyna nabierać niezwykłego wymiaru, smaku i harmonii… ale żeby to poznać, trzeba zacząć od podstaw :)

Życząc wszystkim powodzenia, wytrwałości i cierpliwości w pracy nad sobą,

pozdrawiam – Elijah

www.elijah-blog.info

…o micie walki dobra ze złem

Jako człowiek o otwartym umyśle i wolnych poglądach wybrałem się na spotkanie lokalnej grupy Hare Krishna – głównie z intencją skorzystania z taniej i dobrej wegańskiej kuchni ;) Przy okazji załapałem się na dynamiczną medytację (nie mylić z dynamiczną medytacją wg Osho, która jest bardzo ciekawą i rozwojową praktyką) oraz wykład młodego chłopaka o imieniu Saci Dulal pod bardzo obiecującym tytułem „Medical Reality – Birth, Death and Rebirth” czyli „Rzeczywistość medyczna – Narodzenie, Śmierć i ponowne Narodziny”.

Nie mam zamiaru tutaj chłopaka krytykować ani oceniać, gdyż wierzę, że zrobił ten wykład najlepiej jak potrafił – bez posiadania pamięci poprzednich wcieleń ani żadnych bezpośrednich doświadczeń związanych ze śmiercią i umieraniem. Zwrócę jedynie uwagę na dwa fragmenty z przygotowanych przez niego slajdów, które zwróciły moją bezpośrednią uwagę. Pierwszy nie związany jest z tematem artykułu, ale wart wspomnienia z racji doniosłości przesłania. Pochodzi z Bhagavad Gity (15.15, tłumaczenie własne), świętej księgi dla wyznawców ruchu:

“Znajduję się w sercu każdego człowieka i ode mnie pochodzi wspomnienie, wiedza i zapomnienie.”

Pozostawię to Czytelnikowi do samodzielnej kontemplacji i rozważań i przejdę jednak do treści zasadniczej. Otóż w tej samej księdze często pojawiają się odnośniki do walki Asurów (źli) z Devami (dobrzy). Przypomina to bardzo motywy z chrześcijaństwa, gdzie w miejscu Asurów pojawia się Szatan i Demony (w gruncie rzeczy Asurowie to upadłe istoty więc praktycznie różnią się tylko nazwą, choć nawet nie do końca bo nawet Gita nazywa ich demonami) oraz Anioły, czyli ta dobra strona. Jednym słowem, wychodząc poza ograniczenia związane ze słowem pisanym – ta sama historia, ten sam motyw.

Kluczem do zrozumienia, że walka Dobra ze Złem jest MITEM jest to małe ćwiczonko.

Wyobraź sobie salę, w której jest dwóch uzbrojonych w miecze, identycznie ubranych mężczyzn. Załóżmy, że jeden jest Dobry a drugi Zły (możesz w ich miejsce wstawić dowolne istoty, które uważasz odpowiednio za dobre i złe). W pewnym momencie pan Zły dobywa swojej broni i atakuje Dobre niewiniątko. Oczywiście, pan Dobry nie chce za darmo oddać swojej głowy, więc sięga miecza i tak oto rozpoczyna się walka między Dobrem a Złem. W tym momencie do pomieszczenia wchodzi kompletnie nieświadoma osoba i nie wiedząc kompletnie co się dzieje, obserwuje dwie walczące strony.

Pytanie zasadnicze: czym w trakcie walki różni się osoba Dobra od Złej, skoro oboje machają tą samą śmiercionośną bronią i wykonują zasadniczo podobne ruchy?

Odpowiedź: NICZYM, mili Państwo, zupełnie niczym. Podejmując walkę strona Dobra schodzi do poziomu reprezentowanego przez stronę Złą. Dlatego, takie coś jak walka między Dobrem i Złem nie istnieje – gdyż sprowadzałaby obydwie strony do tego samego mianownika!

Z tego powodu, nie można „pokonać” zła używając tych samych narzędzi, tak samo jak nie można ugasić ognia ogniem. Z tego powodu kolejna wojna o pokój z reguły przynosi śmierć i cierpienie zamiast radości, swobody i wyzwolenia. Z tego powodu prawdziwy egzorcysta nigdy nie walczy z istotą opętującą. Z tego powodu Budda powiedział następujące słowa (cytat z Dhammapady, tłumaczenie własne):

„W tym świecie

Nienawiść nigdy nie rozwiała nienawiści.

Tylko miłość przezwycięża nienawiść.

Takie jest prawo,

Starożytne i niewyczerpalne”

Stąd też proponuję praktykę zrozumenia (opcjonalnie) i wybaczania, jako skuteczne narzędzie zmiany siebie oraz świata. Ta dam!

Krótko lecz treściwie – Elijah ;)

www.elijah-blog.info

…o przekazach astralnej stonki

…czyli nie wszystko złoto co się świeci.

„Nie wierz w nic, niezależnie od tego, gdzie to przeczytałeś lub kto to powiedział, nawet jeśli ja to powiedziałem, chyba że zgadza się to z Twoim poczuciem zdrowego rozsądku”

Budda

Nie będę ukrywał, że jestem w pewnym aspekcie przykładem „psuja”, to znaczy, lubię czasami coś zepsuć i zniszczyć – i dodatkowo czerpać z tego radość i satysfakcję. Kiedyś miałem z tego powodu wyrzuty sumienia, ale już nie mam. Doszło do mnie rozumienie, że niszczenie – oczywiście, nie dzikie i bezmyślne, ale z głową – jest nieodłączną częścią procesu twórczego. Bez usunięcia starych struktur możemy nie znaleźć miejsca na zbudowanie czegoś nowego, czegoś lepszego. Tak myśląc, z delikatnie szelmowskim uśmieszkiem w kąciku ust znalazłem sobie nową zabawkę do mentalnego nokautu – czanelingi. Aby było ciekawiej, na potrzeby pojedynku założyłem dwie buddyjskie bokserskie rękawice Prawdy :-)

Na fali zainteresowania tematami duchowymi, pojawiły się kontakty z istotami duchowymi, które w procesie zwanym czanelingiem (od angielskiego słowa „channel” – kanał) przekazują nam najrozmaitsze informacje. Z tego, co widzę – informacje te są naprawdę różnej jakości i choć mądra osoba możne inspirować się praktycznie wszystkim na ścieżce rozwoju, to błędne przekazy potrafią prowadzić na manowce, jeśli się nie jest wystarczająco świadomym i uważnym. Niektóre czanelingi są inspirujące i zasługują na uwagę – tutaj warto wspomnieć choćby świetne „Rozmowy z Bogiem” Donalda Walscha. Niestety, w niektórych przypadkach ludzie z ochoczą nieświadomością wbijają się w coś, co bardziej przypomina kanały ściekowe – czyli informacje płynące od astralnej stonki. Astralna – gdyż takie jest z reguły źródło inspiracji, natomiast stonka – gdyż celem jest pasożytowanie na czytelnikach i tworzenie w nich postaw, które stonkę mają wspomagać a czytelnikowi szkodzić – choć rzecz jasna, nigdy nie jest to powiedziane wprost! Takie oto pseudo-duchowe nauki będę obijał w dzisiejszym artykule ;-)

W jaki sposób można zatem rozróżniać przekazy wartościowe od takich, które nie przynoszą nam korzyści – lub też jedynie tworzą ich iluzję?

Najskuteczniejsza i najlepsza metoda to użycie intuicji. Czytasz wówczas przekaz i od razu wiesz, że coś jest nie tak, bez zastosowania jakichkolwiek procesów myślowych. Metoda niezwykle skuteczna, ale wymaga pewnego zaawansowania w rozwoju świadomości. Inną dobrą metodą jest wsłuchiwanie się w to, co podpowiada serce – patrząc jakie reakcje na czakrze serca wywołuje u Ciebie przekaz. Teksty prawdziwych mistrzów uskrzydlają. Teksty pasożytów – wywołują lęk i niepokój. Oczywiście, mistrz może również przekazać Ci „złe” wieści, ale taki przekaz nigdy nie jest podszyty emocjami strachu. Kolejny sposób – to użycie wahadła i uzyskiwanie prostych odpowiedzi w konwencji TAK/NIE poprzez pytania w stylu „Czy przekaz danego tekstu jest dla mnie korzystny?”; problem w tej technice polega na tym, że wahadło to zasadniczo narzędzie podświadomości – wszystko, co przez nie przechodzi idzie przez nasz własny, personalny filtr i odpowiedzi mogą okazać się złudne z racji trzymanych przez nas wzorców – pewne teksty podświadomość może uznać za atrakcyjne i pożądane, choć w rzeczywistości mogą takimi nie być.

Metoda, którą zamierzam poniżej zarysować dostępna jest dla każdego intelektualnego siłacza i wymaga korzystania z umysłu. Tak, tak, ja Elijah – w przeciwieństwie do niektórych nie akceptujących myślenia ludzików – kocham swój umysł i wiem, jak go z korzyścią dla siebie i innych wykorzystywać. Taki stosunek do umysłu jest dobry i korzystny, oraz zgodny z tym, co mówił Budda w absolutnie genialnym wstępie do „Dhammapady”:

„Jesteśmy tym, co myślimy.

Wszystko czym jesteśmy powstaje z naszych myśli.

Naszymi myślami kształtujemy świat.”
Korzystając zatem z radością z danego nam intelektu, przeanalizujmy dwa przykłady „astralnego spamu”, które znalazłem gdzieś w sieci. Teksty takie, które nie zgadzają się z moim wewnętrznym poczuciem zdrowego rozsądku i zasługują na parę mocnych sierpowych ;)

***

I. Gong – i zaczynamy! Czanelling pewnego archaniołka, który zdaje się ewidentnie pomagać ludzkości. Treść dotyczy generalnie Atlantydy i pełna jest niezrozumiałych terminów – zastanawiam się, dlaczego tyle ludzi się tym zachwyca? Najbardziej pikantne kawałki:

„(…) Nie do Was należy budzenie kryształów, nie do Was należy kotwiczenie worteksu, za to do Was należy przygotować siebie samych na to niebiańskie kotwiczenie kryształowego pola kwantowego”

Czy ktoś tak naprawdę rozumie, o co w tym chodzi? No właśnie – nie wiadomo o co chodzi, ale brzmi mądrze i do tego fantastycznie-ezoteryczno, tak więc, czemu by się pod to nie podłączyć? ;) Wyjaśnień na temat tego, czym są owe mistyczne terminy przez cały tekst nie ma – bo astralnej stonce zupełnie nie zależy na tym, aby ludzie wzrastali w mądrości i świadomości – ważne jest wywarcie dobrego wrażenia. W odróżnieniu od stonki, prawdziwy mistrz potrafi w zwykłych, prostych słowach zawrzeć tak głęboką prawdę, że można rozkoszować się nią latami.

„Pewni strażnicy z Syriusza B przygotowują właśnie trybuny i czekają, abyście do nich dołączyli. Prześlijcie swoją energię i swoje światło oraz zamiar najwyższego dobra do tego, co jest nazywane Błękitnym Mistrzowskim Kryształem Wiedzy.”

No ten fragment wbił mnie w ziemię – z reguły zachęta do przesyłania komuś swojej energii bywa zakamuflowana, a tutaj – proszę, dobrowolnie wysyłajmy energię zupełnie nieznanej istocie. I tylko dlatego, że archanioł tak powiedział! Zastanawiam się, czy osoby, które w to uwierzyły, równie chętnie wysłałby komuś absolutnie nieznanemu np. swoje pieniądze? W końcu to też forma energii. Jeśli tak, to proszę o kontakt – z chęcią podam swój numer konta ;)

Do tego mydlący tekst o najwyższym dobru – przepraszam, od kiedy najwyższe dobro wymaga wysyłania energii jakimś kryształom czy łączenia się ze strażnikami z Syriusza B? Poza tym, skoro są tak niezwykle rozwinięci i świadomi, to po co im ludzka energia? Czy uczciwy bogacz naciąga na 100 złotych żebraka? Czyżby wysoko rozwinięta duchowa istota nie potrafiła samodzielnie czerpać z Boskiego Źródła? Jeśli nie potrafi – czy naprawdę jest tak rozwinięta, za jaką się podaje, czy może zwyczajnie próbuje nas oszukać?

„Ponieważ tego rodzaju wspaniałe kryształowe formacje oferują Wam wszystkim tak wiele!”

Taa… jasne. Jedyne co oferują, to odwracanie nas od tego, co naprawdę wartościowe – czyli Boskim potencjale który nosisz w sobie. Tymczasem co mówi jeden z największych nauczycieli świata?

„Nikt nas nie zbawi tylko my sami.

Nikt nie może ani nikt nie potrafi.

Sami musimy podążać własną ścieżką”

W całym czanellingu ani słowa o budowaniu świadomości prowadzącej do rzeczywistego przebudzenia – bo po co, skoro można zastąpić go jakimiś kryształami? Ewidentnie ludzie od dawien dawna mieli tendencje do fascynacji błyskotkami, jak widać, pewne rzeczy się nie zmieniają ;-)

***

II. Gong – runda druga! Słynny już chyba czanelling pt. „Czy chcecie abyśmy się ujawnili?” – w którym kosmici obiecują pomoc jeśli tylko zechcemy. Dostałem go mailem wielokrotnie – ewidentnie pobudza on fantazję rzeszy ludzi. Kolejny ciekawy przykład tego, jak astralna stonka próbuje manipulować czytelnikiem. Pozornie spójny i wiarygodny tekst, zawierający nieco prawdziwych odniesień w stosunku do obecnej sytuacji, ba, mówiący nawet o rozróżnianiu dobra i zła i manipulacjach rodzajem ludzkim – tylko po to, aby w pewnymi miejscu zacząć zasadzić swoje „kwiatki”:

„Powoli, ale stale tracicie swą niezwykłą zdolność, by czynić życie czymś pożądanym.”

„Do niedawna ludzkość miała wystarczającą kontrole nad swoimi decyzjami. Ale stopniowo traci coraz bardziej kontrole nad własnym losem”

i chwilkę później:

„Rośnie nienawiść, ale miłość także. Dzięki temu wierzycie w to, ze możecie znaleźć rozwiązanie. Ale masa krytyczna jest niewystarczająca, a sabotaż jest bardzo sprytnie przeprowadzany. Ludzkie zachowanie, uformowane w przeszłości nawyki i uwarunkowania powodują takie obezwładnienie, że ta perspektywa prowadzi was w ślepy zaułek.”

I co widzimy, hę? Widzimy kodowanie bezsilności i niemocy. Budda uczył, że stajesz się tym, co myślisz i w co wierzysz. Zacznij wierzyć, że jesteś słaby i niezdolny do samodzielnego decydowania o sobie – a takim się faktycznie staniesz. Wierzycie w siłę miłości? Zapomnijcie o niej, jest za słaba. Wierzycie, że jesteście sami coś w stanie zmienić? Nie ma szans! W taki oto perfidny sposób kłamie i manipuluje nami astralna szumowina. Dodatkowo, umiejętnie podsyca i buduje atmosferę strachu poprzez wplatanie tego typu zdań:

„Brak zasobów naturalnych oraz ich niesprawiedliwy podział (..) spowoduje bratobójcze walki na wielką skalę”

Na szczęście, ofiarowana jest jedyna słuszna droga wyjścia z owej beznadziejnej sytuacji:

„Ilość rozwiązań, jakie są dla was dostępne zmniejsza się. Jedną z nich jest kontakt z inną rasą, która byłaby odbiciem tego, kim jesteście w rzeczywistości.”

i oferta zawierająca następujący pakiet dobroczynny:

„Możemy wam zaoferować bardziej całościową wizję wszechświata i życia, konstruktywne współdziałanie, doświadczenie sprawiedliwych i braterskich kontaktów, wiedzę techniczną prowadzącą do wyzwolenia, zlikwidowanie cierpienia, panowanie nad własną mocą, dostęp do nowych form energii oraz lepsze pojmowanie świadomości.”

Ale jednocześnie:

„Nie możemy pomóc wam w przezwyciężeniu indywidualnych i zbiorowych lęków (…)”

Zaraz, zaraz – gdzie tu jakikolwiek sens? W jaki inny sposób zatem można dążyć do uwolnienia cierpienia i pełnego dostępu do swojej własnej mocy, jeśli nie poprzez uwalnianie strachu i lęku który ów dostęp blokuje? Takie zaprzeczające prostej logice stwierdzenie powinno natychmiast zapalić czerwoną lampkę w umyśle czytelnika!

Oczywiście, w przesłanie warto uwierzyć, gdyż czeka nas w zamian wiele nagród, w tym między innymi:

„Dla nas natychmiastową konsekwencją zbiorowej decyzji na tak będzie materializacja naszych statków na waszym niebie i na Ziemi. (…). Duża część nauki zostałaby zmodyfikowana na zawsze.”

Po co myśleć i badać samodzielnie – wystarczy spojrzeć na statek kosmiczny i postęp naukowy nastąpi sam z siebie. Czyż to nie wspaniale… bajkowa obietnica? Od biedy potrafię zrozumieć, że Ci, którzy nigdy nie mieli do czynienia z nauką, są w stanie w to uwierzyć. Osobom, które przeszły jednak przez wyższe uczelnie i mają tytuły naukowe (choćby magistra) i które uwierzyły w prawdziwość takiej historyjki – serdecznie współczuję. Nie, kłamię, wcale nie współczuję. W swojej naiwności daliście się zrobić w bambuko. Ale nie ma co załamywać rąk, w końcu każdy ma prawo do błędów, ważne, aby wyciągać z nich właściwe wnioski na przyszłość. ;)

Jaką korzyść zatem z całego tekstu ma mieć astralna stonka? Zdradza to w jednym miejscu. I znowu, chodzi o wysyłanie energii i zamiast koncentrować się na Boskim źródle mocy w sobie i jego rozwijaniu, kierujmy nasze myśli gdzie indziej:

„Wystarczy, że jasno zadacie sobie to pytanie i udzielicie odpowiedzi, tak jak chcecie – indywidualnie bądź w grupie. Nieważne czy jesteście pośrodku miasta czy pustyni, to nie ma wpływu na waszą odpowiedź. TAK albo NIE, NATYCHMIAST PO ZADANIU SOBIE PYTANIA! Po prostu zróbcie to jakbyście mówili do siebie, ale myślcie o wiadomości”

A przecież huna od wielu lat uczy, że energia podąża za uwagą! Warto przemyśleć dobrze i zastanowić się, gdzie jest ona kierowana – i czy naprawdę przynosi nam wówczas korzyści.

Oczywiście, do dnia dzisiejszego, kosmici się nie ujawnili – i nie ujawnią, gdyż niesienie pomocy ludzkości wcale nie leży w intencji sponsorów owego tekstu!

***

Myślę sobie, że mógłbym ładny kawałek życia poświęcić na boksowanie się z rozmaitymi czanelingowymi głupotami, które znajduję co jakiś czas w Internecie – i nie mam gwarancji, że przyniosłoby mi to ani komukolwiek innemu sensowne korzyści. Rozsądniejsze wydaje mi się danie czytelnikowi klucza, który będzie mógł na wstępie zweryfikować, zbadać i według własnych potrzeb zmodyfikować, zaś następnie – samodzielnie zastosować w odniesieniu do dowolnego tekstu.

Na ten klucz składają się następujące punkty, które w dużej mierze wypływają ze wcześniejszych rozważań:
1. Wysoko rozwinięta istota do niczego nas nie zmusza ani niczego nie rozkazuje…

…gdyż w jej Boskiej naturze leży poszanowanie Twoich decyzji i wyborów oraz Twojego prawa do życia w wolności. Ten punkt być może trudno zrozumieć i zaakceptować ludziom wychowanym w duchu Kościoła Katolickiego, który od młodości urabia swoich wyznawców poprzez narzucanie im surowych norm i kryteriów. Tyle, że owe żądania mają często niewiele wspólnego z Bogiem, a raczej służą podporządkowaniu człowieka instytucji.
2. Wysoko rozwinięta istota nigdy nie będzie nas straszyć…

…a jedynie pokazywać konsekwencje podjętych przez nas wyborów i decyzji. Budda w taki oto sposób mówił do swoich uczniów, pozostawiając wybór w ich gestii:

„Mów lub działaj z nieczystym umysłem, a problemy będą podążać za Tobą, jak koło podąża za wołem, który ciągnie wóz. (…) Mów lub działaj z czystym umysłem, a szczęście podąży za Tobą, jak Twój cień, niezachwiane”

3. Wysoko rozwinięta istota hołduje prostotę…

…bez niepotrzebnego maskowania się za górą niezrozumiałych i niewyjaśnionych terminów, pojęć i zwrotów. Spójrz chociaż na kolejny fragment pierwszego rozdziału Dhammapady – proste słowa o głębi jest tak niesamowitej, że można do nich wracać nieprzerwanie, ciągle odnajdując świeże źródło inspiracji:

„W tym świecie nienawiść nigdy nie rozwiała nienawiści.

Tylko miłość rozprasza nienawiść.

Takie jest prawo, starożytne i niewyczerpalne”

Albo w jeszcze prostszym i genialnym zdaniu:

„Co myślimy tym się stajemy”

(proponuję samemu sprawdzić – zapisać te słowa i przeczytać ponownie za kilka miesięcy)

4. Wysoko rozwinięta istota nie będzie chciała Cię uzależnić i zniewolić…

…tylko zachęcać będzie Cię do samodzielnego wzrostu i rozwoju oraz poszukiwania prawdy. Mistrz Gautama jasno przekazał to swoim uczniom, mówiąc:

“Znajdź swoje własne zbawienie, nie będąc zależnym od innych”

5. Wysoko rozwinięta istota często przynosi światło miłości i radości…

…ponieważ podążając za swoją naturą stała się tym, czym ludzie dopiero się stają – i bez skrępowania obdarza tym innych. Jak mówił mistrz, „Radość nigdy się nie pomniejsza kiedy jest dzielona”, dlatego wysoko rozwinięte istoty dzielą się nią z innymi bez ograniczeń.

Na koniec jeszcze jedna ważna myśl, którą przekazuje nam Budda:

„Trzy rzeczy nie mogą być długo ukryte: Słońce, Księżyc oraz Prawda”

Pragnąć poznania prawdy, przybliżamy się do niej w każdym momencie. Żaden błędny przekaz, błędna ścieżka oraz błędna koncepcja czy astralny iluzjonista nie jest w stanie jej na długo zasłonić. Prawda była, jest i będzie niepokonana, jej moc jest większa niż siła jakiegokolwiek słowa i stworzenia z astrala, dlatego niech wzrasta coraz bardziej w sercu każdej Istoty Światła – w Twoim sercu!

Pokoju i miłości,

Elijah

 

www.elijah-blog.info

…o manipulacji poczuciem winy

Uwielbiam życie. Podróż, wchodzę na górę, przyspieszona akcja serca, pot na plecach i radośnie oddycham pełną piersią. Czuję wiatr i deszcz na twarzy – tylko po to, aby chwilę później zlizały to pomruki słońca. I tak dalej… Setki życiowych doświadczeń związanych z ciałem, tak dobrze każdemu znanych. Czasami jednak zamykam się w sobie – po to, aby się lepiej poznać. Świat zewnętrzny przestaje mieć znaczenie, schodzi na drugi plan, a cała moja istota skupia się na wnętrzu i jego, hmm, „skarbach”. Owe skarby to nie zawsze „złoto” niestety. Tym razem w swoim wnętrzu odkrywam podatność na manipulacje.

Temat manipulacji emocjonalnych, a zwłaszcza manipulacji poczuciem winy (zwanej przeze mnie dalej MPW), od dawna wywoływał we mnie irytację i agresję – do zupełnie niedawna byłem jego niewolnikiem. Czułem wewnętrznie, że coś jest nie tak, niemniej, nie potrafiłem tego dokładnie zdefiniować i poznać – dlatego też, pozwalałem, aby otoczenie miało na mnie wpływ, poprzez mechanizmy tak niezwykle perwersyjne, głęboko zakorzenione i powszechnie akceptowalne, że aż… uznawane przeze mnie za niemalże naturalne. Pozostawało jednak niezrozumiałe rozdrażnienie. W końcu się temu bliżej przyjrzałem – i oto co zauważam.

Podstawa: cały mechanizm MPW zasadza się na fundamencie ludzkiej tożsamości. Rodząc się na tym świecie, nie do końca wiemy i rozumiemy, kim jesteśmy – w naturalny zatem sposób dążymy zatem do samookreślenia się. Ramy dualnego świata dopuszczają dwa zasadnicze bieguny egzystencji – „dobry” i „zły”. Oczywiście, nikt z nas nie chce być „zły”, każdy pragnie być „dobry”, więc dążymy do realizacji i przejawiania tego, co dobre. I niekoniecznie tego, co dobre w naszych własnych oczach, początkowo – wykorzystując system wartości najbliższego otoczenia w którym dorastamy – czyli rodziny. Przykładów nie trzeba daleko szukać – wystarczy moment pobyć z matką zajmującą się kilkuletnim dzieckiem, aby doskonale zauważyć, jak jest ono przez nią kodowane w celu uzyskania „pożądanych” zachowań. Jesteś „dobry” kiedy wykonujesz rzeczy aprobowane i „zły” kiedy robisz coś, co nie podoba się Twoim opiekunom. Oczywiście, ten mechanizm nie dotyczy tylko dzieci – nagminnie stosowany jest także przez dorosłych ludzi.

Tutaj zauważam dwie klasyczne strategie, stosowane zwykle przez manipulantów. W pierwszej – manipulant odgyrwa rolę „pozytywnego”, „dobrego” bohatera, przypisując Ci wprost negatywne zachowania i postawy. Kilka typowych przykładów:

1) „Tak Cię mocno kocham a Ty nawet nie chcesz dla mnie (…)” i tu w miejsce kropek wstawiamy nazwę dowolnego zachowania, jakie oczekuje od nas manipulant. Oczywiście, aby nie być tym „złym”, wypełniamy wolę „dobrego”. Niezwykle często spotykane w stosunku do dzieci – oferowanie „miłości” w zamian za spełnienie określonych warunków. Nie ma to jak uderzać w najsłabszy punkt, nieprawdaż? Jak dla mnie to chyba najbardziej brutalna forma manipulacji jaką można stosować wobec dzieci.

2) Bardzo podobne do powyższego, i równie często spotykane, choć już mniej perfidne – „Tyle dla Ciebie zrobiłem, mogłabyś chociaż dla mnie (…)”. Z poczucia winy, wykonujemy co nam kazano.

3) „Mamusia cały dzień spędziła w kuchni przygotowując jedzenie, a Ty teraz nie chcesz jeść?” – ktoś się dla Ciebie napracował, a Ty to odrzucasz, podły niewdzięczniku? Przecież powinieneś być akurat głodny i mieć ochotę na to, co Ci właśnie przygotowano. Często ta manipulacja wiąże się z mniej więcej takim szantażem: „Jeśli nie zjesz, to…” i tu lista gróźb.

Jak widać na załączonym obrazku, strategia w swojej formie bardzo prosta, niemniej, często bardzo skuteczna, zwłaszcza w przypadku najmłodszych. Mam jednak silne wrażenie, że wraz z wiekiem ludzie jakby rzadziej się na nią nabierają.

Druga strategia jest bardziej wyrafinowana. Pozornie, nie jest ona kierowana w naszą stronę, gdyż obiekt manipulujący sprytnie się kamufluje… kierując ku sobie całą uwagę, zamiast na cel manipulacji, jak to było w powyższych przykładach. Ciekawe jest również to, że w tej strategii to obiekt manipulowany gra rolę tego „lepszego”!

1) „Jestem taka zmęczona, czy mógłbyś (…)” – ponieważ jesteśmy silniejsi, bardziej wypoczęci, itd. – manipulant zmusza nas do określonej aktywności

2) „Przecież masz tyle pieniędzy i dobrze zarabiasz, powinieneś Ty zapłacić/pomóc mi finansowo” – manipulant stawia się w roli biednej sierotki Marysi, jakby zapominając, że drugiemu człowiekowi pieniądze z nieba nie spadają. Będziemy „gorsi” jak nie zapłacimy, bo czyż nie należy się dzielić? Tylko, czy naprawdę będzie to słuszne i sprawiedliwe?

3) Bardziej wyrafinowana manipulacja z punktu 2 wygląda tak: „Ja gdybym miała tyle pieniędzy co Ty… (i tutaj lista jak można wg manipulanta lepiej wykorzystać pieniądze)”. Za tym kryje się ukryte przesłanie – „jesteś skąpym zgredem, powinieneś wykorzystać swoje pieniądze w sposób jaki mówię”. Pięknie zamaskowane i przebiegłe podejście do tematu.

4) Równie inteligentna manipulacja „Jesteś taki mądry, pomóż mi proszę z (…)” albo „Znasz tak dobrze język angielski, pomóż mi przetłumaczyć…”. Inteligentna dlatego, że przyjemnie łaskocze i rozpieszcza nasze ego, stawiając obiekt manipulowany w uprzywilejowanej pozycji… tylko po to, aby spełnił żądania manipulanta.

5) Manipulacje mogą dotyczyć nie tylko działań, ale także słów czy sposobu myślenia, jaki stosujemy. „Nie powinieneś tak o niej mówić” – niby dlaczego nie? Jeśli nie mam wyrażać w danej sprawie/sytuacji swojego zdania, to przepraszam, czyje zdanie mam wyrazić? Manipulanta oczywiście. Podobnie bywa z myśleniem – przykładowo, spotykałem nawiedzone duchowo indywidua, które przekonują, że wszystkie złoto się świeci – dlatego mamy obowiązek kochać i miłować wszystkich i wszędzie. Zdumiewające jednakże, że pewne niewątpliwe duchowe autorytety postępowały jednakże inaczej – Jezus bez oporów nazywał faryzeuszy „obłudnikami” czy rzucał określenia typu „plemię żmijowe”, zaś w przypisywanej Buddzie Dhammapadzie jest cały rozdział pt. „Głupiec”… Kto ma serce, niech kocha… ale kto ma rozum, niech myśli.

Manipulacje w tej kategorii często cechują się użyciem dwóch kluczowych słów – pierwsze to „powinieneś” drugie zaś… to „proszę”. O ile znowu w pierwszym przypadku manipulacja jest zauważalna, to druga zaś już znacznie mniej, sprytnie chowając się pod płaszczykiem miłej i uprzejmej prośby. Problem tylko, że prośba nie zakładająca możliwości odmowy niczym tak naprawdę nie różni się od rozkazu… Na szczęście, w miarę łatwo takie prośby rozpoznać – przede wszystkim, ich realizacja uzależnia od nas innych ludzi i zamiast pomagać dusi ich potencjał, utwierdzając w słabości, niemocy, bezsilności, itp; dwa – odmowa prośby spotyka się często z agresją pod naszym adresem – zostałem kiedyś nazwany „skurwielem” gdyż odmówiłem pomocy osobie, która w zupełnie nieodpowiedzialny sposób wpakowała się na własne życzenie w kłopoty i zupełnie nie chciała wziąć za to na siebie odpowiedzialności… Obiektywnie rzecz ujmując, nie ma co wpadać w skrajności – nie każda prośba jest manipulacją. Manipulacja występuje wówczas, kiedy działania jakie podejmujesz pod wpływem innej osoby są sprzeczne z Twoim interesem, Twoją nie zawsze jasno wyrażoną wolą, poglądami czy systemem wartości albo zwyczajnie są to dla Ciebie działania szkodliwe.

Oczywiście, wspomnieć należy o genialnym manipulancie, jakim jest Kościół Katolicki. Paradoksalnie instytucja ta ostrzega w rozmaitych publikacjach przed manipulacjami ze strony sekt, gdy tymczasem manipulacja poczuciem winy to piewsze i zasadnicze narzędzie, które stosuje do sprawowania kontroli nad swoimi wyznawcami! Jego dwa główne narzędzia to te oto dwa fundamentalne przekonania:

– wiara w Zbawienie, największa obietnica… i manipulacja Kościoła – dostąpisz Nieba tylko wówczas, jeśli przez całe życie będziesz postępował wg naszych oczekiwań i standardów; w przeciwnym wypadku czeka Cię wieczne potępienie;

– wiara w grzech pierworodny – od urodzenia jesteś „zły” i „skażony”, my zaś poprzez chrzest przynosimy Ci uwolnienie – oczywiście, nie za darmo, od dzisiaj masz obowiązek postępować wg naszych nakazów.

Rozmaitych mechanizmów MPW w kościele jest znacznie więcej, niemniej nie jest celem tego artykułu rozpisywać się na ten temat.

Na koniec, ważna informacja – jeśli znaleźliśmy się w pozycji osoby manipulowanej, warto zastanowić się nad wzorcami, które nas w takiej pozycji postawiły: poczuciem winy przede wszystkim, poczuciem wartości, samooceną i zachłannością na cudze opinie, poczuciem bycia pokrzywdzonym i wykorzystywanym przez innych (oraz prowokowaniem innych do takich działań), także przyjrzeć się wzorcom związanym z DDA.

www.elijah-blog.info/

…o wolnosci w seksie

Ten temat – ze wszystkich, jakie kiedykolwiek poruszałem, wzbudzał w ludziach najwięcej emocji.

Chodzi o wolność w związku – wolność seksualną. W miarę jak dojrzewamy, coraz jaśniejsze i wyraźniejsze staje się to, że partner nie jest naszą własnością, coraz głębiej bierzemy odpowiedzialność za siebie w rozmaitych aspektach oraz coraz głębiej zaczynamy doceniać znaczenie osobistej wolności – nawet pozostając w związku. Zostawiając jednak temat innych aspektów bycia wolnym na boku, skupmy się na tym, co, jak widzę, rozumie i akceptuje bardzo niewiele osób.

Wolność seksualna. Wspomniałem o tym kilkukrotnie różnym osobom i odebrane zostało z reguły jednoznacznie i zawsze dość podobnie – facet ma ochotę latać z „pędzlem” po całym mieście i pieprzyć wszystko, co na drzewo nie wchodzi. Tymczasem dla mnie, takie zapatrywanie na sprawę to kompletny anarchizm i niezrozumienie tematu, zaś sam postrzegam wolność seksualną jako… niezwykle cenną i korzystną rzecz, jaką możemy dać zarówno sobie jak i partnerowi.

Wróćmy zatem do punktu wyjścia, czyli klasycznego układu, w którym dwie zakochane w sobie osoby stają po raz pierwszy przed sobą, w powietrzu wiszą niebiańskie emocje, pulsuje miłość, świat nagle staje się cały różowy, a w objęciach partnera znikają wszelkie problemy. Nagle życie staje się bajką – oto znaleźliśmy tego jednego, jedynego, wybranego, najukochańszego! Czyż nie jest to piękne? Oczywiście, że jest! Dlatego staramy się zachować status quo i w imię wiecznej miłości, zakładamy sobie smycze. Smycz założona na organy płciowe siłą rzeczy musi być bardzo krótka – tak, aby druga strona sięgnąć mogła jednie nas i nikogo więcej. Tak więc, mamy dwie kochające się osoby, krępujące się wzajemnie w imię wzniosłych uczuć. Przypomina mi to trochę psa na łańcuchu – jest zupełnie wolny… w obrębie jego 2 metrowego zasięgu, ale, niech tylko spróbuje się od budy oddalić!

Płynąc dalej na oceanie miłości, para staje w końcu na ślubnym kobiercu i przyrzeka sobie miłość i wierność do końca życia. Jest pięknie i romantycznie, dla wielu – najwspanialszy moment w życiu i wówczas z ich ust pada… z reguły kłamliwa przysięga. Dlaczego? Prosta sprawa – w większości wypadków, żadne z nich nie jest na tyle samoświadome, aby potrafić przewidzieć: co będzie działo się za 30 lat, jak będzie wówczas wyglądał ich system wartości oraz kogo wówczas naprawdę będą obdarzały uczuciem. Przyrzekanie sobie wierności na całe życie jest niestety – romantycznym kłamstwem.

Oczywiście, nie jest to widoczne w 1, 2 czy 3 roku związku. Niemniej, po 10 czy 15 latach relacji niektóre rzeczy zaczynają jasno wychodzić na dzienne światło. I co się wówczas okazuje?

Przede wszystkim, czasami kilkanaście lat współżycia to wystarczający czas, aby seks z jedną osobą znudził nam się na tyle, aby zacząć rozglądać się za innymi partnerami. Początkowo przybiera to łagodne formy – nie znam mężczyzny, który będąc w związku z kobietą, NIGDY nie spojrzałby pożądliwie – choćby raz – na inną atrakcyjną kobietę, przechodzącą akurat obok w mini-spódniczce. Po prostu, takich facetów nie ma. Zresztą, statystki pokazują ciekawą rzecz – 75% osób kochając się wyobraża sobie, że robi to… z kimś innym. I wcale się nie dziwie – sidła założone, partner jest nasz tak więc… po co jakkolwiek się starać? Atrakcyjna dziewczyna nagle staje się 25 kilogramów cięższa (powodem oczywiście ciąża albo hormony, bo przecież kalorie nie biorą się z jedzenia), mężczyźnie rośnie mięsień piwny i dziwnym trafem zapomina drogę na siłownię. Kult obojętności – bo jaką mamy mieć motywację, skoro czy coś zrobimy, czy nie – i tak jesteśmy skazani na jedną jedyną osobę do końca życia?

No ale póki co – paniki nie ma i dobrze, jak temat kończy się na oglądaniu czy marzeniach. Sprawa komplikuje się wówczas, kiedy rzeczy z płaszczyzny wyobrażeń przenoszą się do realnego życia. Statystyki, które oglądałem na jednym z popularnych portali mówią – 60% kobiet zdradza. Pewnie i podobna liczba mężczyzn. Rośnie też liczba rozwodów – co mnie nie dziwi, gdyż nie ma się co czarować – w końcu, ile możemy żyć będąc związanym kłamliwymi obietnicami? To oczywiście rodzi życiowe klęski, płacz i zgrzytanie zębów, nieprzespane noce, stres, problemy zdrowotne, alkoholizm i inne kryzysy – bo jakże to, MOJA stokrotka rozkłada nogi przed innym? Albo, MÓJ jedyny i wybrany misiu nagle zauroczył się 20 lat młodszą, zgrabną koleżanką z pracy?

Wytłuściłem w powyższym akapicie zaimki dzierżawcze zupełnie nieprzypadkowo. Takie bowiem nastawienie hołdowane jest w większości związków – MÓJ partner, MOJA partnerka. Czujemy się właścicielami i posiadaczami drugiej strony, rościmy sobie prawo – tak powszechne, że dla wielu zupełnie naturalne – do podejmowania za nią decyzji i wyborów. Tymczasem, genialny mechanizm Życia skonstruowany został tak, aby powolutku otwierać nas i zapoznawać ze swoimi prawdziwymi fundamentami. I niestety, im głębszy sen – tym trudniej nam się przebudzić i otworzyć zaspane oczy – i bywa to też nieco bolesne.

Wszystko powyżej doprowadziło mnie do jednej, zasadniczej konkluzji – tradycyjne podejście do seksu w związku zwyczajnie się nie sprawdza, rodząc w miarę upływu czasu frustracje, napięcia, zniechęcenia, konflikty, zdrady i szereg innych problemów. Z tego powodu, zwrócenie partnerowi wolności w sferze seksualnej jest jednym z kolejnych etapów budzenia się świadomości i prawdziwej dojrzałości. W dojrzałym wykonaniu – przynosi ono niezmiernie wiele korzyści.

1. Odpada temat zdrady – kogo zdradzać, skoro jesteśmy wolni?

2. W pewnym sensie, każdego dnia – na nowo – dokonujemy wyborów. W klasycznym układzie, taki wybór – przypieczętowany urzędowo lub kościelnie – dokonuje się tylko raz, co zdaje się uwalniać większość ludzi od uciążliwego procesu podejmowania decyzji i wysiłku. W otwartym układzie – każdego dnia tworzymy nowy związek… nawet jeśli co dzień z tą samą osobą! To przynosi niezwykły powiew świeżości w relacji.

3. Niestety rozbija to jednocześnie iluzję poczucia zewnętrznego bezpieczeństwa, której tak mocno pragniemy (zwłaszcza kobiety), angażując się w związki. Bo co, jeśli partner wybierze inaczej? I tu rodzi się dla wielu ludzi problem, bo nagle okazuje się, że włożyć nieco wysiłku i starać się należy się nie tylko kiedy się poznajemy, flirtujemy i zaczynamy, ale przez… całe życie. I pisząc o staraniu, nie mam na myśli ciągłe zabieganie o to, jak zaspokoić partnera – ale o to, kim ja jestem, jak myślę i co robię – i to każdego dnia, nie tylko przed ślubem!

4. Przestajemy demonizować seks. Jedną z najbardziej chorych sytuacji w związku jest, kiedy po kilkunastu latach szczęśliwego, udanego związku wszystko sypie się w gruzy z powodu tego, że dowiadujemy się o wyskoku partnera podczas wyjazdu na delegację. Czy naprawdę jednorazowy seks z obcą osobą jest aż tak niesamowicie ważny i doniosły w skutkach, że potrafi przekreślić lata budowania relacji w harmonii, miłości, radości, wzajemnym zrozumieniu i szacunku? Analizując głębiej rozumiemy, że taka powszechnie przyjęta postawa… nie ma sensu.

5. Nastawienie jak powyżej nie występuje u ludzi decydujących się na otwartą relację z prostego powodu – dojrzewają oni do zrozumienia, że seks nie jest najważniejszym aspektem związku. Nie mówię też, że jest zupełnie nieistotnym – oczywiście, jest, niemniej, nie plasuje się powyżej wartości takich jak wolność, miłość, szacunek, akceptacja, harmonia, itd.

6. Pozwalając sobie na otwarty seks uwalniamy się od obawy, że może być on przyczyną rozpadu związku. Nie może, gdyż jak już wiemy, w naszej hierarchii wartości są ważniejsze rzeczy. Jeśli jednak, będąc w otwartej relacji, seks rozkłada związek… to bardzo dobrze! Oznacza to, że strona była niewystarczająco dojrzała, aby doceniać bardziej subtelne i wyrafinowane rzeczy, jakie mamy jej do zaoferowania, trochę jak w tym dowcipie – „Jeśli pożyczysz komuś 10zł i więcej go nie zobaczysz… to było warto” ;)

7. Odpada zainteresowanie, często bardzo silne i prowadzące do zdrad w klasycznym układzie, „owocem zakazanym” – po prostu, skoro jesteś wolny to nie ma już dla Ciebie niczego zakazanego. Jest to niezwykle paradoksalne i aż zdumiewające, jak wówczas może to zmienić nasze reakcje.

8. Kolejnym ciekawym paradoksem jest to, że w otwartym układzie seks poza związkiem może pogłębić więź między partnerami. Z prostej przyczyny – seks pełen miłości, z wolnego nieprzymuszonego wyboru ma zupełnie inną głębię i smak niż ten z przypadkową osobą. Rodzi się zatem sensowne pytanie – po co nam seks z innymi osobami, skoro się kochamy i jest nam dobrze? Powodów może być wiele. Przykładowo, znam kochającą się parę, która jest ze sobą od wielu lat i byli dla siebie jedynymi partnerami. Obojga od wielu lat zżera zwykła ludzka ciekawość, jak to jest z inną osobą, ale póki co, są sobie wierni – kosztem wybuchających co jakiś czas konfliktów i napięć w sferze seksu.

9. Inna sprawa, że otwarty związek wcale nie musi oznaczać, że będziemy uganiać się za nowymi doświadczeniami jak pies z wywalonym jęzorem i wciągać do łózka każdą napotkaną osobę. Takie nastawienie oznacza skrywane gdzieś głębiej problemy – i jeśli tak rzeczywiście jest, to warto się temu bliżej przyjrzeć. Wprost przeciwnie – brak kajdan i ograniczeń powoduje, że z radością wracamy i wybieramy tego samego partnera, gdyż oferuje nam jedną z najbardziej cennych rzeczy we Wszechświecie, wpisaną dogłębnie w naszą naturę: wolność.

10. I chyba najważniejsza ze wszystkich rzecz – w klasycznych układach to nie seks z innym partnerem bywa przyczyną rozpadu związku, ale to, co jest jego przykrą konsekwencją – gierki, kłamstwa, oszukiwanie siebie i drugiej strony, manipulacje, co w rezultacie prowadzi do zachwiania jednego z najważniejszych fundamentów związku – zaufania. Związek bez zaufania traci prawo bytu. W otwartym związku nie ma miejsca na takie naruszenie – gdyż będąc wolni, mamy prawo wyrażać się tak, jak nam się podoba, bez fałszywego ukrywania naszych rzeczywistych intencji. Po co zatem kłamać i manipulować? Przecież, jesteśmy wolni, nieprawdaż? Wolność w seksie oznacza również wolność i otwartość w komunikowaniu rzeczy z nim związanych. W otwartym związku seks nigdy nie naruszy fundamentu zaufania – i to jest największa korzyść otwartej relacji.

Czytając ten artykuł, można mieć wrażenie, że pominąłem jedną ważną kwestię – co, jeśli będąc w otwartym związku, partner zdecyduje się na seks z kimś innym? Przede wszystkim, jak już wiemy, nie oznacza to końca związku. Jest to doskonała okazja do wzrostu i rozwoju, przyjrzenia się swoim odczuciom z tym związanym, motywom stojącym za tym wydarzeniem oraz weryfikacji własnych poglądów, albo po prostu i zwyczajnie – nowe, interesujące i wzbogacające nas doświadczenie.

Oczywiście, otwarty związek wymaga sporej pracy nad… samym sobą, nad swoim poczuciem wartości i samooceną. W otwartych związkach nie ma miejsca na przypadek, polowanie na partnera czy desperackiego chwytania się brzytwy. Otwarty związek nie jest też – przynajmniej w moim widzeniu tematu – sytuacją, kiedy zmieniamy co drugi dzień śpimy z kimś innym – w takiej sytuacji, po co w ogóle jakikolwiek związek, skoro naszym celem są jedynie seksualne doświadczenia? Otwarty związek to związek dwojga świadomych ludzi, respektujących swoje wybory i wzajemnie szanujących prawo do wolnego, nieskrępowanego przejawiania i wyrażania się.

www.elijah-blog.info

…O ziemniaku i szczęściu zupełnie nieuwarunkowanym.

(Przyznaję: tytuł brzmi dziwnie. Ale naprawdę, nie wiem, jak ten tekst nazwać. Zacznę więc od początku.)

Wybraliśmy się dzisiaj na zakupy. Ja i Divja. Święta za kilka dni, ale nie były to zakupy przedświąteczne – ale zakupy w poszukiwaniu urodzinowego prezentu. Uściślając – prezent, zgodnie z dobrą indyjską tradycją – Divja robiła… samej sobie. Wyruszyliśmy z domu dość późno – i nagle, w środku nowo wybudowowanego centrum handlowego odebrałem sygnał od Mr Body – jeść! Tak się składa, że wybredny to specjalnie nie jestem, no ale do świni też mi nieco brakuje –wszystkiego raczej nie wciągnę; do breatharianizmu daleko mi jak do Władywostoku. W ułamku w sekundy umysł wygenerował lokalne jadłodalnie – na czele z zabójczym McDonaldem i KFC. Jako, że moim życiowym celem jest umrzeć będąc zdrowym, obie pozycje zostały tak samo szybko skreślone. Przypomiałem sobie wnet – chyba jeszcze w tej samej sekundzie – o desce ratunku, jaką jest niewielka zielona budka sprzedająca nadziewane ziemniaki – naprawdę smaczne i do tego podawane przez miłych i życzliwych ludzi. I tak jak tonący chwyta brzytwy, tak ja chwyciłem mojego ziemniaka, niebieski plastikowy widelczyk i z desperackim burczeniem brzucha zacząłem rozglądać się za ławeczką, na której możnaby lubieżnie dokonać aktu konsumpcji.

(Jeśli jeszcze nie zamknąłeś okienka przeglądarki, to znaczy że cnotę cierpliwości masz całkiem dobrze rozwiniętą ;) – tymczasem obiecuję, że już dochodzimy do sedna.)

Ławka zlokalizowana, miejsce zajęte, Divja – jako że jadłem sam – wyprawiona na misję penetracji okolicznych sklepów i zacząłem karmić wygłodniałego smoka, który wydawało się, że przejściowo we mnie zamieszkiwał. Jako że siedziałem w dość ruchliwym miejscu – ludzie zdawali się chodzić dosłownie we wszystkie strony, już po kilku sekundach zacząłem obserwować zbierające się we mnie wątpliwości, że ktoś niechcący mnie potrąci i potrawa wyląduje na chodniku. Siedząca we mnie głodna bestia wzburzyła się na taką myśl – przez głowę przewinęło mi się kilka scenariuszy tego zdarzenia, wraz z dialogami jak wyciągam od delikwenta pieniądze za wyrządzoną szkodę, których finał był zawsze ten sam – wracam do budki, biorę następnego ziemniaka i kontunuuję jedzenie. Tak, jestem stanowczy jak sarmata – jak już postanowię, że się najem, to się najem!

(Wiem, wiem, miało być sedno, no ale… skoro Sienkiewicz spłodził kilkustronicowy opis Juranda stojącego pod bramą krzyżackiego zamku i zostało mu to wybaczone, to chyba nie będzie problemów z tym krótkim wstępem, no nie?)

Przyznam szczerze – nie lubię jeść w centrach handlowych. A kto lubi? Są tłoczne, głośne i energię mają czasami zamieszaną i mętną jak woda w Wiśle na wysokości Płocka. Czasami zaskakuje mnie liczba ludzi przesiadujących w znajdujących się tam knajpkach – prawdopodobne, że nauka kiedyś nazwie takich ludzi ‘fastfoodocentrofilami’ a ktoś zrobi na tym doktorat. I dobrze, niech nauka służy światu. Tymczasem poczułem się lekko zmęczony przewalającymi się przez głowę myślami i całym tym otoczeniem.

I nagle – pstryk. Wyłączyłem umysł i znalazłem się w wewnętrznej przestrzeni ciszy i spokoju.

Byłem tylko ja, ławka i ziemniak, coż za niezwykle intymne zbliżenie.

I poczułem sie szczęśliwy, bo pozwoliłem sobie być szczęśliwym.
Tutaj można zastanawiać się, czym jest szczęście, ale ja skonczylem marketing a nie filozofie, wiec nie będę tego opisywał na setkach stron, a odpowiem jak na absolwenta uczelni z końca rankingów przystało. Po prostu, poczułem się wspaniale – wyłączyłem kreatora wątpliwości, interpretatora i władcę doraźnej rzeczywistości i pozwoliłem sobie na bycie w danym momencie z tym, co akurat mam w ręku – bez oceniania i wydawania bezapelacyjnych wyroków.
I nie sądźcie proszę po pozorach – ja nie mam nic przeciwko umysłowi ani ocenom. Wprost przeciwnie – mózg to mój drugi ulubiony organ. ;) Sfera mentalna którą on tworzy, w której funkcjonuje i którą w zasadzie jest, to niezwykle ważna i istotna część Rzeczywistości. Bez geniuszu umysłu ziemniak sam nigdy by nie dotarł do centrum handlowego, nikt by go nie odpowiednio nie przyrządził, nikt by mi go nie sprzedał, nie miałbym ławki na której mógłbym usiąść, gdyż nikt by nie pomyślał jak ją stworzyć, ani też nie miałbym w ręku tego badziewnego i jak zgaduję, zupełnie nieekologicznego niebieskiego widelczyka, który będzie się rozkładał przez następne tysiące lat.

Problem jedynie w tym, że umysł – wbrew temu co sądzi zdecydowana większość populacji – nie jest kreatorem szczęścia. Szczęście po prostu JEST – zaś umysł działa jak filtr, dostrajając albo do stanu szczęscia albo do stworzonego przez siebie jego zaprzeczenia – czyli tak zwanego nieszczęścia w najrozmaitszej postaci. Na filtr zaś składają sie najrozmaitsze czynniki, jak wyznawane poglądy, religia, wiara, pieniądze, praca, wpojone przekonania, schematy działania, relacja partnerska, opinie, oczekiwania otoczenia, rodziców, rola i miejsce w społeczeństwie, wyniki w nauce, itd. – lista jest niemalże tak długa, jak bardzo kreatywny umysł potrafi być. Każda z tych rzeczy jest filtrem, który warunkuje nasze doznanie szczęscia – jeśli warunek jest spełniony, to jesteśmy szczęśliwi; jesli nie – to umysł nie pozwala nam szczęścia doświadczyć.

Skupmy się, przykładowo, na filtrach finansowych, które determinują pewne aspekty dośwadczania szczęścia i załóżmy, że mamy właśnie w ręku 1000 jenów-szterlingów. I mały test – dajemy je przypadkowemu przechodniowi. Jeśli kwota ta trafi w ręce osoby zarabiającej 10 jenów-szterlingów miesięcznie, wywoła niesamowity przypływ radości – filtr jej umysłu uzna to za doświadczenie pozytywne i dlatego pozwoli BYĆ szczęśliwym. Jeśli jednak byłby to posępny multi-jeno-szterlingo-miloner, taka kwota zasadniczo nie wpłynie na jego doznanie szczęścia, gdyż system wartości i parametry filtrów ustawione ma inaczej.

Tak więc, jedząc ziemniaka w centrum handlowym, wyłączyłem zbyteczne filtry i rozważałem sobie wszystkie restauracje, w których było mi dane przebywać i jakie zapisały się w mojej pamięci. I co? I nic, naprawdę, zupełnie nic, mimo tych wszystkich myśli, nadal byłem spokojny, wyciszony i wewnętrznie szczęsliwy, choć praktycznie każde z przypomnianych miejsc było znacznie ładnejsze, ciekawsze i przyjemniejsze od obecnego. I być może normalnie myślący człowiek zada pytanie: ziemniak ziemniakiem, ale co kiedy odszedł partner, ciało dręczy choroba, wywalono mnie z pracy a krwiopijczy komornik trzma nóż na gardle? Moim skromnym zdaniem, nawet wówczas można pozwolić sobie być szczęśliwym, gdyż po pierwsze szczęście to coś, co po prostu JEST – jego źródło istnieje poza umysłem, choć niewątpliwie czasami trudniej wyłączyć wpojone uwarunkowania. Druga sprawa, to warto w takiej sytuacji poznać zdolności twórcze naszego potencjalnie największego sprzymierzeńca – czyli umysłu. Tylko, że to zupełnie odrębny temat, a tymczasem wszystkim polecam nauki Huny, które doskonale zagadnienie te objaśniają.

I tak oto, w telegraficznym skrócie, przedstawiona została istota nieuwarunkowanego szczęścia, o której nauczało wielu duchowych mistrzów przez wiele tysięcy lat. Proste jak drut w kieszeni, nieprawdaż?

Na koniec, pytania, jakie wypada sobie zadać aby wyciągnąć z tego bazgrolenia jakieś osobiste korzyści: jakie są moje filtry? Jakie bariery umysłu nie pozwalają mi właśnie teraz, w tej chwili doświadczać szczęścia?
Tak naprawdę, jedyną barierę tworzę ja sam i ewentualnie kapusta w mojej głowie. I ja sam mam siłę jej zniesienia i zmiany – o ile stanę się panem swojego umysłu, tj.wtedy, kiedy służący przestanie w końcu rządzić, a drożdżowym ekskrementom odebrana zostanie moc. Tak więc, czas na zmiany! Pstryk! :-)

http://www.elijah-blog.info/

Działanie z umysłu

Wiele jest tekstów i inspiracji w rozwoju duchowym poświęconych umysłowi. Co chwila słyszy się to słowo. Umysł taki, umysł owaki. Ogólnie wychodzi na to, że ten twór jest czymś dziwnym, nieduchowym, a nawet złym. Różnie to z umysłem bywa. Cały czas się gdzieś przeplata, zawsze nam towarzyszy. Dochodzi jeszcze dualizm: serce i umysł, co właściwie tylko utwierdza w przekonaniu, ze ten intelekt to coś gorszego. Tu wielu ludzi zaczyna się gubić, nie wie co z umysłem począć, słuchać czy nie słuchać. Ogólna moda duchowa jest utrzymana w jednym tonie – słuchaj serca, odrzuć umysł. Czy faktycznie? Warto przyjrzeć się temu bliżej.

Pole mentalne

Na początku spójrzmy na człowieka jako całość. Nie ma podziału na umysł i nie-umysł. Jest jedno pole energii, które wibruje w przestrzeni. Nie ma tu rozdzielenia na umysł, ciało, dusze czy serce. Jest całość – istota ludzka, która jest wachlarzem różnych wibracji. Od najniszych cielesnych, po wysokie „duchowe”. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim balansuje wibracja tego, co zostało nazwane umysłem.

Pole mentalne człowieka jest po prostu pewną częstotliwością energii, które wchodzi w całość istoty ludzkiej. Pole to w porwnaniu do energii uczuć ma wyższe wibracje. Warto na to zwrócić uwagę. Sama myśl jest bardzo czysta. Jest to piękny twór w przestrzeni. Bardzo jasny i posiadający przejrzystą formę. Nie jest co prawda tak kolorowy i silny jak ruch energii astralnej (uczuć), jednak jest o wiele bardziej subtelny, delikatny i przyjemniejszy w doświadczaniu. Energia ta ma wysoką częstotliwość co sprawia, że przenika ona wszystkie niższe i gęstrze ciała. Pole mentalne jest większe od postaci fizycznej człowieka i zawiera w sobie wszystkie pozostałe pola – astralne, eteryczne i fizyczne.

Można powiedzieć, że ewolucja skoczyła na wyższy poziom tworząc umysł i myśli. Przykładowo pole energetyczne zwierząt nie jest wykształcone na tyle by objąć wibracje planu mentalnego. Po prostu w ich ciałach nie ma energii wibrującej z taką prędkością. Zwierzęta mają rozwinięte energie uczuć i dopiero zaczynają doświadczać myśli. Są to takie mgliste próby użycia uczuć do analizy sytuacji, jednak nie potrafią uświadomić sobie danej rzeczy na wyższym poziomie. Nie mogą stworzyć odbicia rzeczywistości na polu mentalnym, tym samym nie mogą rozumieć (zdawać sobie sprawy z istnienia). Ich pole dopiero zaczyna wibrować częstotliwością myśli. Większość ruchu odbywa się na planie astralnym. Po prostu czują, nie rozumiejąc dokładnie co. Warto zwrócić uwagę, że świadomość zwierzęcia jest na poziomie uczuć. To uczucia pobudzają do działania. Można to przyrównać do pierwotnego instytnku, który jest nieopanowany. Zwierze czuje – zwierze robi. Występuje tu pełna zgodność działania, ale i brak wyboru.

Rozumienie

Kolejnym krokiem w ewolucji jest umysł – manifestają fizyczną, która obejmuje częstotliwość energii mentalnej jest człowiek. Tu pojawia się doświadczanie myśli. Pojawia się to co zwiemy „rozumieniem”. Rozumienie jest postrzeganiem myślokształtu stworzonego na podstawie obserwacji planu materialnego. W umyśle powstaje obraz tego, co widzimy, jednak nie jest to zwykły obraz. On zawiera w sobie wiele aspektów widzianej rzeczy. Im więcej aspektów, tym większe rozumienie tego, co się widzi. Przykładowo spojrzawszy pierwszy raz na klocek, dziecko dostrzega kształt i kolor… nic więcej. Rozumienie klocka jest ograniczone do kształtu i koloru. Jednak gdy zacznie dotykać, rzucać, smakować, próbować działać, obraz klocka na planie mentalnym zaczyna się klarować. Dziecko zaczyna coraz bardziej rozumieć naturę klocka. Powstaje obraz zawierający wiele aspektów. Ulokowane w pamięci dane mogą być używane do tworzenia mentalnego obrazu. Dzięki takiemu rozumieniu dziecko może do woli przekształcać obraz w umyśle, wyobrażać sobie do czego może wykorzystać klocek i tym samym osiągać pewne cele. Im większe rozumienie (szersze postrzeganie na planie mentalnym) tym więcej możliwości działania. Jeśli dziecko się stanie większe, może dostrzec przyczyny powstania klocka, również jego cel i skutek. Tym samym pozna go całkowicie. Takie zrozumienie zaczyna być doświadczane na polu przyczynowym. Narazie zajmijmy się mentalnym – umysłem.

Gdy na polu mentalnym powstanie pewien obraz, może on być swobodnie przekształcany, dzięki czemu jest możliwość przewidywania czy też świadomego przypominania sobie przeszłości. Po prostu w umyśle tworzy się pewna wizja, zmodyfikowana kopia materii lub jak kto woli – świat iluzji. Jest to również naturalne. Jeśli jest poznanie tylko z jednej strony, odbicie na planie mentalnym jest niepełne. Człowiek nie rozumie danej rzeczy i naturalnie dąży do poznania drugiej strony. Przykładowo czując szczęście nie zrozumie go gdy nigdy nie zaznał bólu.

Warto też wspomnieć, że na polu mentalnym również tworzą się odpowiedniki astralnych rzeczy. Tak mogą być zrozumiane uczucia czy też emocje. Jeśli one są poznane i zrozumiane, stają się „przyjaciółmi”, gdy zaś są nierozumiane, mogą utrudnić życie. Warto więc świadomie obserwować wszystko co jest w polu człowieka. Dzięki temu tworzy się na polu mentalnym jasna wizja tego, co jest. Powstaje zrozumienie tego świata, a co za tym idzie ogromna akceptacja i czysta radość z istnienia. Akceptacja może być nazwana synonimem zrozumienia. Im bardziej człowiek rozumie, tym bardziej akceptuje. Jest to naturalny proces.

Działanie z intelektu – Piękno logiki

Umiejętność tworzenia myślokształtów (czyli ogólnie myślenia) może stać się błogosławieństwem lub przekleństwem. Można używać umysłu czysto i tworzyć jasne myślokształty, można też tworzyć cuda niewidy i zrobić sobie bigos (tzw. dysharmonia życia). To często przynosi cierpienie. Przede wszystkim obraz poznawanych rzeczy nie jest pełny. Nie ma pełnego zrozumienia. Przeciętny człowiek nie rozumie własnych uczuć, nie potrzega ich jasno. Nie wie czym one są, nie wie jakie są ich przyczyny, wygląd i skutki. Co najwyżej postrzega to mgliście. Również z rozumieniem otaczającego świata nie jest najlepiej. Ludzie coś tam rozumieją, coś tam widzą, wyciągają jakieś wnioski, jednak jest to obraz bardzo cząstkowy. Dlatego też podejmowane decyzje nie są optymalne. Jeśli się nie ma wystarczająco jasnego poglądu na świat, trudno dokonywać właściwych wyborów. Jedynym kryteruim wyboru staje się własne czucie, a z tym to w ogóle różnie bywa. Większość uczuć jest powodowanych wcześniejszymi uwarunkowaniami, więc działamy na tyle, na ile pozwolą nam nasze programy. Wybory podejmowane pod wpływem emocji, uczuć i uwarunkowań nie koniecznie muszą być trafne. Najczęściej nie są, a to dlatego, że podświadomość nie jest oczyszczona. I nie pomogą tu słowa mistrzów duchowych nawołujących do podążania za uczuciami, jeśli uczucia są uwarunkowane negatywnymi wzorcami. Warto być tego świadomym.

Przykładem może być osoba, która czuje entuzjazm do gier hazardwych. I cała podświadomość cieszy się, wyzwala pełno pozytywnych emocji i człowiek za tym idzie – stawia wszystko na jedną kartę. I choć umysł logicznie myślący zaniechałby takiego działania (analizując prawdopodobieństwo), to człowiek działa i traci wszystko. Staje się smutny, ponieważ nie osiągnął celu. Jest to sytuacja czysto teoretyczna, ułatwiająca zrozumienie. Analogicznie może się dziać w związkach partnerskich, w poszukiwaniu pracy czy jakiejkolwiek dziedzinie życia.

Umysłu warto używać jasno i czysto. Do tego bowiem został stworzony. Logika nadaje się doskonale do życia w tym świecie. Cały właściwie świat jest doskonale logiczny i jasny. Wystarczy tylko jasno na niego spojrzeć. Zrozumieć. Wszystko jest doskonale proste i rządzi się pewnymi prawami. Wystarczy tylko widzieć te prawa i umiejętnie z nich korzystać. Nic więcej, nic mniej. Najszybszą drogą zrozumienia świata i jego prawidłowości jest obserwacja – tak zwane uważne życie. Po pewnym czasie takiego uważnego istnienia, obraz świata zaczyna się klarować. Wszystko staje się jasne i proste. Wtedy można działać czysto używając właśnie umysłu. Człowiek wyzwala się z programów podświadomości, nie działa już uwarunkowany (jak zwięrzęta), ale działa świadomie. Używając umysłu jako narzędzia do działania można na prawde wiele zdziałać – wszak myśl sama w sobie ma wysokie wibracje.

Przykładowo chcę coś osiągnąć – analizuję sytuację, znam skutki moich działań, znam moje możliwości, wszystko postrzegam jasno. Wystarczy po prostu obmyśleć optymalny plan działania i zwyczajnie działać. Żadna wyższa filozofia czy ezoteryczna tajemnica. Tworząc przyczyny osiąga się odpowiednie skutki… i niczego się tu nie oszuka. Wszechświat jest doskonale prosty. Logiczne rozumienie jest bardzo użyteczne, jeśli nie jest zabarwione podświadomymi programami typu lęki, niepewności, awersje, pragnienia i pożądania. Samo czyste myślenie jest na prawdę potężnym narzędziem, które doskonale nadaje się do działania w tym świecie.

Wszystko co wychodzi z czystego umysłu jest w harmonii z tą materią i ruchem wszechświata. Na tym opierają się wszystkie genialne wynalazki czy ogólny postęp filozoficzny. Najprostrzym przykładem czystego użycia umysłu jest rozwiązanie zagadki logicznej (najpierw oczywiście przez umysł stworzonej). Jest pewna zagadka, są pewne prawidłowości (które są całkowicie znane) i wystarczy pomyśleć. Czyli stworzyć odbicie zagadki na planie mentalnym i odpowiednio przekształcić. Jasne i proste działanie. Brak emocji i podświadomych uwarunkowań. To właśnie można nazwać działaniem samego intelektu. Umysł może działać analogicznie w tym świecie. Im więcej zna prawidłowości, im lepiej określi siebie, tym lepiej i efektywniej może działać prowadząc istotę do spełnienia.

Obserwując ten świat człowiek uczy się jego zasad. Co więcej im większe zrozumienie i czystość postrzegania, tym większy kontakt z intuicją. Można nawet powiedzieć, że pole mentalne rozwija się dalej w kierunku intuicji. Nie jest to instynkt ani podświadome programy… jest to ponad mentalne zrozumienie. Można to przyrównać do logiki, jednak o wiele bardziej bezpośrednie i zawierające doskonałe zrozumienie.

Intuicja, a podświadomość.

Tu warto wspomnieć o jednej rzeczy. Intuicja nie jest równoznaczna z podświadomymi programami. Choć na pierwszy rzut oka można tak to odebrać. W końcu oba sygnały są odczuciami… a przecież powszechnie wiadomo, że trzeba za odczuciami iść. Warto odróżnić uczucia pochodzące z programów podświadomości od sygnałów intuicji. Przede wszystkim warto zrozumieć czym są te wyuczone programy. Najprościej rzecz biorąc, są to zniekształcone odbicia rzeczy na planie astralnym. Podświadomość tworzy obraz każdej postrzeganej rzeczy, ustosunkowując się do niej emocjonalnie. Nie są to rzeczy rozumiane, ale odczuwane. Postrzenganie astralne nie jest tak czyste jak na planie mentalnym. Odbicia rzeczy w astralu są zniekształcone i najczęściej naładowane uczuciami/emocjami. Przykładem może być czucie silnego pragnienia by coś posiadać. Po prostu człowiek to chce mieć, dąży do tego za wszelką cenę – bo tak czuje. Nie rozumie, ze dana rzecz nie jest naprawdę potrzebna do szczęścia, po prostu chce i koniec. Poddaje się pragnieniu i działa bardziej instynktownie. Po osiągnięciu celu okazuje się, że wcale tak miło nie jest, a pragnienia nie zostały do końca zaspokojone. Patrząc przez emocje trudno dokonywać trafnych wyborów, czyli takich, które są zgodne z osobistymi deklaracjami. O wiele łatwiej jest dokonywać wyborów posługując się polem mentalnym, czyli rozumiejąc logicznie i podejmując właściwe decyzje.

Tu właśnie zbliżamy się do intuicji. Podstawową cechą intuicji jest „nadświadome rozumienie”. Jest to zrozumienie przyczyn i skuktów, zrozumienie rzeczy na wyższym planie, całościowo. Są to bardzo subtelne odczucia nie mające nic wspólnego z silniejszymi emocjami i uwarunkowanymi uczuciami. Są to bardzo delikatne sygnały kierunku w jakim najoptymalniej jest podążać. Nie w kierunku wyuczonych pragnień, ale w kierunku na prawdę optymalnym dla nas na daną chwilę. Ten kierunek jest właśnie wyznaczany przez intuicję i wywodzi się z nadświadomego zrozumienia.
Intuicja jest jeszcze subtelniejszą energią niż pole mentalne. O ile decyzje pochodzące z logiki okazują się trafne (gdy zostaną poznane zasady świata), o tyle decyzje biorące się z intuicji są jeszcze trafniejsze – właściwie doskonałe. Dzieje się tak dlatego, że intuicja jest wyższym planem i rozumienie intuicyjne jest jeszcze szersze, co za tym idzie pełniejsze. Wszystko jest jeszcze prostrze i jaśniejsze, niemal oczywiste. Pole widzenia jest ogromne, dlatego daje możliwość niemalże doskonałego działania. Intuicja jest związana z ciałem przyczynowym człowieka (i wyższymi). Jeśli człowiek ma rozwinięte ciało przyczynowe (te nad mentalnym), ma rozwiniętą intuicję. Oczywiście sygnały mogą dochodzić z wyższych planów, nie tylko z przyczynowego. Im wyższy plan tym wyższa jakość odpowiedzi. Jednak człowiek na aktualnym poziomie rozwoju rzadko kiedy doświadcza inspiracji z wyższych planów niż przyczynowy – choć i tak jest bardzo dobrze.

Z poziomu intuicji czuć, że wszystko jest jasne i zrozumiałe – oczywiste. Nie trzeba się zastanawiać nad wyborami, nie trzeba analizować logicznie. Cały proces wyborów przychodzi jeszcze szybciej, niemalże natychmiastowo wybiera się najbardziej optymalną opcję. Niektórzy mówią na to boskie prowadzenie, co jest trafną nazwą. Jeśli intuicję nazwać głosem serca, to jest jak najbardziej słuszna droga, która prowadzi do samorealizacji.

Serce i umysł

Wracając do umysłu i serca. Nie jest ważne czym się kierujesz. Każda droga ma swój czas i miejsce. Rozwój następuje samoistnie. Jeśli stwierdzisz, że warto posługiwać się umysłem – korzystaj więc z umysłu. Jeśli poczujesz pragnienie, możesz iść za pragnieniem. Jeśli czujesz intuicyjne zrozumienie – idź za tą inspiracją. Tu nie ma wyznaczników jakości czy prawidłowości. Działasz jak chcesz tworząc własną i unikalną drogę – własny wzór poznania tej rzeczywistości.

Umysłu warto słuchać tak samo jak serca. Czysty umysł prowadzi do szczęśliwości. Podobnie jak czyste serce (uczucia intuicyjne). Umysł nie mający czystej i pełnej wizji tej rzeczywistości może wyprowadzić w maliny (co też nie jest złe :) ). Zanieczyszczona podświadomość również nie doprowadzi do szczęścia. Nie ma tu więc różnic. Działaj jak uważasz za słuszne. Korzystaj ze wszystkich znanych narzędzi by osiągnąć to co chcesz. W taki sposób następuje samorealizacja, czyli wypełnienie swego sensu istnienia.

Po pewnym czasie da się zauważyć wspaniałą rzecz. Umysł zaczyna współpracować z sercem. Uczucia zaczynają dopełniać logiczne działanie intelektu. Całość istoty ludzkiej zaczyna wibrować coraz bardziej spójnie i harmonijnie – w szerokim spektrum wibracji. Następuje swego rodzaju pełnia – iluminacja istnienia. To w tym punkcie istota ludzka rozkwita w pełni, działając doskonale w doskonałym świecie.
Jesteś kreatorem. Wybór należy do Ciebie. :)

…o egzorcyzmach w pytaniach i odpowiedziach

Niniejszy tekst powstał jako inspiracja dla osób, które odkrywając prawdę o Rzeczywistości stykają się z nieznanymi dla nich zjawiskami demonów, duchów, opętań. Tematy te, często wypaczane lub niezrozumiałe, niepotrzebnie budzą lęk i strach. Tymczasem, nie taki diabeł straszny, jak go malują!

Czy egzorcyzmy to relikt poprzednich epok?

Egzorcyzmy sa znane ludzkości od dawien dawna. Egzorcyści, demony, opętania – tematy te znane są i rozpatrywane w praktycznie każdej religii i systemie wierzeń. Wydawać się by jednak mogło, że cywilizacja zachodnia temat ten traktuje po macoszemu. Chwilowe odejście i zwrócenie się w stronę materialnego racjonalizmu nie będzie w stanie trwale przyćmić duchowego wymiaru naszego istnienia. Dlatego z radością oberwuję, że w ostatnich latach daje się zauważyć rosnące zainteresowanie wpływem aspektów duchowych na zdrowie człowieka i dotyczy to również tematu opętań. Brytyjski Channel Four zaprezentował relacje na żywo z egzorcyzmowania, w USA coraz więcej poważnych szkół medycznych uczy ‘duchowej medycyny’, psychiatrzy zaś rozpatrują możliwość wpływu czynnika zewnętrznego jako przyczyny złego stanu pacjenta. Naturalna, wewnętrzna mądrość dochodzi ponownie do głosu, powoli przywracając do równowagi ducha zachodniej cywilizacji :-)

Coś tam wiem, widziałem wiele filmów o opętaniach!

Wygląda na to, że wiedza współczesnego, nowoczesnego człowieka na temat egzorcyzmów w zdecydowanej większości przypadków pochodzi z… horrorów. Umiejętnie budowana fabuła, efekty specjalne, klimatyczna muzyka oraz ryczące, opętujące demony i… odnosi się wrażenie, że opętania i egzorcyzmy to jedynie wymysł twórców kina, stworzony aby wywoływać silne emocje. Czerpanie wiedzy i budowanie przekonań na bazie takich filmów jest tym niemalże tym samym, co pokazywanie scen pościgów adeptom kursu prawa jazdy. Łatwo wówczas zrozumieć, że w życiu sprawy wyglądają inaczej.

Dobrze, czym zatem jest egzorcyzm?

Egzorcyzm jest działaniem dla Najwyższego Dobra człowieka, który znalazł się pod wpływem istoty opętującej. Celem egzorcyzmu jest uwolnienie osoby od tego wpływu. Egzorcyzmy wykonuje się również w celu oczyszczania miejsc od niepożądanych wpływów astralnych.

Czy egzorcyzm jest walką (z szatanem, duchem, astralną larwą)?

Absolutnie nie! Walcząc potencjalnie schodzisz na poziom istoty opętującej. Egzorcyzm jest wyrazem Najwyższego Dobra, a to oznacza działanie i przebywanie w harmonii, miłości i zrozumieniu. Z tego miejsca działa skuteczny egzorcysta. Wibracje walki i napięcie z nimi zwiazane to inna sfera doświadczenia. Wykonywanie egzorcyzmu ‘na siłę’ jest najczęstszą przyczyną niepowodzenia.

Kim jest egzorcysta?

Egzorcysta to osoba wykonująca egzorcyzm :-) Przy udziale egzorcysty i poprzez niego dochodzi do wyrażenia Najwyższej Boskiej Woli i realizacji Jedności.

 

Czy egzorcysta musi być kapłanem? Jaka jest różnica miedzy świeckim egzorcysta a kościelnym?

Egzorcysta świecki to egzorcysta spoza kościelnej hierarchii. W pewnych tradycjach istnieją przekonania, że istnieje grupa ludzi których Bóg (tutaj wstaw słowo, które najbardziej Ci odpowiada – Jezus, Allah, Jehowa, Brahman, Tao, Światowid, itd.) wybrał do wypełniania zadań specjalnych w jego imieniu. Ci ludzie czują sie często lepsi od innych i na tej podstawie oceniają innych jako gorszych, niezdolnych czy niegodnych pewnych funkcji itd. Ten mechanizm działa i działał od tysiącleci, warto go zauważyć… i zaakceptować.

Czy każdy może wykonywać egzorcyzmy?

Potencjalnie tak. Każdy prawdziwie Boski nauczyciel, jaki chodził po tej planecie stawiał sprawę jasno – ja jestem Tym i Ty też Tym jesteś. Jezus powiedział: Bogami jesteście. Jesteście więc, niezależnie od jakichkolwiek innych warunków, wiary, przekonań czy umiejętności. Jak mówił Babaji, każda Boska cnota i zaleta jest już w Tobie – wystarczy pozwolić aby się przejawiła. Tak więc Ty, ja i każdy, kto poczuje się wewnętrznie silny jest w stanie prawidłowo wykonać egzorcyzm i pomóc drugiemu człowiekowi. Oczywiście, nic na siłę – jeśli masz wewętrzne wątpliwości, to lepiej zwrócić się do kogoś o pomoc, w końcu, nie żyjemy na jednoosobowych planetach :)

Czym jest opętanie?

Dwie kluczowe rzeczy charakteryzujące opętanie to:

a) jest to zaburzenie woli człowieka przez istotę astralną

b) opętanie ma naturę pasożytniczą – głównym zamiarem istoty opętującej jest wykorzystanie człowieka do własnych celów, głównie jako źródła energii

Dlaczego opętanie jest zaburzeniem woli?

W każdym przypadku opętania, człowiek znajduje się pod wpływem istoty wykorzystującej go do swoich celów. Aby było to możliwe, wola człowieka musi zostać nagięta i podporządkowana woli istoty opętującej. Jeśli całość woli, wyborów i decyzji człowieka określić jako 100%, to przy pomocy wahadła można stwierdzić, jaki jej procent uległ wpływowi zewnętrznemu:

a) 0% oznacza osobę wolną od wpływu astralnego

b) 1-3% to opętania słabe, gdzie wpływ astralny bywa słabo widoczny. Osoba albo jej otoczenie widzą problem, niemniej jako źródło często wskazywane są rozmaite czynniki psychologiczne czy inne uwarunkowania zewnętrzne. Takie opętania są najczęstsze – istota opętująca może pasożytować praktycznie niezauważalna przez długi czas

c) 4-10% to opętania silne, gdzie wpływ istoty zewnętrznej jest bardzo wyraźny i w istotny sposób wpływa na życie żywiciela.

d) 11% i więcej to opętania, gdzie stwierdzenie wpływu astralnego możliwe jest praktycznie przez każdego, gdyż zachowanie człowieka jest bardzo silnie uwarunkowane przez istotę z zewnątrz. Może dojść do chwilowej utraty kontroli i panowania nad ciałem fizycznym, emocjami, zachowaniami i poważnych zaburzeń w relacjach z ludźmi. Często osoby z zaburzeniami o takiej sile klasyfikowane są jako chore psychiczne.

e) A także przypadki skrajne, niezmiernie rzadko spotykane – jak np. słynne opętanie Emily Rose, gdzie wolna wola osoby była zaburzona w kilkudziesięciu procentach, dochodząc nawet do 100%, gdzie świadomy kontakt z człowiekiem jest praktycznie niemożliwy.

Co oznacza, że opętanie ma naturę pasożytniczą?

Istoty opętujące sa odcięte od źródła Boskościw sobie, a przez to, pozbawione możliwości czerpania energii niezbędnej do życia ze Źródła. Z tego powodu, konieczne jest jej zapewnienie z zewnątrz, zaś człowiek często jest jej najlepszym źródłem (choć mogą to też być i zwierzęta). Człowiek opętany zasila istotę astralną, astralna istota zaś prowokuje człowieka do działań, które mają na celu wyzwolenie energii, której ona potrzebuje.

Dlaczego dochodzi do opętania?

Pierwsza najważniejsza sprawa – sedno opętania zasadza się zawsze na braku świadomości, świadomości Boskości i różnorakich jej aspektów. Dotyczy to zarówno istoty opętującej jak i opętanej. I to właściwie zawiera wszystkie możliwe odpowiedzi na powyższe pytanie ;-)

Pamiętajmy, że opętanie ma zawsze jakiś sens. Wielu egzorcystów po prostu wyrzuca złe duchy bez zrozumienia ich intencji i przyczyn które całą sytuację stworzyły. I w porządku, niewątpliwie są skuteczni w tym co robią, i niektórzy nawet sami przyznają, że wyrzucona istota prędzej czy później znajduje kolejną ofiarę… Dotarcie do przyczyny nie jest konieczne, co prawda, ale w wielu przypadkach bardzo skutecznie pomaga nie tylko opętanemu… ale i opętującemu. I o ile w przypadku prostych, zwierzęcych tworów astralnych ma to mniejsze znaczenie, to znacznie istotniejsze bywa to w wypadku zmarłych ludzi. Jeśli opętują, to są z reguły to zagubione dusze, z którymi warto spróbować nawiązać kontakt, zrozumieć przyczyny ich działania, a następnie z miłością, ale i pewnie przekonać do odejścia w stronę Światła i puszczenia ziemskiej płaszczyzny. I jeśli zmarły nie zapiera się twardo jak osioł (szanujmy jego wolę!), to zwykle prędzej czy później odchodzi, zwykle przenosząc się w bardziej subtelne i harmonijne obszary astralne (np. do Nieba ).

Co tak naprawdę opętuje?

Gdyby tak przejrzeć dostępne źródła pod kątem demonologii, znaleźlibyśmy dziesiątki rozmaitych opisów, klasyfikacji i hierarchii istot niecielesnych, różnie nazywanych w różnych wierzeniach. Bardzo fajne są nazwy demonów w islamie, ale to tak na marginesie ;)

Dla mnie, najważniejsze są dwie grupy istot:

a) Istoty astralne – sztuczne twory astralne, które powstały i funkcjonują na tej płaszczyźnie, często bardzo różniące się od siebie metodami i siłą oddziaływania

b) Ludzie w postaci bezcielesnej – czyli zmarli, którzy opuścili swoje ciała, pozostają jednak przy ziemskiej rzeczywistości

Kolejna grupa to istoty pochodzenia pozaziemskiego – niestety, nie miałem jeszcze przyjemności egzorcyzmować człowieka opętanego przez taką istotę, z pewnego źródła zaś wiem, że takie cos miało miejsce.

Jak ciekawostkę wspomnę innego rodzaju „opętanie” – o ile takiego słowa można użyć w tym wypadku. Jest to „opętanie” przez wzorce z własnych poprzednich wcieleń. Pod wpływem różnych zewnętrznych wydarzeń, na zewnątrz osobowości człowieka przedostają się i zaczynają dominować wzorce zachowań zapamiętane i przeniesione z poprzednich wcieleń. Ponieważ nie ma tu wyraźnie istoty zewnętrznej, która miałaby na nas wpływać, nie jest to typowe opętanie, choć można dostrzec pewne podobieństwa w zachowaniu osoby opętanej i „opętanej” przez własne wzorce.

Czym się różni opętanie przez istotę astralną od opętania przez człowieka?

Różnice są spore i jest ich wiele. Przede wszystkim, różna jest sama natura tych dwóch istot. Demoniczne istoty astralne, niezależnie od siły wpływu, wydają się w swojej naturze przypominać kierowane instynktami zwierzęta, choć i one różnią się inteligencją. Ludzie, po śmierci i bez ciała, nadal pozostają ludźmi wraz ze wszystkimi swoimi emocjami, lękami, nieuświadomionymi wzorcami i inteligencją. Opętanie przez istotę astralną wynika z jej natury – po prostu, ona tak działa i funcjonuje, podobnie jak komar wyssysając krew bez zgłębiania przyczyn i intencji swojego działania. W przypadku ludzi sprawa wygląda nieco inaczej, gdyż zwykle posiadając inteligencję na wyższym poziomie niż astral, mają możliwość wyboru kierunku swojego działania. Przyczepiając się do żywych ludzi kierują się często motywami zemsty, rewanżu bądź czynią to ze zwykłego strachu, lęku czy nieświadomości. Tak naprawdę, gama ich zachowań może być tak szeroka, jak szerokie jest spektrum reakcji każdej normalnej ludzkiej istoty. Warto pamiętać, że zmarły człowiek to też człowiek – on myśli, czuje i rozumuje jak każda ludzka istota, choć pozbawiony jest ciała.

Czy opętujące istoty są złe?

Pojęcia złe i dobre są pojęciami względnymi, zależnymi od punktu widzenia i świadomości obserwatora. Oceniając istoty opętujące jako złe, powinniśmy również spojrzeć na ich stwórców… czyli nas samych i naszą ignorancję, gdyż obydwie rzeczy są ze sobą ściśle powiązane i nie mogą bez siebie istnieć. Ja zamiast ocen proponuję wgląd i głębokie zrozumienie natury tematu, co prowadzić ma do akceptacji, świadomości i finalnie – wyzwolenia.

Po czym poznać, ze dana osoba jest opętana?

Diagnoza opętania to bardzo delikatny i szczególny temat. Powodem tego jest to, że przejawy opętania w wielu przypadkach mogą wydawać się czymś zupełnie zwykłym, świadczącym jedynie o pewnych psychologicznych czy psychofizycznych problemach – ktoś nagle wybucha gniewem, złością, ciska pioruny lub też przeciwnie – czuje się osłabiony, zmęczony i bez energii – takie sytuacje są znane przecież każdemu, ich przczyn mogą być dziesiątki i niekoniecznie oznaczają opętanie. Niemniej, różnią się w jednej rzeczy – pod wpływem istoty opętującej stany takie są inicjowane przez niematerialną istotę na zewnątrz nas, która jak pasożyt korzysta z energii żywiciela. O ile w przypadkach silnych opętań stwierdzenie tego wydaje się nie być specjalnie trudne, to z reguły warto sięgnąć po niektóre z wymienionych technik aby postawić diagnozę:

– jasnowidzenie astralne – osoba o odpowiednich zdolnościach jest w stanie dostrzec doczepiony do człowieka astralny byt

– wahadełkowanie – przy pomocy wahadła ustalić można siłę i obecność wpływów astralnych na daną osobę

– podpowiedzi intuicyjne – wsłuchaj się w swój wewętrzny głos i tam poznasz prawdę

– osoby wrażliwe energetycznie są w stanie wyczuć silne zaburzenia w aurze innego człowieka, powodowane przez opętanie

Wyżej wymienione to najbardziej popularne metody diagnozy.

Czy można w jakiś sposób ustrzec się przed opętaniem?

Opętanie nigdy nie jest stanem trwałym, który zmieniać miałby opętanego człowieka na wieczność. Dlatego też, jak każde doświadczenie życia na tej planecie, może być bardzo cenne w wielu aspektach – i warto zawsze o tym pamiętać gdy się z tematem spotykamy. Kiedy naszą intencją jest pozostawanie ‘w czystości’, to unikanie narkotyków i innych środków zmieniających stan świadomości, rozmaitych zabaw w przywoływanie duchów (włącznie z różnorakimi praktykami magicznymi odwołującymi się do astralnych ‘bóstw’) oraz rozwijanie coraz głębszego poczucia harmonii i jedności ze swoją czystą, Boską Naturą powoduje, że zmniejszamy swoje szanse na przyczepienie się astralnego pasożyta.

W jaki sposób uwolnić się (lub kogoś) od opętania?

To chyba najważniejsze z pytań w tym artykule. Technik egzorcystycznych jest wiele, praktycznie każda religia – hinduizm, buddyzm, islam czy chrześcijaństwo – dysponuje swoim zestawem rytuałów, modlitw, obrzędów, procedur, zaklęć, zwrotów itd., które mają służyć wypędzeniu intruza. Jeśli ktoś czuje się silnie związany z daną religią czy wyznaniem, niech poszuka odpowiednich źródeł, powinny być dostępne w Internecie. Nie mam zamiaru opisywać tutaj konkretnych technik, jednak podać kilka fundamentalnych zasad, o których warto pamiętać i które leżą u podstawy każdej egzorcystycznej techniki.

Przede wszystkim – odprawiając egzorcyzm działamy dla Najwyższego Dobra danej istoty. Uwalniając człowieka od wpływu astralnego, pamiętajmy że jest to wyrażenie Boskiej Woli, a nie działanie z zachciankowego poziomu ego. Kiedyś próbowałem wypędzić bandę duchów z pewnego mieszkania, w którym w trakcie kilku weekendów gościłem. Zrobiłem to bez zgody właścicieli i badania głębszych przyczyn (ot tak mi się zachciało, gdyż przeszkadzały mi w nocy spać ;) – i w rezultacie, zupełnie to mi się nie udało, a dodatkowo sam zostałem z tego mieszkania wyrzucony i na jakiś czas zamknięto przede mną drzwi… Oto i lekcja dla początkującego egzorcysty! Kiedy już zwracamy się do istoty opętującej z Boskiego poziomu ponad-ego, ona zawsze jest posłuszna… gdyż jest w harmonii z Jednością, jak każda Boska istota (więcej o tym w ostatnim punkcie)

Druga sprawa, ugruntujmy się w poczuciu bezpieczeństwa. Zasadniczo w trakcie egzorcyzmu jesteśmy bezpieczni i nic nam nie grozi… o ile rozumiemy, że nic nam nie grozi i jesteśmy bezpieczni. W innym razie, egzorcyzm może skończyć się przejściem istoty opętującej na egzorcystę (nie ma się czego jednak obawiać, gdyż takie sytuacje też są do rozwiązania). Wszelkie praktyki ugruntuwujące bezpieczeństwo są tutaj pomocne, przy czym mi osobiście odpowiada wizualizacja Światła wokół swojej osoby – w postaci świetlistej tuby lub kokonu. Jest to niezwykle skuteczne i trzyma wszelkie istotki na dystans.

Trzecia rzecz – wykonując egzorcyzm w stosunku do zmarłej osoby, pamiętaj, że to też człowiek, nawet jeśli teraz wydaje Ci się, że robi coś złego. To człowiek, który się zagubił i w swoim lęku i zaślepieniu wykorzystuje innego człowieka. Zmarli czasami przypominają wystraszone dzieci – naiwne i pełne lęku, czasami butne i uparte – lecz kiedy zwracać się do nich z miłością, otwartością ale i pewną stanowczością, to przekonują się, że jest dla nich coś lepszego i z reguły ustępują. Zwizualizujmy sobie świetlistą bramę w pomieszczeniu, pomódlmy się aby prowadziła do miejsca, które będzie dla zmarłego najodpowiedniejsze, po czym przekonajmy go do przejścia. Często wystarczy uświadomić zmarłego, że… nie żyje. Zdumiewające, jak wielu z nich nie ma o tym pojęcia.

Po czwarte – szacunek i akceptacja. Szacunek dla tego, co się dzieje, dla istoty opętanej i również opętującej, gdyż nawet postrzegana przez Ciebie jako diabelna, tak naprawdę wypełnia tylko to, do czego została stworzona. Akceptacja zaś przydaje się, aby czasami zrozumieć, że nie wszyscy są zawsze otwarci i gotowi na Twoją pomoc – tak,to dziwne ale czasami zdarzają się ludzie, którym z demonami jest dobrze. Pozwól zatem im żyć, jak tego zapragną.

Po piąte i ostatnie – egzorcyzm to nie sikanie w pieluchy, więc trochę pewności i zdecydowania, w końcu działasz jako Boskie narzędzie. Przez Ciebie działa Wszechświat więc odstaw na bok wszelkie lęki, rozterki i wątpliwości i pozwól, aby z pełną mocą działo się to, co dla wszystkich jest najlepsze. Otwórz się i pozwól, aby się działo, przez Ciebie i przy Twoim udziale.

Dla mnie mistrzem egzorcyzmu był Jezus – biblijne opisy wypędzeń pokazują, jakimi wspaniale rozwiniętą miał świadomość w tym zakresie. Praktycznie bez żadnych rekwizytów, rytułałów czy innych ceregieli uwalniał ludzi od wpływu demonów. Jednyne, na czym się opierał to słowo – Słowo, które było niezachwianym wyrazem Boskiej Woli.

Czym wspomagać się w trakcie egzorcyzmów?

W zasadzie wszystkim, co wznosi na wyżyny Twoje poczucie wewnętrznej Boskości. Dla chrześcijanina może to być krzyż, lecz skuteczne bywają też i inne amulety, talizmany, minerały czy kamienie szlachetne.

Osobiście bardzo lubię korzystać z białej szałwi – palona działa naprawdę niesamowicie, w połączeniu z krótką modlitwą udało mi się z łatwością odesłać istotkę astralną która w Dzień Zmarłych przywlekła się za mną do domu. W ogóle warto co jakiś czas ja palić do podniesienia wibracji miejsc, w których mieszkamy. Inna roślina która jest też skuteczna w odstraszaniu astrali to jemioła – paradoksalnie, wydawałoby się, gdyż sama jest… pasożytem. No ale działa naprawdę przyjemnie.

Kolejna rzecz, istoty opętujące zwykle nie lubią czystych energii żywiołów (ziemii, ognia, wody, powietrza) i wiedząc to, można się nimi skutecznie wspomóc.

No i oczywiście, nie zapominajmy o swoich opiekunach i przewodnikach, a także innych duchowych Mistrzach gotowych nam pomoć. Jeśli zajdzie taka potrzeba, zwróćmy się do nich o pomoc, a zawsze ją otrzymamy. Czasami przewodnicy wydają się być nieobecni – ale to iluzja. Z reguły wówczas pozwalają, abyśmy sami znaleźli rozwiązanie nawet obrywając czasami po karku – pozwalają nam się uczyć i samodzielnie wyciągać wnioski, a nie są po to, aby nas zawsze wyręczać czy od siebie uzależniać ;-)

Czy egzorcyzmów należy się bać?

Niczego nie należy się bać, gdyż strach jest wytworem umysłu. W doskonałej przestrzeni Boskiej strach i lęk nie istnieje – im bardziej zjednoczeni jesteśmy z naszym wewnetrznym, prawdziwym Ja, tym mniejszy lęk i strach. Pozwól sobie obserwować wszystkie odczucia, które towarzyszą Ci podczas, nawet jeśli nie w trakcie egzorcyzmów, to chociaż w kontaktach z istotami opętującymi czy opętanym człowiekiem – jednak nie poddawaj im się.

Jednak nadal czuję lęk…

Strach, który czujemy w obecności istoty astralnej często nie jest naszym lękiem. Osoby wrażliwsze na energie – a potencjalnie będzie to każdy świadomie rozwijający się człowiek – bardzo często odczuwają wibrację lęku, która tworzy, motywuje i napędza ową astralną istotę (nie jest to w sumie niczym dziwnym, gdyż gdyby istota opętująca wypełniona była miłością, nie miałaby potrzeby opętywać :-)

Najważniejsze do zapamiętania – dopóki z nim się nie utożsamisz, to NIE JEST twój lęk. Twoja pierwotna Boska natura jest od niego wolna, jej zasadą jest miłość i wolność. Kiedy zaczynasz pod te niskie wibracje strachu i paraliżu podłączać, do nich dostrajać, kiedy pozwalasz aby Tobą zawładnęły i zaczęły dominować – wówczas zchodzisz na poziom wibracji astrala i praktycznie redukujesz swoje szanse na skuteczne wykonanie egzorcyzmu. W takiej sytuacji najlepiej jest otoczyć się szczelnie świetlistym kokonem i zwrócić jest się ku swojemu wnętrzu, aby tam odnaleźć ponownie źródło Boskiej siły i mocy, uwalniając się od iluzji strachu.

Czy polecasz jakieś źródła informacji, książki czy strony na temat egzorcyzmów?

Podążaj za swoim wewnętrzym odczuciem i sięgaj po wszystko, co czujesz, że jest Ci potrzebne, zachowując otwarte serce i czysty umysł. Dostaniesz wówczas wszelkie informacje, która będą Ci niezbędne.

Jaka jest przyszłość egzorcyzmów?

Działanie opętujących istot astralnych możliwe jest tylko i wyłącznie dlatego, że cały czas istnieją zasilające je źródła energii. Dopóki źródła te będą funkcjonowały, opętania i egzorcyzmy będą miały miejsce. Widać jednak, że wibracje i świadomość planety stale się podnosi i jeśli ta tendencja będzie nadal zachowana, to przypuszczalnie za kilkaset już lat o egzorcyzmach będzie się mówiło jako o relikcie poprzednich epok :-)

Nie wierzę w egzorcyzmy, duchy, opętania – to wszystko to jakieś ludzkie wymysły…

W pewnym sensie, masz rację. Świat w którym żyjemy, jest po części projekcją naszego umysłu i tak samo, wytworem naszego umysłu są zjawiska, o których piszę poniżej. Są one tak samo realne jak i nierealne – realne, gdyż ich doświadczamy i nierealne, gdyż z innej perspektywy to tylko iluzja, gra, obrazy tworzone w naszej świadomości.

Jeśli w cokolwiek, co tutaj zostało napisane wątpisz, to doskonale – nie wierz mi na słowo i zachowując otwarty umysł sprawdzaj wszystko sam. Lub też, zostaw tą stronę jeśli do Ciebie nie przemawia, przecież każdy ma prawo do własnych wierzeń i przekonań – pozostań przy swoich tak długo jak Ci służą. Być może jednak, jakiś wewętrzny głos coś Tobie mówi… doskonale, wsłuchaj sie w niego i zobacz, jak moje słowa rezonują z Twoim wnętrzem.

 

Jeśli w Twojej głowie nadal tkwią pytania, pisz do mnie a postaram się rozszerzać i rozbudowywać ten zbiór o dodatkowe informacje. Jeśli również potrzebujesz pomocy w opisywanym wyżej zakresie, śmiało kontaktuj się ze mną.

http://www.elijah-blog.info/